Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dusz udręczonych wyrwane słowa spadały na pochyloną głowę porucznika, niby uderzenia toporów.
— Zaprzedali nas! — ktoś jęknął przeciągle, niby echo, odbite sto razy.
— Siłą, mocą do wojska pędzili, naszą biedą się wypaśli, naszymi gnatami wymościli pół świata i w końcu nas wrogowi zaprzedali.
— Zaprzedali wszystką ojczyznę! — niby echo, jęknął znowu głos poprzedni.
— Żaden dobrowolnie nie przeszedł do nieprzyjaciela, chyba jedne oficyery, to jak się nadarzyła okoliczność, każdy uciekał jak do matki.
— A matką ci jeno śmierć, żołnierzu, chudobą rany, a przytuleniem dół! Każden dom pański stoi na fundamencie twoich kości, żołnierzu, każden zagon opity twoim potem, a ty chłopie, żebyś urobił kulasy, żebyś wygrał sto bitew i wiernie oddał ojczyźnie ostatnią kroplę krwi — zawsześ niewolny; ni tobie ziemi, ni nieba, ni dachu, ni nawet psiej budy, kajbyś nieszczęsną głowinę przytulił! Ostatniś, żołnierzu, przed Bogiem i ludźmi, ostatniś! — prawił ktoś monotonnym, żalnym głosem.
Zaręba ukrył twarz w dłoniach i płakał wewnętrznemi łzami, gdyż te żołnierskie lamenty targały mu duszę, paląc wstydem i upokorzeniem. Nie śmiał im spojrzeć w twarze, bo każde ich słowo gryzło prawdą, każde było jękiem krzywd prawiecznych i każde strasznym wyrzutem sumienia.
Kacper, wypisujący tuż przy nim w brzaskach ogniska jakieś karteluszki, snadź odczuwając jego udręczenia, zagadał cicho: