Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Prawdę mówi, prawdę! — potwierdził jakiś głos z tłumu.
— Juści, jako generał Złotnicki wydał go potem na mękę i śmierć! A kiedy go wlekli, to zdążył jeno powiedzieć: »Chowaj dziecko na pomstę«. I tylem go już widziała. Skończył pod kijami.
Umilkła, zanosząc się rozdzierającym szlochem.
Zaszumiały górą drzewa, zaś jej płacz żałosny spływał jakby żywą krwią we wszystkie serca, budząc w nich taki żal, ból i nienawiść, aż rwały się dygotliwe sapania, przekleństwa i zaciskały się pięście.
— Akuratna żołnierska dola — mruknął któryś, przecierając kułakiem oczy.
— Przynajmniej pomarł nie za darmo.
— Ja w tem, że jego pamięć przejdzie do potomności, a wdową z dzieckiem zaopiekuje się Rzeczpospolita — wyrzekł Zaręba.
— A kto się zaopiekuje temi, które wróg zagarnął? Kto wspomoże te sieroty nieszczęśliwe? — podniósł się jakiś ponury głos.
— Tylu ich zdycha pod kijami, a i pies po nich nie zapłacze.
— O tych tysiącach uciekających z pod wroga kto pomyśli?
— Jako ten pszczelny rój bez matki, rozsypalim się na marną zatratę.
— A któren ujdzie pościgów, nie ujdzie głodowej śmierci, nie ujdzie.
Rozżalali się coraz boleśniej i ciche, a z głębi