Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Porucznik, widzę, suszy dzisiaj? — zagadnął Łaski.
— Robi, co mu się spodoba! — odmruknął niechętnie Kacper.
Zaręba bowiem siedział zdala, pogrążony w jakowychś dumaniach.
A wkoło stawał się cud święty jasności, cud dnia, cud wschodzącego słońca! Już tu i owdzie zapłonęły czerwone pnie, mroczne głębie zamigotały od strzał świetlistych i zaiskrzyły się oroszone mchy. Bór stanął w niemem zachwyceniu, ptaki wybuchnęły wrzaskliwem śpiewaniem, a wszelaki stwór podnosił radosny głos dziękczynień. Opadły mgły, wiatr ustał i przez gałęzie widniało lśniące, błękitne niebo, jak oczy miłościwie patrzące.
Dzień się już wyniósł na cały świat, gdy Kacper zameldował:
— Zwołam dziesiętników i zaraz będzie mógł pan porucznik odjechać — a dojrzawszy potakujące skinienie, jął wyczytywać donośnym głosem;
— Pierwszy szwadron brygady Dzierżka, wachmistrz Mateusz Ryś. Wystąp!
Wystąpił sążnisty chłop z twarzą pochlastaną na zrazy, wbił świdrujące oczy w porucznika i sprężony jak struna, czekał z dłonią przy czole.
— Drugi batalion regimentu Lubomirskiego, kapral Tomasz Kwak. Wystąp.
Wystąpił przygarbiony frant, rudy, jak wiewiórka i srodze piegowaty.