Ostatni sejm Rzeczypospolitej/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Ostatni sejm Rzeczypospolitej
Pochodzenie Rok 1794
Data wydania 1913
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VI.

Kasztelan czule przycisnął go do piersi.
— Bardzo rad cię widzę. Jakże się miewasz?
— Jak groch przy drodze — odparł wesoło Zaręba, całując go w rękę.
— Straciłeś na cyrkumferencyi, zeszkapiałeś.
— Abszytowany żołnierz lenieje z pierza, niby kwocha po kwoczętach.
— Słuszna konkluzya. Terenia mi trajkotała, jako pragniesz perfekcyonować swoje wojskowe talenta — uśmiechnął się pobłażliwie.
— Już podałem suplikę i żywię niepłonną nadzieję dobrej rezolucyi.
— Na takim fundamencie nie zakładaj fortuny, boć redukcya być będzie i z wojsk zostaną zaledwie strzępy.
— Jak z całej Rzeczypospolitej — wtrącił cichutko.
— Jeszcze wystarczy pod stopy Najjaśniejszemu. Żali to nie on sam wyrzekł, jako dotąd korony nie złoży, dopóki mu ziemi starczy pod nogami?
— Byle mu jej nie zbrakło pod trumnę.
— Rzekłeś — zastanowił się głęboko. — Któż jutro przewidzi? Takowe terminy przychodzą na nas, że gdybym nie wierzył we wspaniałomyślne gwarancye Imperatorowej...
Zaręba wpił się oczyma w jego twarz i szepnął:
— A jeśli nas zawiodą?
Kasztelan zażył tabaki, pokrywając nagle zaniepokojenie.
— Ta wiara to nasz ratunek. Niema innego wyjścia z tej matni, niema innego ocalenia. Chyba, gdyby się konjunktury szczęśliwie ułożyły.
— Nim słońce wzejdzie, oczy rosa wyje.
— To radź-że, mój ty statysto — żachnął się przykro dotknięty.
— Moja rzecz bić się, a w potrzebie dać głowę za ojczyznę.
— Wybrałeś najłatwiejszą cząstkę — mruknął, patrząc przez okno na szambelana, który spowinięty w szale, wygrzewał się pod drzewami.
Westchnął frasobliwie i, zażywając raz po raz tabakę, jął spacerować po komnacie. Mąż to był lat dojrzałych, lecz jeszcze krzepki w sobie i wspaniałej postawy; twarz miał piękną, wygoloną, nos rzymski, wielkie piwne oczy, uśmiech wabny, głos rozkazujący i senatorską dostojność w ruchach; nosił się po francusku i siwe, trefione włosy odgarniał na tył głowy, jak Ignacy Potocki, do którego był niezmiernie podobny. Człowiek to był chytry, wyziębły z pasyi, wytrwały, ostrożny i zawsze dopinający swego. Zaciekły aktualnie króla antagonista, lecz niegdyś jego najzaufańszy konfident, bowiem w młodości razem wojażowali, dobijając się w Petersburgu znaczenia i fortuny.
Ożenił się był po raz drugi z damą ze znacznej familii, ale o której szeptano, jako o bywszej faworytce królewskiej i wziął za nią prócz koligacyi, wielkich majątków i jakąś drążkową kasztelanię na odczepne. Wyznawał się być wolteryaninem i człowiekiem bez przesądów, ale dla cale poziomych względów, głosił się zawziętym przeciwnikiem konstytucyi 3-go maja, stał się filarem Targowicy, był żarliwym obrońcą przywilejów szlacheckich i srogim ciemięzcą swoich poddanych. A przytem nie zaniedbywał pomnażać fortuny i piąć się coraz wyżej.
— Jakże ci się podoba szambelan? — spytał naraz, przysiadając.
— Ledwiem go widział, ale wydaje mi się jakby już nieco ochwacony.
— Sflaczałe bałwanisko — wybuchnął gwałtownie — toć on już ledwie włóczy kopytami za sobą. Pan Bóg mnie skarał takim zięciem.
— Pono wiele po świecie wojażował — uśmiechał się zjadliwie.
— Iz tych wojażów przywiózł w kościach takie suweniry, że go z nich już żaden doktór nie wyprowadzi. Obmierzły dziad.
— Powiadają, jako ma dostać od Imperatorowej tytuł hrabiowski?
— Sam o to zabiegałem i gorzko teraz żałuję. Nawet nie imaginujesz, jaki to sknera, liczykrupa i tyran domowy. Zamęcza Izę scenami zazdrości, groził jej nawet skandalem, juści bez najmniejszej przyczyny, przez złość tylko. Iza stanowczo żąda rozwodu.
— Zmiana paszy raduje bydło — szepnął, ledwie kryjąc przedziwną radość.
— Dałbyś pokój kpinom. Prawdziwy to dramat dla Izy.
— Nikt jej przecież nie zmuszał wyjść za niego... — Spojrzał mu w oczy.
— Naturalnie, juścić — wił się skłopotany — widoki zdały się najpomyślniejsze, zrobił zapis, obiecywał złote góry, a teraz odmawia jej na pierwsze potrzeby. I jeszcze te sceny zazdrości, wprost niepojęte... śmiesznie...
— A Izie uśmiecha się zupełna wolność. Taka młoda i piękna!
— Widziałeś-że kobietę, rozwodzącą się dla nowego kochanka? One tak sobie ważą wolność, jak pies gramatykę. Trafia się jej świetna partya w całem tego słowa znaczeniu.
Zaręba pobladł, lecz skrywając wzruszenie, rzucił na chybił trafił:
— Czyżby książę już się zdeklarowrał?
— Wielki to jeszcze sekret, zatrzymaj go przy sobie — uśmiechnął się porozumiewawczo — aktualnie czekam na konsystorskich jurystów. Sprawa będzie drażliwa i przychodzi mi cale nie w porę. Przytem nie lubię pieni, a szambelan do kompromisu nie pójdzie, zechce sprofitować z okoliczności.
— Wuj ma już ten zamysł uformowany? A zna wuj dobrze księcia?
— Tylko z opinii Sieversa i listów Izy; juści wiem, że jest pułkownikiem grenadyerów, przyjacielem Zubowa i faworytem petersburskiej socyety. Substancyę ma pono znaczną, kilkadziesiąt tysięcy dusz, no i tytuł.
— Ta jego krymska książęca mość cuchnie baraniemi skórami, czabaństwem.
— Taki już świat, że dosyć ma pozorów dla estymacyi. Zasięgałem o nim tu i owdzie języka: renomowany to kawaler i cieszy się uwielbieniem powszechności.
— Bo nikomu nie szczędzi komplimentów i złoto rozrzuca garściami.
— Masz do niego jakowąś awersyę?
— Mówię sine titulo, bom nawet z nim w pewnej komitywie, jeno, że to człowiek obcy, choćby i najgodniejszy, obcy wiarą i obyczajem.
— Ludzie oświeceni wszędzie są jednej wiary — w rozum i naturę. Zostawmy takie przesądy pospólstwu — począł się niecierpliwić.
— Ależ on służy przeciwko nam!
Ledwie się już wstrzymywał.
— Tum cię właśnie czekał. Otóż to jedna z największych racyi, aby wydać za niego Izę. Sievers mi szepnął, że on zostanie gubernatorem wszystkich oderwanych województw. Zważ tylko rozumem, jakie z tego dla nas mogą być następstwa, jakie splendory i jakie korzyści. Zawierzę ci na ucho, jako w Petersburgu wzmaga się z dnia na dzień partya Następcy, z którym Cycyanow jest w tajnej i zażyłej komitywie. Imperatorowa jest w latach i przy jej burzliwych pasyach trzeba być przygotowanym na wszelaką okoliczność. Rozumieją to już drudzy. Ks. M. Czetwertyński, który pojechał do Petersburga w homagialnej deputacyi imieniem oderwanych województw, już zabiega koło Pawła i robi pakty z Naryszkinami o swoją śliczną córkę. Wiele naszych domów zamyśla podobnie. A pocóż kazał się wybrać do tejże delegacyi ks. Sanguszko? i ks. A. Lubomirski i M. Sobański i Rzewuski kasztelan witebski i Grocholski i Wyleżyński? Składać hołd powinny Imperatorowej, ale i zabiegać o swoje partikularne sprawy.
— Pojechali łowić panem bene merentium.
— Stawiam głowę, jako z pustemi rękami nie wrócą. I słuszna to rzecz, aby, co odebrano Rzeczypospolitej, wróciło chociaż w cząstce do rąk obywatelów.
— Obyczaj szakalów karmić się trupami — szepnął zdławionym głosem.
— A jeśli mi się z Izą nie uda — ciągnął, nie zważając na jego słowa — to mojego Stasia umieszczę w pułku Następcy: niechaj się chłopiec szlifuje i dorabia fortuny i znaczenia.
— Gdzież on aktualnie przebywa?
— W Sieniawie u księcia generała ziem podolskich.
Zdumiał się Zaręba, gdyż kasztelan był antagonistą »Familii«.
— Pogodziłem się z konieczności — mrugnął przebiegle. — Książę generał jedyny to w Polsce wielki pan i chociaż rozdyma go pycha, że nawet o królu pruskim wyrzekł, jako ma lepszych od niego szlachciców do podawania lulki, człowiek to wielce oświecony, wspaniały i szczodry. Wziął Stasia do swego boku; chłopak nabierze światowego poloru, górnych manier i wyćwiczy się w materyach krajowych. Książę ma zachowanie u wszystkich sąsiednich potencyi, jego więc protekcya może każdego wysoko wypromować. Zaś księżna prowadzi swoją politykę, popiera gorąco zelantów i ma czucie z egzulami w Dreźnie i Lipsku. Takie stosunki mogą się Stasiowi w ewentach życia wielce przydać. Kto na dorobku, temu nie wolno azardować się na burzliwych fluktach sentymentów, musi mieć rozum za przewodnika.
— Maksimy godne uwielbienia — wyrzekł Zaręba, nie patrząc mu w oczy, ale musiało coś w jego głosie zaniepokoić kasztelana, gdyż dodał:
— Bóg świadkiem i poczciwi ludzie, że służę ojczyźnie, jak potrafię i rozumiem, ale też i nie poczytuję sobie za grzech zabiegać o przyszłość jedynaka.
Wyznawał się coraz szczerzej, aż Zaręba nie mogąc już znieść wylewu plugastwa, przerwał mu bardzo pokornie:
— Wuj na długo do Grodna?
— Biskup słał pocztę za pocztą, aby zdążyć na porę ratyfikacyi traktatu z Rosyą, potem przyjdą do deliberacyi materye pruskie i tyle jeszcze innych, że wypadnie mi tutaj pozostać do końca sejmu.
— Aż do solennych egzekwii za Najjaśniejszą Rzeczpospolitą.
— Pleciesz! — obruszył się — najłacniej drwić a krytykować. — Nakręcił złoty pektoralik, obsypany brylancikami i ozwał się łaskawie: — Siadaj, ja sobie jeszcze popromenuję dla konkokcyi żołądka. Powiem ci otwarcie, mój chłopcze, iżeś opuścił swoich jakobińskich socyuszów, uczyniłeś i mądrze i poczciwie. Przepowiadałem twojemu ojcu: niech się jeno wywojuje i na własne oczy zobaczy, a wnet przyjdzie do statku.
— Jakoż i nabyłem eksperyencyi słusznego o świecie rozumienia.
— Długoś bawił w Paryżu?
— Z górą pół roku.
— Jakże ci smakowała owa wielbiona równość, wolność i braterstwo? Jakże ci się wydał ów raj rozbestwionego pospólstwa? Milczysz! Wstyd ci przyznać się do błędu? Tak i rozumiałem, że wrychle wytrzeźwiejesz. Francuskie medykamenta skuteczniej leczą żywoty, niźli choroby. Jatki uczynili z tej Rzeczypospolitej i generalną mordownię. Znam ja ich maksimy, znam. Na bywszym sejmie, skorom zobaczył tę »czarną procesyę« z Dekiertem na czele, w lot zrozumiałem, że nie praw przyszli się upominać, lecz panowanie brać nad nami. Słyszałem, jak krzyczeli: wiwat król, wiwat wszystkie stany! Nie dałem się uwieść sentymentom ni pozorom. Ks. podkanclerzy i Małachowski i Weyssenhoff i drudzy ich obrońcy protektorzy, byliby, jak w Paryżu, pierwsi dali głowy, a za nimi drudzy, zaś niechby się potem ruszyło chłopstwo, a jużby po nas...
— Ale możeby ocalała Rzeczpospolita — wtrącił szeptem.
— Rzeczpospolita to my — zawołał gwałtownie — usuń kamień węgielny, a cała budowa runie i pozostanie jedna kupa gruzów. Widziałeś, co się wyrabia we Francyi? Jakobini ścięli króla, wytracili szlachtę, skasowali kościoły, zrównali stany i wypędzili Pana Boga! A cóż z tego za szczęśliwość powszechności? Że się teraz między sobą wadzą i gryzą niby wściekłe wilki o panowanie! Może tak nie jest? Może zaprzesz mi?
— Nie zapieram niczemu, niczemu — odpowiedział głucho.
— I zobaczysz, jak się to sankiulockie psie wesele skończy! Król pruski zaczął już w Moguncyi uczyć rozumu swoich jakobinów.
— Tak, tak — potwierdzał, dygocząc ledwie hamowanem wzburzeniem.
— Ale dajmy temu spokój — zakonkludował naraz kasztelan — te materye żółć mi poruszają. Pomówmy o tobie lepiej. Dałbym głowę, jako twoja suplika do króla nie weźmie skutku, ale ja ci obmyślę jakowąś intratną funkcyę. Zdaj się na mnie. Już mówiłem o tobie z biskupem Kossakowskim, właśnie rozgląda się za kim godnym zaufania i zdatnym do pióra. Masz głowę otwartą, wyćwiczone nauką talenta i przez niego mógłbyś się wypromować. Pójdziesz ze mną do niego na dzisiejsze przyjęcia. Gdybyś mu się udał i mnie byłoby to wielce na rękę. Bo widzisz, chociaż z nim pozostaję w serdecznej komitywie, ale radbym z boku wiedział, co się tam sub secreto wyrabia u niego. Biskup to głowa in statu, tylko nieco gorączka, z Sieversem niepotrzebnie drze koty i zbytnio zadufany w potęgę Zubowa. Wiadomo zaś, jako i najpotężniejszym faworytom przychodzi tracić łaski. Powiem ci na ucho, że i tego wybiera już zwolna jego rodzony brat, bawiący aktualnie w Grodnie. Otóż w tem dowcip, by się nie dać pogrążyć nieprzewidzianym okolicznościom i wiedzieć naprzód na jaką pogodę się zanosi. Byś chciał, a twoja fortuna rosłaby wraz z moją. Czasy teraz przyjazne dla mądrych i przezornych. Po sejmie może mi się uda zasiąść w Radzie Nieustającej. A wejdę do Rady, to i dla ciebie się tam naleźć musi jakowaś funkcya. Junctis viribus, mój chłopcze, zakonotuj sobie, a rychło dosięgniesz fortuny i znaczenia. Patrzaj, jak się prędko wynieśli Kossakowscy! A Ożarowscy! Czem to jest Ankwicz! Jakie widne miejsce zajął Miączyński! A Załuski? Wszak to o miłościwie nam panującym napisano takowy wierszyk:

»Przedziwne to jest dzieło Boskiej opatrzności,
Syn królem, ojciec w krześle, a dziad podstarości«.

Więc czemuż to nie mogą sięgać choćby najwyżej Górscy i Zarębowie? Masz-li przeciwną racyę? Nie trzeba się jeno lenić i spuszczać z uwagi sposobnych okoliczności, każda bowiem droga prowadzi do Rzymu. Dodam tylko, że bez substancyi niczego znaczniejszego nie dosiężesz. Zali personat na piąci chłopach może stanowić o losach powszechności? Wiem ja coś o tem, zaczynałem przy panu Krakowskim jako pacholik. Nie sztuka urodzić się z kasztelaństwem w kolebce, ale trzeba głowy nielada, by się dźwignąć z chudopachołka na senatorskie krzesło i dojść fortuny.
Rozszerzał się z lubością i nad miarę nad samym sobą, Zaręba zaś słuchał tych szczerych zwierzeń z uśmiechem, jakby wylękłym od głębokiego obrzydzenia i awersyi. Potakiwał mu jednak, w niczem się nie przeciwiąc i postanawiał iść ślepo za jego radami, byle się jeno znaleźć w samym obozie wrogów. Już sobie bowiem wystawiał te pożytki, jakie dałyby się wyciągnąć z takowej sytuacyi dla sprawy, gdy kasztelan, przyszedłszy na aktualne materye polityczne, naraz powiedział znacząco:
— Ma się na jakąś odmianę, może być plucha, a może i coś gorszego.
— Niby, jak to wuj rozumie? — spytał żywo.
— Ze w Lipsku i Dreźnie coś się agituje; darmo tam nie siedzi ksiądz podkanclerzy i jego socyusze, żeby nie znali jakowejś kabały. Wszak i zelanci na sejmie nie czynią oporu wszelkim rozsądnym zamierzeniom, bez zachęty stamtąd. Kłują się jakieś zamysły, dałbym głowę. A utwierdza mnie jeszcze bardziej w podejrzeniach to, że na Onufrejskim jarmarku w Berdyczowie spotkałem wojewodzica Działyńskiego; pił, hulał, dawał codziennie stoły i asamble, bratał się nawet z rosyjskimi oficyerami. Znają go przecież, jako jest wielce wstrzemięźliwy i nie lubi próżnych ekspensów, więc takie szastanie się nie może być bez kozery. Mój Klotze, który słyszy jak trawa rośnie, szepnął mi, jako wojewodzic najchętniej przestaje z abszytowanymi oficyerami, rozsyła po kraju jakieś sekretne sztafety, a konie i woły całemi stadami skupuje i wysyła do Warszawy.
— Wiadomo, że wielce dba o swój pułk, więc może dla niego.
— Mnie to jednak zastanawia. Klotze powiada, że nawet gemeinów ściąga i kompletuje swoje szeregi i to teraz, kiedy ogólna redukcya wojsk prawie jakby już postanowiona na sejmie.
— Jakże to sobie wuj imaginuje? — spytał z bijącem sercem.
— I Haumana skaptował do siebie na pułkownika.
— Rozumie się bowiem na wojskowem rzemiośle, a ludzi rycerskich kocha, zaś Hauman w bywszej wojnie stawał mężnie na podziw.
— Przysiągłbym jednak, że coś się gotuje; w województwach, objętych kordonem, latają pisma burzące, wierszyki zjadliwe na generalność, szlachta zwłaszcza drobniejsza burzy się i odgraża. Ktoś musi podżegać owe nieszczęsne sentymenta, lecz kto?
— Niechybnie tylko poczciwa troska o przyszłość ojczyzny.
— Powiadają, jako abszytowani oficyerowie zamyślają o konfederacyi, ale tybyś coś wiedział? — Bystro spojrzał mu w oczy.
— Nic a nic nie wiem. Wszak za podanie supliki o powrót do szarży moi dawni towarzysze teraz bij zabij na mnie, nie poznają mnie na ulicy i mają za przeniewiercę — zapewniał gorąco.
— Wżdy postponują każdego, kto innych opinii. I mnie głoszą zdrajcą i jurgieltnikiem, że wedle swego rozumienia pracuję dla ojczyzny.
Byłby się dłużej wyżalał nad ludzką niewdzięcznością, ale wszedł Klotze, jego wiernik, a za nim wpełzło bez szelestu dwóch jurystów z twarzami psów zgłodniałych; mieli lisie uśmiechy, przygięte grzbiety w czarnych kontuszach, łby podgolone, długie drapieżne ręce i pliki papierów pod pachami. Kasztelan przywitał się z nimi kordyalnie i usadziwszy za długim stołem, wziął na stronie coś szeptać z Klotzem, który co chwila wybuchał rubasznym śmiechem, obcierał spoconą twarz i tłuste, jakby napuchłe ręce. Był to człowieczek o pokaźnej cyrkumferencyi, rumiany niby bułka świeżo upieczona, siwy, cały w dygach i podskokach. Kasztelan przepadał za nim, gdyż był niezmiernie czynny, wesoły, sypał anegdotami, zawsze pełen nowinek, znał wszystkich, wiedział o wszystkiem, był sposobny do wszystkiego, a jedyny do sekretu. Wywodził się ze starej rodziny niemieckiej, ale miał się za Polaka i wielce się pysznił indygenatem, jaki dostał z przyczyny dukatów i kasztelana, którego był prawą ręką i najzaufańszym konfidentem.
Zaręba wyszedł niepostrzeżenie, gdyż tak był zgnębiony, że ledwie się trzymał na nogach. Na szczęście w salonie było pusto, mógł więc dać folgę wzburzeniu, powstrzymywanemu tylko niezmiernym wysiłkiem. Jakże ten wuj czczony przez całą rodzinę, jej splendor i duma, ten senator nieugięty w cnocie i sentymentach dla ojczyzny — wyjawił się w prawdziwym kształcie duszy! O Boże, co za gorzki posmak hańby i zawodu! Rodzic nauczał mieć go za człowieka wyższego rozumu i oświecenia, za niezłomnego w cnocie obywatelskiej męża. A znalazł podłego egoistę, którego jedynym celem było własne wywyższenie i bogactwa. Nie lepszy od tych, którym stryczek poprzysięgał, nie inny. Wspomniał jego maximy i jęły mu się wić przez mózg niby płazy plugawem kłębowiskiem. Cóż teraz począć? Pójść za jego radą, uczepić się biskupa, zostać delatorem i szpiegunem? — Każda droga prowadzi do Rzymu — wygłosił kasztelan. A czyż każdą iść wolno do świętego celu? — szarpnęło nim sumienie. — Byłbym u źródła wszelkich machinacyi przeciwko ojczyźnie — zabrzmiał w nim głos rozsądku. — Tambym rozpoznał jej przyczajonych wrogów, tam byłbym okiem i uchem ku pożytkowi sprawy! — Szarpał się, deliberował i chwiał, targany sprzecznemi uczuciami. Ale w jakiejś chwili nakazał sobie surowo: Spełnię, com powinien ojczyźnie — i poczuwszy po tem nieodwołalnem postanowieniu niemałą ulgę, poszedł do apartamentów kasztelanowej.
Lokaj w białej peruce wprowadził go do wielkiej, przyciemnionej komnaty; zapalone kasolety biły wdzięczną wonią, słoniącą rudowemi mgiełkami wszystek kształt wspaniałych sprzętów, że nawet zwierciadła lśniły ze ścian oczami zasnutemi bielmem; pachniało również woskiem i przywiędłemi ziołami, jak w kościele po nabożeństwie. Fioletowe obicia w złote ornamenta na ścianach, cisza drgająca okwiatem westchnień i ścichłej przed chwilą muzyki, jeszcze bardziej dawała pozór kaplicy.
Kasztelanowa, uniósłszy się z markizy wysłanej poduszkami, witała go bardzo życzliwie, podając śliczną rękę do pocałowania.
Siedzący obok niej Dominikanin o surowej, ascetycznej twarzy, odstawił wiolę i usunąwszy się pod okno, zabawiał papugę, rozkołysaną w złotej obręczy.
Zaręba zajął jego miejsce i słuchając kasztelanowej, wodził roztargnionemi oczyma po komnacie, przenosząc je niekiedy a ukradkowo na jej twarz piękną jeszcze, mimo lat, matowo białą i jakby zastygłą w marmur; tylko pełne usta znaczyły się ostro, jak żywa, krwią opłynięta rana i czarne oczy o ciężkich powiekach i rzęsach, niby skrzydła jaskółcze, świeciły promieniście. Była przybrana w czarny dezabil, zapięty pod szyję, a doskonale uwydatniający jej szczupłą i bardzo foremną figurę. Siwe, gładko przyczesane włosy tworzyły nad jej nizkiem czołem majestatyczną koronę. Nie miała na sobie ani jednego klejnotu.
Szeptała z omdlewającym wdziękiem, głosem pełnym dziwnych modulowań, nieoczekiwanych spadków i cudacznych zwrotów francusko-polskich. Melancholijny smętek sączył się z jej słów, niby słodka woń kwiatów więdnących, ale w każdem zdaniu zdradzała żywy dowcip i wielką znajomość spraw i ludzi. Zdumiewał się temu, znajdując ją zgoła niepodobną do wyobrażenia, jakie miał o niej od dzieciństwa, słuchał też z rosnącą uwagą i nieskrywanym podziwem. W jakiejś chwili natrafiwszy oczyma na królewską miniaturę, stojącą obok na pękatej szyfonierce, przeniósł badawczy wzrok na kasztelanową.
Snadź przeczuła wagę spojrzenia bo jakiś cień przewionął po jej bladościach, zatrzepotały trwożliwie jaskółcze rzęsy, na czole zawisła chmura i po ustach zalśnił prześmiech niby to tęsknot nagle zbudzonych, niby żalów i niby gorzkich politowań.
— Nieszczęśliwy człowiek! — westchnęła, wskazując portret.
Nie odrzekł, nie śmiał jej czemś urazić, ona zaś, jakby nie pomnąc wyrzeczonego słowa, zaczęła się wyżalać na polskie barbarzyństwo, upadek ducha, nierząd, zanik cnoty, a ze szczególnym naciskiem na rozwiązłość kobiet i przedajność mężczyzn. Mówiła mądrze i powściągliwie, jak statysta, z czułością jednak serca pełnego sentymentów i troski o przyszłość ojczyzny i powszechności. Ujęła go tem niezmiernie, aż z uwielbieniem ucałował jej przecudne, prawie przeźroczyste ręce. Orzeźwiwszy się wonnością ze złotej balsaminki wyrzekła cicho:
— Wiem, co zamierzacie, i niech was Bóg błogosławi. Ratujcie ojczyznę i tego nieszczęsnego króla, póki jeszcze pora, ratujcie! — Głos jej obwisł i załamał się pod nawałą łez tryskających cienkim sznurem pereł.
Zaręba, nie wierząc własnym uszom, siedział w oniemiałej konsternacyi.
— Bóg ponad wszystko! zakrzyczała naraz papuga.
Obejrzał się i napotkawszy błyszczące oczy mnicha, poruszył się niespokojnie.
— To Hiszpan, nie rozumie ani jednego polskiego słowa — uprzedziła. — Nie zawierzaj tylko w niczem kasztelanowi, ani Izie — ostrzegła z naciskiem. — Wiem, jakoś całą duszą przylgnął do sprawy ratowania ojczyzny i gdyby mój Staś miał wiek odpowiedni, oddałabym ci go bez jęku: niechby poszedł, gdzie wszystkich poczciwych wzywa powinność i honor. Wczoraj wieczorem był u mnie ojciec z księciem Karolem i hetmanem...
— Wojewoda! Książę »Panie Kochanku« i hetman Branicki — powtarzał w zdumieniu najwyższem imiona dawno pomarłych.
— Tak — potwierdziła spokojnym, szczerym głosem. — Niekiedy mnie odwiedzają. Otóż wczoraj nakazał mi ojciec przyczyniać się do dobrego skutku waszych zamierzań. Gotowych pieniędzy nie mam, gdyż dużo uwięzło w banku p. Prota Potockiego, zaś nad resztą kasztelan roztoczył swoją kuratelę, ale mam jeszcze swoje klejnoty, niechaj więc usłużą przeciw nieprzyjaciołom — wyjęła z szyfonierki pękaty worek z zielonego zamszu, zawiązany starannie i pod pieczęcią. — Miałam je posłać do Częstochowy — uśmiechnęła się, sypiąc sobie na kolana grad, jakby uczyniony ze stężałej tęczy. — Kapostas potrafi je dobrze sprzedać — przegarniała je końcem palców, lecz ze źle skrywaną lubością. Były tam w tej rosie różnobarwnej pierścienie w starożytnych oprawach, sznury pereł, zausznice, manele obsypane kamieniami, spięcia, guzy od kontuszów, szlify, pieczątki rznięte w rubinach, wysokie grzebienie ze złota, sadzone perłami, łańcuchy, balsamiki drążone w koralach i ametystach; było też sporo nieoprawnych kamieni. Nie bylejaka fortuna leżała w tej kupie złota i kamieni, polśniewającej cudnemi farbami.
— A możeby graf Moszyński kupił? On się lubuje w klejnotach — szepnęła, zsypując z powrotem. — Błyskotki to czcze i dziecinne. Jakże się ojciec ucieszy, kiedy mu zdam relacyę — dodała, wręczając mu worek.
Zdumienie Sewera sięgało już granic trwogi; patrzył w nią z lękiem, ale siedziała, jak przedtem, spokojna, piękna, władnąca rozumem i jakby z bólem zaczajonym w kątach ust. Żart-li czy też chora imaginacya?
— Co jednemu prawda, drugi ma za szaleństwo! — wyrzekła jakby w odpowiedzi jego zatrwożeniom i oczom badającym. Zmieszał się okropnie i tłomaczył tak zawile, że mu przerwała z pobłażliwym uśmiechem:
— A zaglądaj do mnie, zawsze będę ci rada. Weź-że te klejnoty i schowaj.
Pozwoliła mu łaskawie ręki do pocałowania i czule pożegnała.
Skwapliwie juści pochował kosztowności po kieszeniach, ale był tak pomieszany i wzruszony tem wszystkiem, że wszedł do salonu, jak pijany.
W sąsiednim buduarze słychać było podniesione głosy Izy i szambelana. Kłócili się zawzięcie. Przez słabo przymknięte drzwi roznosiły się ordynaryjne i brutalne wyzwiska. Złe, okrutne i mściwe słowa Izy świstały, niby bicz zacinający nieubłaganie. Szło im naturalnie o pieniądze i kochanków, a skończyło się płaczem i spazmami Izy i chrapliwym wrzaskiem szambelana i łomotem przewracanych sprzętów.
Zaręba już chciał wyjść, gdy z buduaru wypadł szambelan i zakrzyczał na swojego Kubusia, by mu podawał lekarstwo, nim się jednak zjawił famulus, przychwycił Zarębę i zaczął mu skrzekliwie kłaść w uszy.
— Nie żeń się waśćpan z modną panną; lepiej się obwieś, niźli miałbyś później paść się zgryzotą i pośmiewiskiem. — I nie czekając responsu, jął utykać po sali, wspierając się na grubej trzcinie i wyrzekał na kobiety.
Był wystrojony w paradny fijołkowy frak, suto zahaftowany, w białych pończochach na pałąkowatych nogach i w peruce z harcapem, omotanej złotą siatką, przygarbiony, schorzały, istny grat ludzki, lecz z twarzą wielce rozumną i bystremi oczyma.
Zaręba poczuł do niego jakąś litościwą czułość i właśnie był z nim zawiązał dyskurs, gdy weszła Iza z książką w ręku, piękna jak zwykle, wystrojona i zasiadła pod oknem w głębokim wolterze. Zdała się pokrywać wrzącą jeszcze złość wysilonym uśmiechem i lekceważącem skrzywieniem ust, skinęła głową Zarębie i jej orzechowe oczy ślizgały się po nim obojętne i niewidzące. Odczuł to boleśnie, odpłacając się wzgardliwemi spojrzeniami i głośniejszą rozmową z szambelanem. Jakby jeszcze niedość było w powietrzu wiszących swarów, wpadła Terenia, cała w rumieńcach, łzach i wzburzeniu, rzuciła się do Izy i buchnęła spazmatycznym płaczem, a za nią wleciał Marcin i nie witając się z nikim, szarpał wąsiki, potoczył groźnie oczyma i zwrócił się do Sewera.
— Wyjdź ze mną, mam do ciebie ważną sprawę — szeptał ponuro.
— Nie mogę teraz, czekam na kasztelana. O zmierzchu będę w handlu Dałkowskiego, to poczekaj na mnie.
— Jedziesz na bal dla Zubowa?
— To dzisiaj? Jeśli wydolę pilnym sprawom, zajrzę na chwilę.
— Wszyscy się wybierają na te festy, nawet Terenia.
— Nic tam po niej — wyrzekł z rozmysłem bardzo głośno.
— Terenia ze mną jedzie — odbiła Iza, przeszywając go spojrzeniem.
— Terenia zostanie w domu — zawrzał porywczo Marcin, czerwony z alteracyi.
— Waćpan przywłaszcza sobie prawo, co ona ma robić?
— Przecież to moja narzeczona, przecież jakoweś prawa mam.
— I dlatego chcesz praktyki tyraństwa na niej odprawować! Waćpan coś zawcześnie pokazuje rogi! — uśmiechnęła się z miażdżącą wyniosłością. — Biorę Terenię pod swoją opiekę, czy waćpanu to nie wystarcza?
— Wielce sobie szacuję ten zaszczyt, ale trwam przy swoich opiniach.
— Trwajże waćpan przy swoich przekornych opiniach, a ja Terenię zabieram — zwróciła się do Zaręby. — Nie będziemy tam przecież same, jedzie z nami cała socyeta. Zabawa obiecuje się być wspaniała i urozmaicona siurpryzami. Wszak jedziesz z nami?
— Nie mniemam jednak, aby to było odpowiednie dla panny Tereni — odrzekł zimno, wpierając w nią wyzywające oczy.
— Więc dla kogoż znajdujesz ją tylko godną? — złość ją targnęła i podrażniona jego tonem, stanęła przed nim w groźnem wyczekiwaniu.
Nie ścierpiał jej lekceważącego głosu i rąbnął na odlew, bez namysłu:
— Jedynie tylko dla tak zwanej wyższej socyety, lecz nie dla cnotliwych panienek.
— Katon! — bluznęła ironicznie, mszcząc zarazem niedzielny zawód.
— Tylko bywszy porucznik artyleryi Sewer Zaręba, mościa pani szambelanowo — gruchnął szydliwie z zuchwałą impertynencyą, skłonił się i odszedł na stronę.
— Grubianin! — posłyszał za sobą jadowity syk.
Weszło parę osób, gdyż u szambelanowej był punkt zborny całej socyety, fetującej Zubowa, skąd mieli wyruszyć do Stanisławowa na podwieczorek, zaś następnie do Sapieżyńskiego pałacu na teatr i bal.
Zjawił się też Cycyanow w otoczeniu swoich oficyerów i już nie odstępował Izy ani na chwilę, tak przez nią awansowany, że szambelan, pieniąc się z bezsilnej wściekłości, szeptał do ucha Zarębie:
— Ten książę ma maniery zgoła kozackie... Guza tu znać szuka... ja mu zrobię afrontacyę — mamrotał groźnie, nie ruszając się jednak.
— Vae victis przez kobiety! Snadź damy podobają sobie w jego parobczańskich manierach i dziobatym pysku — odparł drwiąco, lecz był rad, gdy mu Klotze oznajmił, że kasztelan czeka na niego.
Marcin, chmurny niby noc jesienna, zastąpił mu drogę i szepnął:
— Tak mnie damy obligują za Terenią, że nie wiem co począć?
— Bądź na prośby nieczuły i nie pozwalaj.
Kasztelan już czekał w powozie i zwrócił się do Klotzego:
— Ale, kupiłeś aspan woły?
— Kupiłem w Zelwie trzysta. Sto zaraz popędzili kozacy do obozu generała Dunina, resztę zaś spędzą do Grodna, popłyną do Prus. Jarmark był drogi, bo jakaś kompania skupowała i agent pana Starzeńskiego też podbijał ceny. Na szczęście miałem pod ręką konwojowych kozaków i trochę musiałem rekwirować. Tylko do koni nie można się było docisnąć, bo co było wybrańsze, wykupili jacyś oficyerowie, podobno dla brygady Madalińskiego i artyleryi Jasińskiego.
Zaręba nastawił uszu, domyślając się, jako mowa o Kaczanowskim i Hłasce, lecz odezwał się dopiero w drodze.
— Nie wiedziałem, że wuj zabawia się handlem.
— Jeśli ksiądz Kołłątaj może przedawać płótna i kartuny, to czemuż ja nie mam handlować zbożem i wołami! — zaśmiał się z jego miny. — Klotze mnie namówił i źle na tem nie wychodzę. Wziąłem nawet w arendę śpichlerz w Gdańsku; Klotze skupuje flotę i jesienią pchnę już ze dwieście szkut i komieg ze zbożem. Wprawdzie król pruski ścisnął nasz handel paskudnemi cłami, na komorach robią przeróżne utrudnienia, ale moim statkom obiecali pofolgować. Kasztelanowa jest przeciwna temu, respektuje bowiem Swedenborga, Martiniego i uczone dyskursa o nieśmiertelności, ja zaś uwielbiam zdrowe zasady ekonomii, dającej cale grzeczne prowenty.
— Będzie wuj na balu dla Zubowa?
— Powinienem, tyle mam jednak spraw na głowie! — westchnął, zagłębiając się w rozmyślania i dopiero gdy powóz stanął przed pałacem, zaszeptał: — Polecę cię biskupowi, musisz jednak się podrożyć i wziąć czas do namysłu, żeby nie zwąchał ukartowanej kabały.
Pałac Kossakowskich był nie nazbyt obszerny i miernej architektury, lecz urządzony z gustem i niemałym przepychem. W antyszambrze na pierwszem piętrze stały rzędy hajduków w herbowych liberyach i jakiś chudy ksiądz w okularach rogowych, przyjmujący gości, zaś w salach czyniły honory domu bratowe biskupa, on zaś sam, powłócząc nieco nogami, przechadzał się łaskawie uśmiechnięty. Co chwila w innej stronie widniała jego głowa, pokryta siwymi, podwiniętymi dokoła puklami i blada dziobata twarz. Przewijał się między grupami, nie szczędząc pochlebnych słówek, przyjacielskich skinień, tajemniczych szeptań i błogosławiących spojrzeń. Zdał się być samą dobrocią i dostojnością, którą wszystkich porówno obdzielał. Nawet z chudopachołkiem rad się zadawał, suponując mu, jako uważa go ponad drugich, gdyż każdego umiał zażywać dla swoich celów. Był wysokiego mniemania o sobie, ale pychę pokrywał niewolącą uprzejmością, bystrym dowcipem i nauką, chciwość poczciwą troską o szczęście powszechności, egoizm głębokiemi racyami polityki, nienawiść słusznym gniewem poniżonej moralności.
Konfidentów wynagradzał szczodrze, zaś nieprzyjaciołom wybaczał głośno, lecz przez zaprzedane sobie ręce gniótł ich bez miłosierdzia, obdzierał z majątków i słodkimi, bolejącymi szeptami podawał na wzgardę. Pokazywał się być księdzem wielce dbałym o służbę bożą, nawet msze odprawiał prawie codziennie, lecz jeszcze żarliwiej zabiegał o tłuste beneficya i jak kazała okoliczność, zagarniał je zbrojną ręką.
Człowiek był przytem oświecony, górnych manier, opinii miarkowanych rozsądkiem i okolicznościami, podstępny, intrygant nie przebierający w środkach i wiecznie głodny dla siebie i swojej rodziny dostojeństw, władzy, bogactw i znaczenia.
Wszak-ci to on czasu Wielkiego Sejmu najżarliwiej intrygował przeciwko reformom i konstytucyi.
Płaciła mu za to Imperatorowa.
Wszak-ci to on stał się później duszą Targowicy i wszelakich machinacyi, na zgubę Rzeczypospolitej uformowanych.
Brał za to szczodre w rublach jurgielty.
Wszak i aktualnie przewodził na sejmie potężnej fakcyi, powolnej na każde życzenie Petersburga, za co wciąż otrzymywał sute łaski w beneficyach, biskupich krzyżach, kamieniami sadzonych i dukatach.
Takim był ten obywatel, biskup i człowiek, nad którego mogli się naleźć jeszcze gorsi, lecz nie było szkodliwszego dla Rzeczypospolitej.
Kasztelan przedstawił mu Zarębę. Biskup obrzucił go bystremi oczyma, a wielce łaskawie przywitawszy, pociągnął kasztelana na stronę.
Zaręba, rad z osamotnienia, chociaż obciążony klejnotami kasztelanowej, a bardziej jeszcze gniewem Izy, jął się rozglądać pomiędzy ludźmi.
W głównej sali, obciągniętej amarantem i pełnej kosztownych sprzętów, zwierciadeł, bronzów i złoconych mebli, a nakrytej sufitem uczynionym z pozłocistej sztukateryi na dnie czerwonem, siedział biskup wileński, Massalski, ze swoim godnym socyuszem, biskupem chełmskim, Skarszewskim. Obaj byli zaciętymi antagonistami Kossakowskiego; zwłaszcza Massalski, gracz, utracyusz i pijak, mimo potężnej cyrkumferencyi i lat sędziwych, nienawidził go całą duszą i posępnym, złym wzrokiem chodził za nim, poszeptując coś zgryźliwie, na co Skarszewski prześmiechał się jadowicie, przytakując wyłysiałą, szpiczastą głową.
W blizkości prześlizgiwał się wężowymi skrętami, a z przyczajonym wzrokiem ksiądz Ghigiotti, czarny, suchy Wioch, króla partikularny sekretarz, lecz i zarazem powolne Sieversowi instrumentum. Węszył też między ludźmi osławiony Boscamp i Friese rad częstował tabaką, wyciągając przytem na słówka i wielu podobnych żarliwie pełniło swoje rzemiosło, gdyż na przyjęciach biskupich zbierała się liczna i przeróżnego autoramentu socyeta.
Za biskupami, na czerwonych ławach, obiegających ściany, drzemały wybrane dostojne ciemięgi, omszałe damy, pachnące woskiem i święconą wodą, niby stare kropielnice, zatabaczeni profesorowie w wyświechtanych sutannach i frakach, nieco staroświeckich kontuszów i poczciwych rupieci z zapadłych powiatów Litwy. Czasem pokazał się na głównej sali jakiś mąż głośnej cnoty, jakby jeno dla ornamentu prezentowany lub modny cudzoziemiec. Resztę zaś komnat, biegnących amfiladą i bogato przystrojonych, przepełniał różnobarwny, strojny tłum: modne franty z nastroszonemi czuprynami, z gałkami lasek w zębach, pobrzękując pękami pieczątek i wisiorków, podpierały kominy; nie brakowało pomiędzy nimi alianckich oficyerów, ni pieczeniarzy, bywających wszędzie, gdzie się tylko kurzyło z komina, ni polowaczów nowinek, ni person zgoła zagadkowym procederem żyjących; sporo wiecznych suplikantów krążyło w cieniu znacznych osób, wyczekując okoliczności. Większość jednak zebranych była złożona z posłów sejmowych, konfidentów i powinowatych biskupa, cała zgraja zaprzedanych mu socyuszów, która żarliwie stawiała się bić czołem wszechmocnemu patronowi, brać instrukcyę działań, wyżebrywać łaski, chełpić się przewagami na sejmie i składać relacye co się dzieje u króla, co u Siewersa, co u Buchholtza i co u wszystkich dygnitarzów. Co chwila bowiem ktoś długo nakładał w biskupie uszy, lub wsuwał mu w rękę nikłe karteluszki. Musiała się obocznie formować jakowaś tajna narada, bo co znaczniejsze figury, jak Zabiełłowie, Giełgud, Narbutt, kasztelan, paru sejmowych jurgieltników biskupich, a nawet i Nowakowski, wyniosło się niepostrzeżenie w głąb pałacu.
Właśnie deliberował nad tem Zaręba, gdy stanął przy nim Srokowski, którego był poznał u Nowakowskiego i szczerze unikał i jął mu pleść niestworzone banialuki o politycznych konjunkturach i upadku ojczyzny; jęczał przytem, łamał ręce, targał wąsiska i coraz lamentliwiej powstawał na upadek obyczajów i panowanie wszystkich grzechów.
— Przepadło już wszystko — krakał złowieszczo — mówię wraćpanu, jako przepadła Rzeczpospolita. Musi przyjść kara za grzechy. Musi Bóg pokarać winne i ogniem zgładzić tę Sodomę i Gomorę!
— Profetuj waszmość babom pod kościołem, a mnie oszczędź! — mruknął zgniewany i dosłyszawszy z bokówki głos Woyny, tam poszedł.
Paru młodzieńców z twarzami jakby zamarzłemi siedziało na kanapach, a Woyna czytał im półgłosem.
— »Potem rzekł Szczęsny (Potocki): »Ja jestem panem i stworzycielem waszym, a wszystkie ziemi polskiej mieszkance są buntownikami«. I nazwał Szczęsny wojsko polskie wojskiem nieprzyjacielskiem, a wojsko moskiewskie nazwał wojskiem wybawienia i wolności. I zaczęły się mordy, pustoszenia i pożary, a Szczęsny widział, że to wszystko było dobre dla niego, i radował się.
»I to był dzień pierwszy stworzenia.
»I rzekł Szczęsny: »Niech wszelki rząd i wszelka sprawiedliwość ustaną, niech szlachcic posłusznym będzie panu, a miasta niech się znowu pogrążą w ubóstwie i ciemności. To, co wybrani od współziomków godnie postanowili, niech będzie zbrodnią i spiskiem, a to, co ja rozkazuję, niech stanie się prawem«. Rzekł też Szczęsny: »Niech drukarnie przestaną drukować, a ludzie niech przestaną czytać, mówić, pisać i myśleć«. I nazwał to Wolnością.
»I to był dzień drugi stworzenia«.
— Jakże się wam podoba »Biblia Targowicka«? Przedni dowcip, nieprawdaż?
— Pusta złośliwość, z której wyłażą ośle uszy jakiegoś gryzmoły bez talentu i nauki — odpowiedział biskup, niespodzianie stając między nimi.
Skonsternowana młodzież porwała się z miejsc, tylko Woyna, nie straciwszy rezonu, ozwał się ze zwykłą swadą i w tonie żartobliwym:
— I mniemam, że Szczęsny po takiej pigułce dostanie żółtaczki.
— A waćpan zapłaci trzysta złotych kary za rozpowszechnianie pism wzbronionych sanctitami generalności — zawarczał groźnie biskup.
— Dobry żart tynfa wart, a ta krotochwila godna sutszej zapłaty. Mówią, że pisał ją Weyssenhoff, ale czuję żądła Niemcewicza lub Dmochowskiego.
— Daj mi waszmość egzemplarz — wyciągnął drapieżnie rękę.
Woyna oddał niechętnie i chciał się jeszcze wykręcać dowcipkami, lecz biskup skinął na Zarębę i, zaprowadziwszy go do ustronnej komnaty, w rozmowie swobodnej, przyjacielskiej, a najeżonej podstępnie, hakami, brał go na spytki. Snadź egzamin wypadł pomyślnie, gdyż, przybierając ton serdeczności, wyznał otwarcie:
— Kasztelan wnosił za waćpanem gorące instancye.
— Wuj dobrodziej zawsze jest wielce na mnie łaskawy.
— Właśnie też rozglądałem się za człowiekiem z nauką, umiarkowanych opinii a godnym zaufania, mógłbyś więc przy mnie zaprawiać się do późniejszych posług Rzeczypospolitej. Miejsce wprawdzie skromne i nie nazbyt profitujące, ale dałoby się hetmańską protekcyą odzyskać twoją dawną szarżę wojskową wraz z poborami, zaś kwaterę i stół miałbyś u mnie. Czy cię to kontentuje?
W niemem podziękowaniu schylił się do jego ręki.
— Możesz przy mnie wyjść na ludzi — dorzucił wielce łaskawie.
Spojrzał na niego zyzem, lecz biskup, lubiący górną swadą i wzniosłością swoich zamierzań kaptować przyjaciół i wielbicieli, jął niby to od niechcenia wyznawać się ze swoich trudów i niemałych ekspensów dla dobra publicznego. Były to niby szczere zwierzenia cnotliwego męża, z których wychodziło, że cokolwiek czynił, czynił tylko dla ocalenia ojczyzny i szczęścia powszechności.
Byłby może i dłużej snuł swoje pełzające, kręte i wielce podejrzane arcana polityki, gdy wszedł kasztelan i, szepnąwszy mu coś na ucho, zwrócił się do Zaręby:
— Poczekaj na mnie, mamy teraz ważne materye do rozważenia.
Wyszli pośpiesznie, a on zaś powrócił do sal opustoszałych gdzie już hajducy wywierali okna i jakiś kleryk wykadzał miedzianym trybularzem, i srodze się zamedytował nad biskupiemi słowami, a zwłaszcza nad swoją wielce szczególną sytuacyą. Nie czuł się bowiem sposobny do służby, jaką mu raił kasztelan i nakazywały względy na dobro sprawy.
Wzdrygał się na taką okoliczność i posępniał, jak te pokoje zasypywane popielnym zmierzchem i czerniejące niby jamy, z których tylko rwały się tu i owdzie ślepnące błyski zwierciadeł i złoceń.
Kasztelan długo kazał na siebie czekać, czem wielce zniecierpliwiony jął peregrynować po pustych pokojach i zaglądać do bokówek, aż wkońcu trafił na biskupią sypialnię; olbrzymie łoże pod baldachimem stało w pośrodku na grubym, puszystym kobiercu, a za niem przez zasłony sączyło się światło i wrzały jakieś głosy.
Zajrzał bezwolnie i stanął jakby przykuty do miejsca.
W komnacie obitej arasami, na których była wyrażona cudnemi farbami męka Pańska, rozmawiało parę osób. Srebrne kandelabry jarzyły się światłami, w kryształowym pająku również płonęło kilkanaście świec. Przy dużym okrągłym stole, zarzuconym papierami, siedział biskup, obok niego brał miejsce kasztelan, a dalej widniała głowa hetmana Kossakowskiego i cynicznie skrzywiona twarz Ankwicza. Opasły, o wypełzłych niebieskich oczach i jakby ze zmurszałymi policzkami, Bieliński, marszałek sejmowy, siedział obok Zabiełły i młodego Narbutta. Ksiądz referendarz Wołłowicz kręcił młynka pulchnymi palcami na wielce wypukłym brzuchu, patrząc z pod krzaczastych brwi w biskupa, za nim tuliły się pokornie jakieś nieme persony z wylękłemi oczyma. Kwitnął też i na widnem miejscu Nowakowski, jakby zachłystujący się rozkoszą słuchania.
Była to wybrana kompania konfidentów i zauszników biskupa.
Rozmawiano jednak ostrożnie, ważąc słowa, tylko Bieliński, ćmiący nieustannie lulkę, rzucał niekiedy uwagi szczere i cynicznie zuchwałe, Ankwicz parskał szydliwym śmieszkiem, a Zabiełło jakby zcicha warczał, szczerząc przytem żółte, ostre zęby, niby pies. Hetman raz po raz zażywał tabakę i kichał solennie, wciąż potakując wywodom biskupa, który mówił miodopłynnie, pieszcząc się każdem słowem, i oglądając swoje różowe paznokcie, niekiedy rozpędzał chustką kłęby dymów i nalewał Bielińskiemu ze sporego gąsiorka.
Go pewien czas zjawiał się, niby cień, jakiś liberyjny, objaśniał świece srebrnymi szczypcami i przepadał bez szelestu.
Narada miała swoje szczególne racye i Zaręba trafił właśnie, gdy hetman odchrząknął i lodowatym, starczym głosem rzekł:
— Markow żąda jak najrychlejszej ratyfikacyi traktatu z 17 lipca i redukcyi wojsk. Trzeba się z tem pospieszyć, bo Imperatorowa się niecierpliwi.
— Nie jesteśmy jeszcze pewni sejmowej większości — wyrzekł kasztelan.
— Jedyna rada: kupić potrzebne wota — rzucił niedbale Ankwicz.
— Możnaby to uczynić w motyi z ambasadorami, wszak i to do traktowania materyi pruskich będziemy potrzebowali większości — radził Nowakowski.
— I Petersburg policzy to w zasłudze nie nam, jeno Sieversowi — zauważył biskup i zwrócił się do Bielińskiego. — Wiele mamy swoich głosów?
— Czterdzieści, ale żeby uzyskać w pełnej izbie większość, potrzebujemy junctim affirmative mieć wotów ośmdziesiąt, wraz z głosami senatu.
— Srogi ekspens! — westchnął biskup — okoliczność żąda przerzedzenia opozycyi.
— Można, lecz zawsze ktoś zostanie, któren podniesie wrzask, zaprotestuje na sejmie i zmusi króla do solwowania sesyi — wtrącił Wołłowicz.
— A Skarżyńskich i Szydłowskich nie nakryje czapką, jak wróbli; potem wzburzą całą opinię przeciwko nam, a sami się przybiorą w postacie Katonów i prawdziwych patryotów — ostrzegał kasztelan.
— Niepotrzebne zgoła ceregiele — zabrał głos hetman — Sievers jest mocen całą opozycyę wysłać choćby na Sybir: starczy mu kozaków i nahajek.
— Ale niechby to zrobił z własnego rozumienia i bez naszej supozycyi...
— Będzie się wahał, jest bowiem czuły na głos powszechności, a rządzi się regułą: Panu Bogu świeczkę i dyabłu ogarek. Gdybyś, mości starosto — zwrócił się biskup do Ankwicza — przedstawił mu polityczne racye pozbycia się ich ze sejmu przed ratyfikacyjnemi deliberacyami, suponując sub secreto, że takowe racye uznał już za słuszne Markow?
— Zaś sejm zawotuje, czego żąda Imperatorowa, to można ich powrócić stęsknionym familiom i społeczności — poddał szydliwie Narbutt.
— Spróbuję. Będzie cierpiał, będzie przysięgał na ludzkość i swoje wnuczęta, rozchoruje się z alteracyi na żołądek, ale może się zgodzi.
— Przeczytam waszmość panom spis, a nie sprzeciwię się, jeśli kto dołoży do niego jakiego przyjaciela — uśmiechnął się jadowicie.
— Gdybym tam mógł pomieścić moich kredytorów! — westchnął Bieliński.
— I bez tego nie zostaną usatysfakcyonowani — mruknął jakoś żałośnie kasztelan.
Bieliński okrył się obłokiem dymów, a biskup jął odczytywać nazwiska tych cnotliwych, którzy się żarliwie opowiadali za ojczyzną, tych, którzy jej wszystką mocą bronili na sejmie przeciwko drapieżności ościennych potencyi i przeciwko zbrodniczej powolności zdrajców.
Zarębę ogarnęła gorączka i powstrzymywał się całą mocą, by się nie rzucić na te nikczemne Judasze. Przemógł się jednak i słuchał dalej biskupa, który, oddawszy listę proskrypcyjną Ankwiczowi, szeroko rozwiódł się o szkodliwości egzulantow siedzących w Dreznie i Lipsku.
I znowu padły jakby wydane pod topór nazwiska najszlachetniejszych.
— I. Potocki, bywszy marszałek, X. Kołłątaj, bywszy podkanclerzy, J. Weyssenhoff, bywszy poseł Inflancki, J. U. Niemcewicz, St. Sołtan — czytał prędko — pominę mniejszych, ale ci to są prawi hersztowie i wichrzyciele, podżegający kraj do buntów, ci to są posiewcy przewrotnych maxim jakobińskich, nieprzyjacioły Boga i ojczyzny — syczał, ledwie się już miarkując w nienawiści. — To zarzewie za blizko naszych granic, trzeba je zadeptać w porę. Już zimą podałem notę do kolegium spraw zagranicznych, aby zażądano wypędzenia ich z granic saskich. Markow obiecał i notę wysłano, a oni spiskują tam najspokojniej i w dalszym ciągu miotają na nas i naszych aliantów najpodlejszemi oszczerstwami. Kołłątajowska kuźnica, jak i w czas bywszego sejmu, zasypuje powszechność paszkwilami; burzy to publiczną spokojność, roznieca waśnie i nieufność, przeszkadza skuteczności zabiegów naszych o dobro ojczyzny, a najważniejsze, że osłabia naszą sytuacyę w Petersburgu: z tego płyną nieobliczalne dla nas szkody.
— Sievers powinien żądać ponowienia noty do dworu saskiego — zabrał głos hetman — wszak w Dreznie zrobiła się ekspozytura paryskich bezeceństw i stamtąd rozszerza się ta zaraza na całą Rzeczpospolitą.
— I do tego już doszło, że nawet w Grodnie, pomimo wart licznych, prawie co dnia znajdują na murach nalepione paszkwile — skarżył się Nowakowski.
— Ba, dzisiaj czytano jeden z takich nawet w moim domu — szepnął biskup, podając sekstern, odebrany od Woyny. Szare karty obleciały socyetę. Czytano je z uwagą i gniewną awersyą, tylko Ankwicz zaczął się śmiać.
— Ależ Szczęsny pęknie ze złości. Splantowali go nadzwyczajnie. Ha! ha! ha!
— Prawie każda poczta przynosi takie smakołyki.
— Sartoryusz ma nakazaną konfiskatę podobnych pism.
— Niepodobna mu przezierać wszystkich listów, otwierają tylko podejrzane, a i temu ledwie podołają — objaśnił Ankwicz. — Wczoraj dostałem pocztę warszawską, zaś w niej spory rulon, na którym jest wyobrażona szubienica. Zgadnijcie, mości panowie, kto na niej powieszony in effigie?
— Zawsze i wszędzie pierwsze miejsce biorą króle — zaśmiał się kasztelan.
— Niestety, nam oddano pierwszeństwo: dyndamy tam, niby drozdy złowione w sidła. Uśmiałem się do łez z tego konceptu i pokazałem rysunek biskupowi Massalskiemu. Srodze się zgniewał na swój konterfekt nadzwyczajnie utrafiony, wisi bowiem wespół z ulubioną charciczką, kartami w rękach i butelkami borgońskiego pod pachą. Nieporównany aspekt!
— Panie hrabio, mamy jeszcze pilne materye na deliberacye i dla Zubowa bal, a godzina dosyć późna — prosił z uprzejmym uśmiechem biskup.
— Słucham, dodam jeno, że wisimy tam in gremio, całem ministeryum, z odpowiednimi emblematami, a w pozycyach tak nieprzystojnych i krotochwilnie oddanych, iż można umrzeć ze śmiechu. Słucham, mości panowie.
— Względem redukcyi wojsk i prorogacyi sejmu — przeczytał biskup w seryarzu.
— Głównie zaś względem odstąpienia części wojsk naszych Imperatorowej.
— Jest taki zamiar? Któż go podaje? — pytał kasztelan poruszony do żywego.
— Powstał, by ulżyć Rzeczypospolitej w kłopotach finansowych — odparł hetman — boć kasy wojskowe puste, a żołnierz zdawna nieopłacony.
— I drugie racye, nawet ważniejsze wpłynęły na uformowanie tego projektu — wsparł biskup brata, wyjmując gruby sekstern z pod sukna.
— Pocóż odstępować, kiedy i tak wojsko się rozłazi, miasta są już pełne maruderów, a przytem generalność pozwoliła je trzebić obcym werbownikom.
— Nie pozwoliła, lecz, nie mogąc się przeciwić, musi o tem nie wiedzieć.
— Redukcyi żąda Petersburg i wymaga jej konieczność; kraj znacznie uszczuplony w ludności i zasobach, więc pocóż nam aż tyle wojska? Pod protekcyą wspaniałomyślnej monarchini Rzeczpospolita nie będzie miała okazyi prowadzenia wojen, zakwitnie błogi spokój i ludność będzie mogła oddać się owocnej pracy — wykładał hetman. — Jest pewna okoliczność godna rozważenia, płynąca z projektów redukcyjnych: oto jeśli się zdezarmują wojska, konsystujące jeszcze w kordonie rosyjskim i na Litwie, to słuszność nakazuje zapłacić im zaległe lenungi. A skądże Rzeczpospolita weźmie na ich opatrzenie? Ale jest jeszcze ważniejsza okoliczność, że tysiące zwolnionych ze służby i z pod dyscypliny rozlecą się po kraju śladami jakby wilków zgłodniałych. Wszak do swoich panów i pracy dobrowolnie nie powrócą, boć żywioł to burzliwy, rozswawolony żołnierką, spróżniaczony i przeto gotowy na każdy buntowniczy podszept. Klubowcy już na to rachują, gdyż widziano ich emisaryuszów po obozach. Jakby ogień rzucał niebacznie na prochy. Któż przewidzi, co się może wydarzyć? Jedni mogą się porwać przeciwko aliantom, lecz drudzy, uwiedzeni jakobińskiemi maksimami, spróbują, jak we Francyi, podnieść taką rebelię, że nie ostoi się ani jeden dwór i ni jedna szlachecka głowa. Naszą powinnością przewidywane nieszczęścia odwrócić od ojczyzny. Mniemam więc, jako jednym ze skuteczniejszych sposobów jest odstąpienie Rosyi chociażby całego korpusu wojska. Profit aż nadto widoczny: kraj pozbędzie się przyszłych terorystów i zarobi na wdzięczność monarchini — zażył tabaki, włócząc przytem martwemi oczyma po twarzach.
— Po ileż otaksowani z głowy? — Kasztelan miał w głosie cierpkość.
— Sto pięćdziesiąt rublów wraz z całym materyałem wojennym. I Rosya odniesie z tego niemałą korzyść, gdyż ekwipacya żołnierza kosztuje prawie czterysta rubli, no i o cały gotowy korpus wzmaga swoją armię.
Zapadło głuche milczenie. Hetman żuł bezzębnemi szczękami, tępo patrząc w podbladłe twarze, biskup coś pilnie obliczał na papierze, a reszta, jakby pod wpływem wstydu i wyrzutów sumienia, nie śmiała podnieść oczów. Kasztelan drżącemi rękoma jął nakręcać pektoralik.
— Za naszą przyczyną wzmaga się polski handel — przerwał milczenie Ankwicz, podnosząc się z miejsca. — Potąd sprzedawaliśmy jeno województwa i prowincye, zaś aktualnie już i gemeinów. Niemała progresya. Czy nie korzystniej byłoby wyprzedać wszystką ludność z bebechami? — głos mu brzmiał drwiącym sarkazmem, lecz i zatajonem cierpieniem.
— Projekt był powzięty u Igelströma, rozpatrywany przez Sieversa, brany na deliberacye w Petersburgu, a nam zalecony do przeprowadzenia na sejmie i królewskiej konfirmacyi — podjął zimno biskup, przeszywając go sępiemi spojrzeniami. — Kto sprawuje rządy, winien powodować się racyami stanu i rozumem a nie czułościami. Pracujemy nad ratowaniem ojczyzny wedle sił i rozumienia; pracujemy dla przyszłości, więc dopiero potomność przyłoży sprawiedliwą miarę do naszych zabiegów. Zaś kto mniema...
— Wszystko da się wybielić, niby płótno na rosie — przerwał mu dość szorstko — ale pocóż mamy się obełgiwać górnie i pompatycznie? Chcecie sprzedać wojsko? Sprzedajcie, nie sprzeciwię się, jeśli tylko płacą gotowym groszem. Właśnie dzisiejszej nocy zgrałem się do Zubowa i na gwałt potrzebuję paru tysięcy dukatów. Marszałek jest w podobnej sytuacyi, nieprawdaż?
Bieliński wyjął z ust lulkę i rzekł z powagą:
— I głosuję za odstąpieniem choćby wszystkiego wojska.
— To mowa prawdziwego męża — zawołał Ankwicz z emfazą i nie dopuszczając nikogo do głosu, gadał prędko: — Nie mamy już nic do stracenia, więc zagrajmy otwarcie va banque! Wygramy, to wprawdzie ojczyznę rozdrapią sąsiedzi, ale biskup pocieszy się prymasostwem, hetmana Imperatorowa ukontentuje wielkorządztwem Litwy, Zabielle pozwolą złupić choćby całą koronę, kasztelana uhrabią wraz z jego zięciem, drugim też nie pożałują słusznego panis bene merentium. A zawiedzie karta, podyndamy na konopnych szarfach, jak to nam z cicha profetują zelanci. Bo i w Polsce może się wzbudzić sumienie. Patrzycie mości panowie, jakbym miał w głowie roksolany? — rozśmiał się swobodnie. — Mam przytomną imaginacyę, ale czasem brzydną własne i cudze gałgaństwa, że człowiek rad pluje sam sobie w twarz. Wracajmy jednak do deliberacyi nad ratowaniem ojczyzny! Mamy mówić o prorogacyi sejmu?
— Konkluzya z tego, że Bachus i Wenera sił nie krzepią — szepnął biskup.
— Nie krzepią też podłe praktyki — wybuchnął niespodzianie. — Muszę wyjść, duszno mi od tych łajdackich fetorów, Zubow na mnie czeka.
Biskup zagrodził mu drogę i coś długo a gorąco przekładał.
Zaręba już nie mógł dłużej wytrzymać, musiał uciekać, aby nie paść trupem z gniewu lub nie oszaleć. Jak się wydostał z pałacu i jakim sposobem przeszedł swobodnie przez gęste patrole, krążące po mieście, nie umiał później powiedzieć. Poniósł go jakiś huragan wzburzenia i przeprowadził.
Kacper czekał w domu z relacyą o nowych werbunkach, Staszek przekładał szczegółowe rozłożenie bateryi dokoła Grodna, ojciec Serafin zjawił się z jakimś karteluszkiem, który trzeba było odczytać za pomocą klucza, poczta wileńska przyniosła list Jasińskiego, ale Zaręba zbył się wszystkiego skinieniem ręki i zamknąwszy się w stancyi, dopiero pofolgował wzburzonej do dna duszy. Wiedział bowiem o nikczemnych machinacyach tych ojczymów ojczyzny, lecz tego, co usłyszał, ani mógł imaginować podobnem do wiary.
— Wojska sprzedają, ostatnią oporę i nadzieję, by łacniej podać ojczyznę na łup wrogom! — Włosy mu powstały wobec takiego świętokradztwa i nikczemności. — I natura wydaje takie potwory! Więc niema już granic podłości ludzkiej — jęknął uderzony niespodzianem zrozumieniem.
I długo się męczył w ponurych medytacyach, co mu teraz począć?
Bo żeby przy nim miano formować zdrady i spiskować na zgubę Rzeczypospolitej, a on miałby to puszczać płazem i tylko tem składać powinne relacye? Na samą myśl o czemś podobnem, już mu ręka szukała szabli, krew biła do głowy, a całego przejmował war srogiego wzburzenia. Nie, nie zdał się na biskupiego adlatusa i konfidenta zdrajców, za nic, za nic... Ale wymogi sprawy, ale dobrowolne podjęcie się służby dla niej, ale wprost słuszna konieczność zasięgnięcia języka we wrażym obozie — oto, co mu znowu stanęło w myślach z nieubłaganą jasnością.
Jak sprządz i pogodzić jedno z drugiem?
Więc jakby uciekając przed powzięciem decyzyi, kazał Maciusiowi zaprzęgać i chociaż dochodziła północ, pojechał na bal.
Pałac Sapieżyński już zdała bił łunami, muzyką i gwarem, a dokoła błyszczały bagnety jegierskich kordonów i stały chmary kozactwa.
Na sali ogromnej, piętrowej, przybranej w kwiaty i zalanej jarzącem światłem kryształowych pająków, uprzątano po wieczerzy do tańców, że tylko w pomniejszych pokojach wykrytych kobiercami, a zastawionych kosztownym sprzętem, wypożyczonym na ten wieczór, zabawiała się świetna socyeta. Całe bowiem Grodno stawiło się uczcić Zubowa: nie brakowało ni ambasadorów, ni dygnitarzów Rzeczypospolitej, ni dam najznaczniejszych, ni nawet nuncyusza z biskupami Massalskim i Skarszewskim.
Zaręba na samym wstępie wpadł w ręce Nowakowskiego, który go prezentował damom i najznaczniejszym personom, a w końcu rzekł:
— Po całym pałacu szukał cię biskup z kasztelanem.
— Sądziłem się być niepotrzebnym i wyszedłem.
— Taka protekcya może cię doprowadzić do fortuny... winszuję ci...
Zaręba, wykręciwszy się od dalszej rozmowy i jego towarzystwa, z rozmysłem brał w sali najwidniejsze miejsca i pchał się na oczy. Rychło też zwrócił uwagę dam swoją urodą, galantuomią pełną czarującego wdzięku, dowcipem i szaloną werwą w tańcach. Zwłaszcza anglezy i menuety tańcował tak nadzwyczajnie, że damy okrywały go rzęsistymi aplauzami, nie szczędząc przytem słówek uwielbienia i czułych spojrzeń. Nawet Iza, szczególnie wyróżniana przez Zubowa z całego wieńca najpiękniejszych kobiet, jakie go nieodstępnie otaczały, często podnosiła na niego zamglone oczy.
W jakiejś chwili porwał go Cycyanow, by wyżalić się na podłą zmienność kobiet, żarła go bowiem zazdrość i bezsilna wściekłość na Zubowa.
— Każda potrafi psu oczy sprzedać! — przytwierdził, goniąc oczyma Terenię, tańcującą zapamiętale z von Blumem i poszedł do bokówek, gdzie już niepodzielnie panował faraon i hulaszcza, wrzaskliwa pijatyka.
Już na świtaniu pochwyciła go podkomorzyna.
— Odwieź mnie waszmość do domu, czeka tam Działyński z Prozorem.
Uradowany niezmiernie podał jej rękę i wdzięcząc się, a prawiąc modne dusery, powiódł do wyjścia.
Właśnie wybuchnęły srogie wrzaski, podpita młodzież porwała Zubowa na ręce i obnosiła po sali wśród wiwatowań i grzmiących fanfar muzyki.
Zaręba obejrzał się z politowaniem i wyszedł powolnym krokiem.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.