Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Za moją przyczyną! — powtórzył z niedającem się wyrazić uczuciem. — Zemściła się! jak ordynaryjna dziewka! — wybuchnął na mgnienie, lecz przybrawszy maskę obojętności, przystanął pod kafenhauzem, gdzie, jak co dnia o tej porze, gromadziła się modna młodzież, lustrująca promenujące się damy. Był tam i Marcin Zakrzewski, ale jakiś skwaszony, mrukliwy, a w takiej kłótliwej dyspozycyi, jakby szukał okazyi do zrobienia burdy.
— Cierpkiś, jakby ci podkomorzyna dała abszyt — szepnął Zaręba.
— Nieco chybiłeś, ale ktoś mi u niej szyje buty. — Spojrzał na niego podejrzliwie.
— Suspicye zgoła fałszywe, szukaj innego tropu.
— Bym wiedział, kto mnie tam dysgraduje! — zawarczał, szarpiąc wąsiki.
— Pilnowałbyś, aby cię nie odsadzono od Tereni.
— Afrontujesz mnie, czy ostrzegasz? — przysunął się groźnie.
— Pragnę tylko, byś zobaczył, kto ci szyje buty i gdzie...
Zakrzewski pobladł, jego łagodna twarz stężała na kamień.
— Rozumiem cię przyjacielem, więc mnie nie szczędź.
— Przekonaj się sam! Panie będą dzisiaj w teatrze, naturalnie w asyście... Pamiętaj tylko, że oficyerom Sieversowym nie wolno się pojedynkować.
— Ale mnie wolno każdemu z nich pomacać boki choćby kijem.