Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/256

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— I przejechać się za to do Kaługi. Licha satysfakcya i nie prowadząca do celu.
— Nie wyprawiaj awantur, trzeba poszukać skuteczniejszych sposobów.
— Czekaj tatka latka, aż kobyłkę wilcy zjedzą — mruknął wzgardliwie i poleciał.
Zaręba również miał już odejść, gdy naraz z kafenhauzu wytoczył się jakiś pijany olbrzym i runął na niego całym ciężarem, bełkocząc rozkazująco:
— Prowadź mnie asan — i czknął mu w samą twarz.
— Nie jestem twoim pachołkiem. — Odepchnął go z obrzydzeniem, aż tamten potoczył się na ścianę i czepiwszy się jej kurczowo, zaczął wrzeszczeć płaczliwie:
— Pomóżcież, psie syny! Nuże, chłystki! Zawołać mi powóz!
Nikt się jakoś nie kwapił z pomocą, natomiast posypały się drwiny.
— Położy się pod kafenhauzem i sprzątną go marszałkowscy.
— Obmierzłe bydlę! Zaraz on tu przyozdobi ścianę.
— Oddać go patrolowi. Prześpi się w kordegardzie i sam już trafi do Massalskiego.
— Pan Bóg nie rychliwy, ale sprawiedliwy — rzekł jakiś przechodzień.
— Sic transit gloria mundi! — dodał drugi, spluwając w stronę opoja.