Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/254

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przywitali się cale przyjaźnie i oficyer protekcyjnym gestem zapraszał do wejścia.
— Niestety, nie mam czasu, chciałem tylko zasięgnąć języka o kasztelanie.
— Przyjeżdża jutro. Tak mówiła przy obiedzie panna Terenia. Idziemy dzisiaj na teatr, nie wybierze się pan z nami?
— Licznaż będzie kompania?
— Sami domowi: pani szambelanowa, panna Terenia, ja, no i szambelan.
— A książę? — nie mógł powstrzymać tego pytania.
— Zjawi się na koniec spektaklu, gdyż teraz ma na głowie młodszego Zubowa, który przyjechał z Petersburga, więc tylko ograbił z róż ambasadora i polecił je złożyć pani szambelanowej. On już w stanie szczęśliwości, odzyskał bowiem utracone łaski — szeptał z głupowatym uśmiechem.
— Bardzo się cieszę — wykrztusił, zmuszając się potem do paru słów usprawiedliwienia, że go nie zastali w domu.
— Książę tego żałował, bo jechał do pana z podziękowaniem.
Zaręba pokazał twarz szczerze zdziwioną.
— Zwierzył mi się, jako za pańską przyczyną uzyskał przebaczenie.
— Za moją przyczyną? Ach, tak, tak! — zaśmiał się dziwnie i rozstawszy się z nim, poszedł wolno, bardzo wolno, jakby uginając się pod niezmiernym ciężarem.