Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/220

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Kto idzie? — rozległ się nagle groźny szept i zgrzyt odwodzonego kurka.
— Wolność! — odszepnął Kacper, przystając.
— Kto idzie? — powtórzył ten sam głos, tylko łagodniej.
— Równość!
— Kto idzie? — padło po raz trzeci. Otoczyli ich zbrojni ludzie.
— Braterstwo!
— Swoi. Idźcież z Bogiem! Deptuch, prowadź do obozu.
Ale mieli jeszcze przed sobą kawał drogi przez dzikie wertepy wzgórz, poręb, dolinek i bagien. Szli w milczeniu, tylko Deptuch co pewien czas gwizdał przeciągle, rozglądając się na strony i potem zwracał się do porucznika:
— Pokornie melduję, jako wedety na swoich miejscach.
— Dobrze rozstawione — pochwalił, nie mogąc jednak dojrzeć nawet cienia.
— To nie kantonisty, ani towarzysze z kawaleryi Narodowej — mruknął Kacper.
— Nie czepiaj się — odrzekł, trzymając się wytężonym słuchem kroków przewodnika, gdyż w gęstwie i mrokach nie było nic widać, że tylko z rzadka tu i owdzie zamajaczyły ściżbione cienie pni.
— Zalatuje dymem — zauważył w jakiemś miejscu.
— To z bud smolarskich, bo dym ciągnie z prawa — objaśnił Deptuch, wyprowadzając nad brzeg jakowychś