Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wym kożuchem mgieł i wrzących od skrzeczeń derkaczów, huczenia bąków i kwilących zawodzeń czajek.
Lecieli wskróś pól omglonych, pachnących gryką i dymami, gdzie od wiosek, niedojrzanych w nocy, naszczekiwały psy i drżały jakby ciężkie westchnienia śpiących.
Było już blizko trzeciej i na wschodzie zaczynało się przecierać, gdy dobili pod wysokie wzgórze, pokryte lasem i wysiedli.
— A jakże powrócicie? — troskał się Zaręba, przeciągając strudzone kości.
— My już, nibyto wyjechawszy jeszcze rano na połów, mamy poświarczenie mostowego, to wrócim przezpiecznie, choćby i z pustemi sieciami.
Chciał im wetknąć po dukacie, nie wzięli jednak, a starszy rzekł z godnością:
— Nie dla grosza stawiwszy głowy. Ociec Serafin wpisał nas do polskiego bractwa, to służym z dobrej woli a powinności.
— Bym znał, komu winien jestem wdzięczność!
— Trojakowski Szymon jestem, rybak, a to mój syn, Wojciech.
Gorąco uścisnął im spracowane ręce, wzruszony tem szczerem oddaniem się sprawie i poszedł za Kacprem w górę, niezmiernie stromą i ślizką ścieżyną. Bór ich ogarnął nieprzeniknioną ciemnością, szli omackiem, natykając się co chwila na pnie, stojące zwartym gąszczem; dopiero na szczycie zrobiło się nieco jaśniej i przez rozchwiane, szumiące konary widniało niebo.