Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/251

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przeważył i zamknąwszy je do skrzyni, zwrócił się do niego przyjacielsko:
— Jutro powiozą je do Kapostasa. Tak rozporządził szef, przyczem polecał mi gorąco pana porucznika. Żebyśmy to mieli więcej takich godnych oficyerów!
Zaręba obruszył się i wyrzekł porywczo:
— Abyśmy więcej mieli takich obywatelów jak pan podkomorzy! Oficyerowie wiedzą, co powinni ojczyźnie, i nie zwątpili o niej ani na chwilę.
— Dobrodziejaszku złocisty! — wykrzyknął podkomorzy, biorąc go w ramiona. — Żebym tak pypcia dostał na języku, jeślim cię chciał urazić! Toć jestem największym chwalcą całego koru i wiem, że wy jedni czuwacie, gdy wszyscy śpią lub rezygnują, stumanieni koszmarem zdradnej przyjaźni. — Ścichnął nagle, gdyż z dalszych pokojów huknął jakiś tubalny głos:
— Upewniam waszmościów, jako aliantka, co tylko czyni — czyni dla naszej pomyślności. I tylko przy jej wspaniałomyślnej protekcyi...
Podkomorzy drzwi przywarł, ale Zaręba dosłyszał i syknął przez zęby:
— Zgoła jak w bajce o wilczej protekcyi nad stadem baranów.
— A najgorsza, że mówi to człowiek poczciwy i prawy obywatel, a tak, jak on, święcie wierzy prawie cała Litwa. Desperacya z taką ślepotą!
— Przewidzą, jeno że będzie już zapóźno.
— Kossakowscy ich durzą w tym względzie, już bowiem otwarcie głoszą, że dla Litwy jedyny ratunek, aby się dobrowolnie związała unią z Rosyą.