Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Niech pany oddadzą wolność, a naród kozacki opowie się przy Polszcze.
Smutnie uśmiechnął się Zaręba i stanął przed Furdzikiem, dawnym znajomym.
— Dawnoś wyszedł z Kamieńca?
— Temu trzy miesiące. Musiałem czekać sposobnej pory. Taka forteca zatracona, mój Boże, tyle harmat i wszystkiego. Nasz komendant już od jesieni opatrywał mury i reduty, z własnego worka ekspensował na proch, kanonierów egzercyrował całymi dniami, harmaty chciał przelewać. Że i rok moglim się bronić choćby przeciwko wszystkim dyabłom!...
— To czemuście ją wydali? — rzucił nieopatrznie pod wpływem nagłego żalu.
— Wydały ją oficyery i panowie! — ryknął bez namysłu. — Mogliśmy to nie pozwolić? Tośwa jak psy warowali o chłodzie i głodzie! A wielu to pomarło pod kijami, że nie chciało przysięgać, a wielu to pognali w Sybir, a wielu to gnije po kazamatach! A zdrajce patrzyły na taką marnacyę żołnierzów suchem okiem! Wedle rozkazu! — urwał nagle, dojrzawszy mękę w jego oczach.
Zaręba nikogo już więcej nie zagadywał, tylko przemówił twardym głosem:
— Każdy z was powiedzie dziesięciu gemeinów. A to wasz dowódca — wskazał na Kacpra — on wam wyznaczy trakty i postoje; każda partya musi się przemknąć innym szlakiem. Który swoją komendę w całości doprowadzi do Białegostoku, zaawansuje. Tam wszyst-