Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przyjaciela, lecz wszyscy wyznawali się dezerterami z wrogich szeregów, prawiąc na ten tenor duby smalone. Jeśli łgali, to tak wprawnie, że nie miał sposobu domacania się prawdy. A zresztą i po co? Żołnierz był w rzemiośle wojennem zaprawny, na wszystko zdeterminowany i dla sprawy potrzebny. Dał więc spokój dociekaniom i raptownie zwrócił się do Kwaka z pułku Lubomirskiego:
— Toś z takich zuchów, którzy uciekali pod Zieleńcami?
Żołnierz zadygotał pod jego wzrokiem, ale odparł krotochwilnie:
— Nasz komendant kłaniał się w pas każdej kuli, to i gemeinom zmierziło się stać pod ogniem.
— A waść skąd się tu wziąłeś? — spytał Borejszy.
— Z pod przemocy, aby wziąć zemstę i zginąć — odparł górnie a ponuro.
— Słyszałeś, co mówił Bernardyn? Trzeba się bić, jeszcze raz bić i pobić! To hasło generała Kościuszki. Nie pomsty waść szukaj ni śmierci pragnij, lecz zwycięstwa.
— A ty — zwrócił się do Semena — czemuś opuścił Matuszkę?
— Bom jest powinien matce rodzonej, Rzeczypospolitej.
— Prawyś syn, bracie, ale reszta twoich zdradne pasierby.
Kozakowi poczerwieniała blizna na policzku i wyszeptał lękliwie: