Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/241

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kich wyekwipują i zapłacą zaległe lenungi. Ruszajcie o pierwszym zmierzchu. Odstąp!
Żołnierze się rozpierzchli, ale przystąpił Łaski z jakimś cierpkim uśmiechem.
— Może i ja byłbym zdatny do jakowejś funkcyi?
— Waść zaopiekuje się kobietami: drogi niepewne, pełne maroderów.
— Anim imaginował kiedy o awansie na wojskiego! — poczerwieniał z alternacyi.
— Jużem pod siedzenie wstawił pełniuśką półgarncówkę — dobruchał go ksiądz.
— Dobrodzieju mój i zbawco! — rozczulił się nagle — prawda, przystojniej dla mojej szarży jechać, niźli z chamstwem tłuc się po wertepach. Szkoda tylko, że te moje kokoszki już wypierzone! — Podkręcił zabójczo wąsy i tak strzelił oczyma, aż parsknęli śmiechem, a on jął prawić konfidencyonalnie:
— Parol kawalerski, ale właśnie za przyczyną amorów musiałem powędrować z ultajstwem. Jak człowiek ma szanse u podwik, to już dyabeł nie opuści go do śmierci. Nawet w drodze zdarzyła mi się okoliczność poprostu nie do wiary...
— Jabym uwierzył, ale czas nam w drogę — przerwał Bernardyn, ruszając w las. Zaręba podał mu rękę, poszeptał z Kacprem i uściskawszy go cale po bratersku, poszedł śpiesznie za księdzem.
— Łże szelma jak najęty i pewny, że mu zawierzą.
— Ma już takie reguły, mam go jednak za coś gorszego i kazałem mieć na oku.