Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


padły brzuch wypinał i hardo ślepiami toczył, gdy skądciś wydarło się przeraźliwe gdakanie, czem wystrachane owce uderzyły w żałosny bek, a psy jęły docierać do jednego z wozów i naszczekiwać zajadłe.
— Głośno się chwali, że niesie żołnierzowi jajko — zaśmiał się któryś.
— Moja kokoszka! — jęknęła markietanka. — Za łeb zedrę, kto ją wypuścił! Kucusia! kucu, kucu! — nawoływała pieściwie, uganiając się za kwoką.
— I baranki proszą się wędrować z nami.
— Chude, nawet wilkby na nich nie ugryzł.
— Kurę se, jucho, macaj, ale od moich owiec zasię! — groził Bernardyn i skoczył do nich, by się nie rozleciały po lesie, ale już rudy prowodyr tęgo je trykał rogami, zganiając do kupy, zaś ksiądz zawrócił do wozu. Po chwili księży chłopak wydobył z niego niezgorszą beczułkę i postawił niedaleko ognia. Skoczył do niej zapalczywie Łaski, dno sprawnie wyłupał i wziąwszy od pacholika kwartę, zaczerpnął do pełna; podniósł ją lewą ręką w górę i zasalutowawszy, wydeklamował z tkliwością:

»Gorzałeczko, gul, gul, gul!
Panieneczko, tul, tul, tul!
Szynkareczko, lej, lej, lej!
Żołnierzyku, pij, pij, pij«

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Przytknął kwartę do warg i zadzierając zwolna głowę, a robiąc grdyką, wypił do ostatniej kropli, poczem wyrzekł uroczyście: