Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/233

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ranne zasnuwały wszystko błękitnawą, kadzielną kurzawą.
Po podniesieniu wielu żołnierzy wraz z kobietami przystąpiło do komunii.
Tarkowska z dzieckiem przy piersi, wzięła przy ołtarzu pierwsze miejsce, a za nią czołgała się z wniebowziętemi oczyma markietanka, nie przestając ani na chwilę robić pończochy.
— Robotnica od siedmiu boleści! — fuknął ksiądz, cofając gwałtownie twarz przed rozmigotanymi drutami, niby przed jeżem.
Babina aż się popłakała ze wstydu i konsternacyi
Po mszy ojciec Serafin stanął przy ołtarzu z krzyżem w ręku.
— Żołnierze! — zawołał z mocą. — Przysięgliście bronić ojczyzny do ostatniego tchu?
— Przysięglim! — runął odzew ze wszystkich gardzieli.
— To idźcież w bożą godzinę, dokąd was poprowadzą. A któren w duszy nie żywi zdrady, niech całuje Jezusowe nóżki.
Podawał krzyż do całowania i każdego z osobna błogosławił, każdemu coś poczciwego rzekł i za głowę ściskał.
— Na wielką potrzebę idziesz, żołnierzu, na świętą i zapamiętaj: trzeba bić, jeszcze raz bić i pobić! — wołał ogromnym głosem. — A któż to winien, żeś głodny żołnierzu? żeś w łachmanach? żeś tropiony gorzej wściekłego psa? żeś jako ten Łazarz wzgardzony? Wróg tego sprawcą! To mówię: bij go bez miłosierdzia, bij