Ostatni sejm Rzeczypospolitej/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Ostatni sejm Rzeczypospolitej
Pochodzenie Rok 1794
Data wydania 1913
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
IV.

Biła już trzecia, gdy Zaręba srodze zadyszany, wpadł do zamkowej antyszambry, ale królewskie posłuchania jeszcze się nie rozpoczęły i podwoje sali tronowej były zawarte na głucho.
Antyszambra była sklepiona, nizka i mroczna nieco, pomimo dwóch szerokich okien na dziedziniec, przyćmiewał ją bowiem kolumnowy podjazd. Mirowscy, w paradnych mundurach i pełnem uzbrojeniu, trzymali straże u wszystkich drzwi, bystro wodząc oczyma za każdym wchodzącym.
Ale bardzo niewiele osób zbierało się na dzisiejsze posłuchania.
Zaręba przysiadł pod ścianą, obok jakowychś kobiet w żałobnej czerni, z których jedna zdawała się cichutko popłakiwać.
Na środku stał siwy jegomość ze łbem podgolonym w czub rozwichrzony, z czerwoną rogatywką na głowni karabeli, w długim i srodze buchastym papuzim kontuszu, pamiętającym jeszcze saskie czasy; szarpał obwisłe wąsiska i jakby się wyżalał przed jakiemiś damami, które wyfiokowane, w mantynach, szalach, muszkach i spiętrzonych fryzurach, słuchały cierpliwie, trzymając się pod ręce — zielony strzelec z letniczkami na ręku stał o parę kroków.
Między oknami rozmawiało półgłosem kilku cudzoziemców we frakach, suto złotem aftowanych i harcapach u spudrowanych włosów.
Zaś w kącie, jakby chroniąc się ciekawych spojrzeń, siedział jakiś człowiek w wojskowej kapocie, przy pałaszu i z krzyżem, zuchwale przypiętym do piersi, ale z głową w bandażach i o schorzałej, bladej twarzy; pachołek podawał mu co chwila jakieś leki rzeźwiące.
Czas dłużył się wszystkim, gdyż było niezmiernie gorąco i nudnie; sennie brzęczały muchy i sennie brzmiały rozmowy, tylko niekiedy trzasnęły karabiny o kamienną posadzkę, wyczynioną w kostkę czarno-białą, lub za oknami rozległy się ciężkie, nierówne stąpania wart i zamigotał przez szyby bagnet, blacha kołpaków i kolor mundurowych wyłogów.
— Jeśli asumpt nie kwadruje z konkluzyą, to psu na budę cała robota — jął naraz prawić głośno i gniewnie siwy jegomość. — Gwarancye i alianse, a »przyjacielski« żołnierz łupi nas ze skóry niby piskorzów. Niemały szwank poniosłem na zdrowiu i substancyi, toć wiem jaką zbójecką zgoła procedurą poczynają z nami »alianci«. Moja okoliczność była taka: Jakoś ultimis Aprilis, przeciągał batalion grenadyerów pod von Blumem, który, podjechawszy pod mój ganek i nie złażąc z konia, zażądał furażów. Pozwoliłem, chociaż prosił modą cale tatarską, ale powiadam: daj mi waść kwitącyę za wzięte barany i krupy! A ten psi syn, miasto responsu, buch mnie głownią w piersi! Ja do szabli, obciąłem juści ultaja i tylem się jeno usatysfakcyonował. Reszta, to już jedno żalne larum. Zniszczyli mnie z kretesem i zrabowali do ostatniego krowiego ogona. Tylko jakimś cudem wyniosłem życie z tej opresyi. Ale teraz von Blum jeździ w moje ogiery i żre na mojem srebrze, a ja wędruję per pedes apostolorum od Annasza do Kaifasza i szukam sprawiedliwości.
Weszło parę nowych osób i jegomość ścichnął, ale Zarębie przyszło na pamięć, że Iza wspominała o jakimś von Blumie, wielbicielu Tereni.
— Wyłożyłem ambasadorowi od a do zet — podjął znów głośno — to wsiadł na mnie, jak na łysą kobyłę, że to napastuję wojska i biję mu oficyerów. Groził mi nawet wieżą i Sybirem! Myślałem, że mnie krew zaleje. Byłbym mu wypalił rzetelne verba veritatis, alem się pomiarkował: ubliżyć może, a wyzwać go na rękę, to mi nie stanie. Maż to być crimen, że nie pozwalam się postponować ultajstwu? A że tam moi synaczkowie, mszcząc nasz dyshonor, poszli tropem »przyjaciół« i jak mogli, tak gemeinów łuszczyli — toć odrodne tylko dzieci puszczają płazem krzywdy rodzica! Z taką właśnie sprawą stanę przed królem Jegomością. Ale stanę już nie a particulari, aliquo conventiculo, lecz nomine wszystkiego stanu szlacheckiego, skrzywdzonego w mojej osobie, i spytam; zali żywię jeszcze wolność i prawo w tej Rzeczpospolitej? Zali dziki najeźdźca...
Nagle rozwarły się złocone podwoje, uczynił się rumor i każdy ze stanu szlacheckiego wchodził do sali tronowej, gdzie król co niedziela dawał publiczne posłuchania.
Wyszedł naprzeciw ksiądz Ghigiotti, Włoch, czarniawej, suchej twarzy i niespokojnych oczu, króla particularny sekretarz, rozpytując łamanym językiem każdego, z czemby przychodził przed Majestat?
Brał go ten i ów na stronę, wyszeptując się z bolączek; Włoch słuchał z jednakim uśmiechem i czasem cicho zagadał, a jeśli była suplika, oddawał ją Friesemu, który zapisując nazwiska i godności, jakby obmacywał suplikantów chytrze zmrużonemi oczkami.
Zaręba sprawił się krótko, po żołniersku i jął się dokoła rozglądać.
Sala tronowa, nie nazbyt wielka i miernej struktury, była świeżo pomalowana na biało i przyozdobiona złoceniami, ale tak licho, że już tu i owdzie łuszczyły się farby i pękały powzdymane tynki.
Tron stał pod czerwonym baldachimem, naprzeciw wyniosłych okien, dających światło i cudny widok na Niemen i jego zieloną kotlinę. Pod ścianami było nieco złoconych krzeseł i parę stołów mozaikowych italskiej roboty, jeno że szpetnie poszczerbionych. Zwierciadła między oknami, złożone z niewielkich tafel, świeciły przymglonym, białawym lustrem. Szary, marmurowy komin w rogu dźwigał złoconą tarczę z herbami ostatniego Sasa, olbrzymie grupy porcelanowe i takież kandelabry. Od sufitu, na którym wskroś zabielań widniały spłowiałe kolory, jakichś dawnych malowideł, zwieszały się pająki, obwieszone kryształowem szkliwem. Parę zczerniałych portretów w złotych ramach ubierało nagie ściany.
Sala była pusta, nudna i pachniała wapnem i rozgrzanym klejem.
Na jakiś tajny znak o zbliżaniu się króla, Friese ustawił wszystkich przed tronem, na dywanie, zajmującym cały środek sali.
Cudzoziemcy wzięli co najwidniejsze miejsca, Zarębie przyszło stanąć na samym końcu, przy damach w czerni.
Król wszedł małemi drzwiczkami, dwaj kadeci z obnażonemi szpadami ustawili się przy tronie, Mirowscy zajęli drzwi, w dziedzińcu zawarczały bębny i warty stanęły pod oknami.
Król wydawał się dzisiaj być w dobrym humorze, uśmiechał się przyjaźnie i jął obchodzić petentów.
Ghigiotti coś mu szeptał do ucha. Friese z drugiej strony mówił nazwiska. Dość długo rozmawiał po angielsku z cudzoziemcami, a potem już kolejno z każdym zamieniał po parę łaskawych słów.
Zaręba pilnie łowił jego głos, ale niewiele ułowił, gdyż byli szeroko rozstawieni, a przytem król zazwyczaj mówił cicho. Usłyszał go dopiero, gdy siwy jegomość zaczął głośno roztaczać swoje żale i skargi.
Król słuchał, jakby wystraszony, usiłując przerwać tę wielce przykrą relacyę, ale szlachcic, nie pozwalając się zbić z tropu, grzmiał coraz zapalczywiej:
— Nic nie zatajam i nic nie koloryzuję, jakem Karpiński z Karpina, Korabita, nomine całej ziemi jęczącej w opresyi, prawdę powiadam! Byś widział, Najjaśniejszy Panie, trakty, którymi ciągną »przyjacielskie« wojska, tobyś mniemał, że przeszli tędy dzicy Tatarowie! Całemi milami leżą popalone wsie, znieważone kościoły, złupione dwory i potratowane zboża, nic, tylko jedna goła ziemia i niebo, ruiny, łzy i płacz jeden. Że już nawet pospólstwo, przywiedzione do rozpaczy, ucieka w lasy, aby choć zbawić żywoty z tych straszliwych terminów. Łońskie wojenne lato, a nie przywiodło nas do takiego zniszczenia, jak tegoroczne maszerunki i rekwizycye »aliantów«. Niezadługo, a w Nadbużańskim kraju nie pozostanie całej chałupy, ni ziarnka zboża i ni jednego człowieka.
— Wszak wybierają furaże wedle palet i w asysystencyi komisarzów.
— Tak miało być, ale zabierają swoim sposobem, prawem kaduka, a kto im wzbrania, nahaje uczą go uległości. Trafiają się i poczciwsi, bo wezmą sto korcy zsypki, a wystawią kwitacyę na pięćdziesiąt. Podpisać ją trzeba, bo bagnetami dyktują. A spodoba im się coś w domu, zabierają bez pardonu. Całe wozy łupów ciągną za nimi; przedają je potem żydostwu. Więc staję przed tobą, Najjaśniejszy Panie i pytam, zali niemasz już w Rzeczypospolitej prawa na łotrzyków i miecza na gnębicieli? — dokończył z mocą.
Wszystkie oczy przeniosły się z niego na króla, który stał zmieszany, niecierpliwie szarpiąc orderową wstęgą na piersiach. Ghigiotti uśmiechał się z fałszywem współczuciem, a Friese, będący zaprzedanym instrumentem Sieversa, ze szczególną uwagą przyglądał się szlachcicowi. Wreszcie król, zbywszy go wielce czułemi słowy z dodatkiem ręki łaskawie podanej do ucałowania, zwrócił się do wyfiokowanych dam.
Karpiński robił grdyką, jakby udławiony pańską odpowiedzią.
Król zaś coraz spieszniej zmierzał do końca; żałobne panie już pilnie wycierały zaczerwienione oczy, oficyer, stojący za niemi, wyprężał się tak gwałtownie, aż mu brzęczały ostrogi, a Zaręba, nieco wychylony z szeregu, patrzył na Króla przenikliwie i bez animozyi, lecz z jakiemś cierpkiem politowaniem krzepkiej i prawej natury nad tym spróchniałym i wykrygowanym Celadonem, mającym pozór zużytej rozpustą gamratki.
Ręce miał wypieszczone i lubieżne, o cienkich, długich palcach z różowymi paznokciami, dyamenty w sutych żabotach, przerzedzone włosy w siwych puklach misternie utrefionych, twarz babkowatą i ubieloną, głos miły, wdzięczące się spojrzenia, usta wyczerwienione i obłok zapachów dokoła. Nie uszły jego bystrych oczu sadzone kamieniami sprzączki trzewików, ni wątłe, drgające łydki, opięte w białe pończochy, ni frak błękitny, dziergany jedwabiami na obrzeżach, połach i klapach w cudne ornamenta.
Nie mógł się w nim tylko dopatrzyć króla.
Słuchał bowiem, mówił, spoglądał i uśmiechał się, jakby cale nie wiedząc o tem, co czyni, a jego piękna jeszcze twarz nie pokazywała ni pasyi żadnej, ni cnoty, ani też górniejszego majestatu ducha.
Zaręba za kadeckich czasów widywał go dosyć często i zblizka, lecz teraz widział tylko jakby jego nieprzeniknioną maskę, pod którą można się było dorozumiewać strasznej nudy i obojętności na wszystko.
— Antoni Żukowski, kapitan z bywszego pułku przedniej straży, szefostwa księcia Wirtemberskiego! — rozległ się dźwięczny, donośny głos i raptem urwał, gdyż oficyer zachwiał się i byłby runął, gdyby go w porę nie powstrzymano. Zrobiło się zamieszanie, posadzono go na krześle, liberya przyniosła wody i gdy się nieco orzeźwił, król przystąpił do niego, nie pozwalając mu się podnosić i troskliwie jął się rozpytywać. Mówili prawie szeptem i snadź coś ważkiego, król bowiem załamywał ręce ze szczerem współczuciem, zaś twarz kapitana nabierała żywej barwy i łzy mu błysnęły w oczach. Król, przeczytawszy jego suplikę, nakreślił na niej jakąś rezolucyę i podał ją Ghigiottemu.
I tak się nim zainteresował, że podszedłszy do żałobnych dam, jeszcze się odwracał do niego i wzdychał; naraz cofnął się w tył wystraszony, bo damy padły mu do nóg wśród szlochów i wołań:
— Ratuj nas, Najjaśniejszy Panie! Ratuj skrzywdzone sieroty!
I, nie czekając pozwolenia i przerywając jedna drugiej, zaczęły rozpowiadać zawiłe pienia z biskupem Kossakowskim, skarżąc go o gwałty, zajazdy i wyzucie z mienia; miał im zagrabić ziemię pod swoje miasteczko Janów, jakąś karczmę na Świńskim Dołku i kilkunastu poddanych. Żale były przeplecione łkaniami, pełne cytacyi praw, sądowych wyroków, świadków i krzywd rzekomych.
Król, znudzony tą bezładną litanią, obiecywał, im wszystko, czego tylko chciały, i spiesznie zwrócił się do ostatniego petenta.
Zaręba podał suplikę, wykładając zarazem w krótkości jej treść.
Król ani odmawiał, ani obiecywał, wspomniał tylko ogólnikowo o ciężkich terminach, w jakich pozostaje Rzeczpospolita, coś o potrzebie służenia ojczyźnie, kiwnął mu głową i zabrawszy ze sobą cudzoziemców, wyszedł majestatycznie, żegnany pokłonami i szmerem uwielbień.
Zaręba, nie cisnąc się wraz z drugimi do Friesego, aby go molestować o protekcyę dla swojej sprawy, wyszedł pośpiesznie i w antyszambrze wpadł w ramiona Marcina Zakrzewskiego, dawnego przyjaciela.
— Widziałem cię wczoraj w sejmie. Terenia mówiła mi, żeś przyjechał.
— I podziałeś mi się, jakby cię pochłonęła ziemia.
— Była z tobą osóbka, z którą jestem na bakier! — Podkręcił jasnego wąsika, łypnął niebieskiemi oczyma i zaśmiał się znacząco.
— Jedziesz z nami na piknik?
— Muszę warować przy królewskiej osobie. Mieliśmy robić wycieczkę do Poniemunia i siedzimy w zamku, bo będziemy dzisiaj wieczorem przyjmowali jakiegoś tajnego wysłańca z Wiednia. Zawierzam ci to pod sekretem. Jutro od rana jestem wolny.
— Widzę, żeś i na order już zarobił!
— Król wielce łaskawy na mnie. Gdzie kwaterujesz?
— U Bernardynów. Przyjdź rano.
Odsunął się, dając miejsce Żukowskiemu, który, wsparty na pacholiku, szedł ciężko ze spuszczonemi oczyma, blady i jakby ostatecznie wyczerpany.
— Jakiś nieborak z ukraińskiej dywizyi — szepnął Zaręba.
— Nie imaginujesz, ile się ich tu przewija i wszyscy o zaległe lenungi skamlą, lub wprost o zaopatrzenie na dalszą drogę, wracają bowiem z rozpuszczonych brygad i często o żebranym chlebie. Hetman na każdym sejmie zgłasza o zapłacenie wojsk, ale i Salomon z próżnego nie naleje.
Naraz sprężył się na widok dam wyfiokowanych, przebódł je palącemi oczyma, dobił czułym uśmiechem i wystawiwszy pierś opiętą granatową kurtą, pokręcał zwycięsko wąsika i zaszeptał:
— Młodsza po prostu marcypan!
— Chyba przez podobieństwo do Tereni — wtrącił złośliwie.
Marcin parsknął wesołym śmiechem, aż gwardyacy, wartujący przy drzwiach, ledwie się od niego powstrzymali.
— Nie zmieniłeś się ani na jotę — zauważył z przekąsem Zaręba.
— Król mi to powiada i za to mnie właśnie lubi — wyznał z dumą.
— Ma też w tobie oddanego oficyera — szepnął z rozmysłem.
— Dałbym za niego życie! — zawołał gorąco i szczerze.
— Aż tak! — uśmiechnął się drwiąco. — Przyjdź do mnie rano, to ci zdam relacyę z dzisiejszego pikniku. Bądź zdrów i życiem tak nie szastaj!
Poleciał za Żukowskim, dopędzając go dopiero na placu Zamkowym. Kapitan, mimo strasznego upału i choroby, szedł pieszo.
Przedstawił mu się i usilnie proponował swój kocz.
— Mieszkam daleko, bo lubię długie promenady — odpowiedział chłodno Żukowski — lecz Zaręba nalegał tak serdecznie, aż musiał się zgodzić.
— Wybaczy waszmość moją chałupinę, ale niepodobna było w tym ścisku nająć godniejszej kwatery. To mi nawet dogadza, mam spokojnie, bo, jak waszmość widzi, wybieram się już do Abramka na piwo...
— Miarkując po bandażu, rana musi być sroga.
— Tak, gdyż wrażą ręką zadana i nie pomszczona. Pamiątka z Nowochwastowa, z chwili, w której niecny Lubowidzki zaprzedawał nas Imperatorowej — szepnął, zwracając na niego mądre, smutkiem nasycone oczy. — Może waszmość tych spraw nieświadomy? Generalność wzbroniła o tem pisać nawet w listach.
— Znam imiona wszystkich aktorów i tenor całego zdarzenia.
— Okropne czasy! — wzdrygnął się, ukąszony przypomnieniem.
— Bo zgniłe i podłe sumienia panują nad nami.
Żukowski zdumiał się jego słowom i zwartej w surowości twarzy.
Zajechali gdzieś na krańcach miasta przed nizki domek, słomą kryty i prawie niewidzialny wśród drzew wyniosłych; niebieska trumienka widniała na słupie bramy wjazdowej, a w sadzie suszyły się porozstawiane deski.
— Mój gospodarz, Borysowicz, jest murarzem, ale jego starszy syn trudni się stolarką i to znak jego rzemiosła — tłumaczył Żukowski, wysiadając na ziemię, zasłaną heblowiną i trocinami. — Kwatera w sam raz dla chorego i abszytowanego żołnierza. Pozwól waszmość do środka.
Certował się, lecz przemogła ciekawość i poszedł za nim do ciasnej stancyi od podwórza; tapczan, pokryty astrakańską burką, nad nim wytarty dywanik z żołnierskim moderunkiem i obrazikiem Częstochowskiej, parę stołków, pod oknem stół, w kącie chude mantelzaki, stanowiły całe jej urządzenie.
Jeszcze nie zasiedli, gdy wszedł Borysowicz, wysoki, przygarbiony człowiek o twarzy poczciwej, ale jakby przyprószonej wapnem, oznajmiając, że panowie są już zebrani w sadzie i proszą do siebie kapitana.
— Niech jeno wytchnę a przyjdziemy! — zapewniał, rozciągając się na tapczanie. — Mieszka tu na drugiej stronie domu Krasnodębski, poseł Liwski, cnotliwy obywatel, godzien poznania i głębokiej admiracyi.
Zaręba wyjrzał przez okno: paru mężów siedziało pod cienistem drzewem, a pomiędzy nimi krzywousty Skarżyński.
— Sami znaczni zelanci — zauważył mimowoli.
Kapitan, uśmiechając się jakoś zagadkowo, zajął się przy pomocy pachołka zmianą swoich bandażów.
— Prawie cała sejmowa opozycya! — dodał jeszcze, siadając naprzeciw Żukowskiego i pod wpływem olśniewającego przypuszczenia, szepnął słowo wtajemniczonych. Ale kapitan snadź nie zrozumiał, spojrzał przelotnie i po chwili jęknął cierpliwym głosem:
— Poty na mnie biją, jakbym wyszedł z łaźni.
Skonsternowany pomyłką, Zaręba podniósł się natychmiast i mimo molestujących zapraszań, wyszedł, obiecując zajrzeć do niego nazajutrz.
I przez całą drogę rozmyślał, czy Żukowski istotnie nie zrozumiał, czy też nie chciał i dlaczego? Coś mu bowiem szeptało w duszy, że nie chciał się odsłonić, więc tembardziej trapił się swoją nieostrożnością.
— Gracz to niepośledni, albo tylko żołnierski, ordynaryjny brus...
Jakiś obcy człowiek otworzył mu kwaterę i stanął wyciągnięty, jak struna.
— Zawołaj mi Kacpra!
— Melduję pokornie panu porucznikowi, że namiestnikuję za niego. Pojechał z ojcem Serafinem i wróci późnym wieczorem.
— Skądżeś się wziął? Czyjżeś?
Pierwszy raz w życiu go widział.
— Pana kapitana Kaczanowskiego; wołają mnie Stasiek albo Warszawiak.
— Kiedyś przyjechał i skąd? — Zaczął się rozdziewać z munduru.
— Z Warszawy. Przed swoim wyjazdem pan kapitan przykazał: »Żebyś szedł na czworakach i nosem się podpierał, a w sobotę zameldujesz się w Grodnie panu porucznikowi Zarębie«. Dał mi przytem na drogę dukat z Matką Boską i dołożył nogą w okap. Pieniąch zostawiłem grubej Marynie z Pragi, na chrzciny, a kopańca zwróciłem bardziej potrzebującym.
— Tylko bez bałamutni a krotochwil — ostrzegł go surowo.
— Rzekłem prawdę, jak na sądzie marszałkowskim i już po kijach.
— Więc czemuś się opóźnił? — zagadał łagodniej rozciekawiony zabawną figurą.
Chłopak był szczupły, nizki, zwinny, jak małpa, i z siwych oczu patrzał mu spryt i hultajstwo. Brakowało mu przednich zębów, na czole miał głęboką bliznę, w lewem uchu srebrny kolczyk, nochal potężny, czuprynę jasną w jeża i szelmowską gębę całą w podłużnych fałdach i pryszczach.
— Bo za Bóg zapłać niewiele kupi na świecie, a poczty na bory nie wożą. Te żółte trąby, proszę pana porucznika, nie mają żadnego uważania nawet dla gwardyaków, musiałem hyclów uczyć grzeczności. Przez nich się spóźniłem, a gdyby nie tuz czerwienny w Chapance, tobym był musiał promenować się przy kijku, jak jaki święty.
— Dosyć na dzisiaj. Pojedziesz ze mną.
Wyjął z puzderka krucicę i schował.
A po chwili Maciuś palił z bata i pędził przez miasto, przewijając się, jak wąż, między powozami. Stasiek w mundurowej kurcie siedział przy nim sztywno, jak przystało kapitańskiemu ordynansowi.
Przed Dominikanami wstrzymał ich Nowakowski.
— Przesiądź do mnie, właśnie jechałem po ciebie — wołał ze swojej karyolki.
Przesiadł się niezbyt ochoczo, polecając Maciusiowi jechać za sobą.
— Ambasador daje publiczne audyencye, musimy tam wstąpić na chwilę.
— Już byłem dzisiaj na królewskich posłuchaniach — próbował się wykręcić.
— I co ci z tego? — wzruszył lekceważąco ramionami — u króla bywać można, zaś u Sieversa nakazuje rozsądek i przezorność. Ciekawym, jak ci poszło z Cycyanowem?
— Siedziałem u niego do drugiej w nocy, ugościł mnie czajem i gawędziliśmy o różnych materyach; polityczny to i szczególnie światły człowiek.
— Zapewne nie omieszkał ci się zwierzyć? — spytał bez ceremonii.
— Nie przyszliśmy aż do takiej konfidencyi, nie leżało to w moich zamysłach.
— Wczoraj zdradzałeś odmienną dyspozycyę serca — szepnął urażony.
— Być może, iż wróci mi jutro — odparł szorstko, lecz zaraz załagodził. — Nie mogłem się narzucać z pomocą, inna sprawa jest i jej ode mnie zażąda.
Dostali się na Szerokiej w nieskończony sznur powozów, ciągnących do ambasadorskiej kwatery i wypełnionych najzacniejszą socyetą; trzeba było jechać noga za nogą, wśród tumanów kurzawy i spiekoty, gdyż wysmukłe topole, któremi była wysadzana ulica, niewiele chroniły od słońca.
— Spóźnimy się na piknik, już dochodzi piąta — zauważył kwaśno Zaręba.
— Obowiązek przed przyjemnością, to moja maxima! — wygłosił poważnie Nowakowski — gdy powozy zadudniły na długim moście nad Horodniczanką i zaczęły skręcać ku domom, ledwie dojrzanym przez gąszcze drzew wyniosłych.
Parterowy dom ekonomii królewskich, o mansardowych facyatach i dosyć długich skrzydłach, zajmował Marcin Badeni, szambelan, i główne departamenta zarządów, ale tuż przy nim, przywarty szczytem i w jednej linii z jego lewem skrzydłem, a frontem do ulicy Szerokiej wznosił się pawilon pięknej włoskiej struktury o dwóch piętrach, zakończonych kamienną balustradą, przyozdobioną wazonami. Pawilon, dosyć duży, miał na pierwszem piętrze wielkie okna i złocone balkony, a na dole wspaniałe podwoje z mahoniu, do których prowadziło parę marmurowych stopni, pokrytych czerwonem suknem. Rzeczpospolita znacznym sumptem przysposobiła go na mieszkanie dla Sieversa i jego świty.
Kozacy w czerwonych chałatach i czarnych, lśniących szkopkach trzymali straże przy drzwiach, prócz nich kompania grenadyerów, w bojowej gotowości, kwaterowała w domku, skrytym w gąszczach ogrodu Botanicznego.
Na obszernym podjeździe stało już kilkadziesiąt powozów, a wciąż zajeżdżały nowe i co chwila wysiadały strojne damy, panowie a nawet i dzieci.
— Walą, niby na odpust — mruknął Zaręba, wchodząc do przedsionka.
— Bo mus rządzi ludźmi, a nie sentyment — szepnął Nowakowski, kłaniając się na wszystkie strony.
Szli na pierwsze piętro barwną i pachnącą aleją, gdyż na każdym stopniu bardzo szerokich schodów stały kwiaty, a poręcze były oplecione w rozkwitłe pędy caprifolium.
— Droga, jakby wiodąca do raju! — drwił z gorączkowym pośpiechem Zaręba.
— Ale niechybnie do fortuny! — wyrzekł ktoś z tłumu wchodzących.
Na progu robił honory domu baron Buhler, pierwszy doradca ambasady, w otoczeniu generałów Dunina, Rautenfelda i Kampenhausena.
Salony były urządzone z przepychem; w środkowym, największym, pełnym róż w chińskich wazach, porozstawianych na mozajkowych stołach, pod portretem Imperatorowej, wyobrażonej w stroju koronacyjnym, siedział Sievers w galowym mundurze, suto złotem aftowanym, w orderach, brylantowych gwiazdach i niebieskiej wstędze, pogodny wielce i z niezmiennym uśmiechem na wązkiej, drapieżnej twarzy.
Damy brały miejsca obok niego, półkolem, na fotelikach ze złoconej trzciny, a pomiędzy niemi biskup Massalski jakby drzemał z gorąca.
Sievers witał podchodzących z dworną uprzejmością i na hołdownicze pokłony odpowiadał podaniem ręki, czasem paru słowami, do niektórych podnosił się nawet z krzesła, damom prawił strzeliste komplementy, innym łaskawie kiwał głową, a jeszcze innych zaledwie raczył zauważyć, ale dla wszystkich miał jednako dobroduszny uśmiech i władcze spojrzenia. Tłum zwiększał się nieustannie, bił pokłony i rozsypywał się po salonach, napełniając je dyskretnymi szeptami i chrzęstem bławatów.
Już się tworzyły grupy, zadzierzgały kabały, krzyżowały przenikliwe spojrzenia i ważyły wrogie uśmiechy, a co chwila wszystkie oczy zwisały trwożliwie na siwej głowie pod portretem Imperatorowej — i każde jej słowo w lot obiegało ciżby, a każde spojrzenie brano w pamięć.
Zaręba, zamieszany w tłum, przyglądał się ambasadorowi, jego generałom i tym, którzy nieskończoną procesyą podchodzili do niego. I zdumiewał się coraz głębiej, albowiem wszystko, co tylko było w Grodnie znaczniejszego, skwapliwie składało mu swoją czołobitność.
Szli ministrowie, wielcy urzędnicy, wojewodowie, kasztelani, biskupi, posłowie — szła jakby cała Rzeczpospolita.
Zjawili się nawet ambasadorowie różnych potencyi, zebrani w Grodnie. I wkrótce przepełniły się salony, a przed ambasadorem utworzyła się ciżba dygnitarzów i gdy już zbrakło krzeseł, przystawali nie bacząc na tłok, byle się tylko znaleźć bliżej, w promieniu jego wszechmocnych spojrzeń. Zaś w pierwszym rzędzie zasiedli: udyamentowany, jak zawsze i najwierniejszy z wiernych, graf »percepta« Moszyński; piękny i mądry hrabia Ankwicz; nikczemnej duszy wytworniś Miączyński; wspaniale przybrany i majestatycznej postaci regimentarz Ożarowski; ironicznie wyniosły i na wszystko baczący poseł angielski Gardinet; puszący się orłem pruskim na piersiach Sułkowski, kanclerz wielki koronny; hetman polny litewski Zabiełło; protegowany przez Igelströma i własną żonę do wszystkich wakujących dygnitarstw Załuski; przysadkowaty, w białym mundurze pokrytym złotem i orderami, a głupawą twarzą i nigdy o niczem nie wiedzący poseł cesarski, de Cachet; rudawy, suchy jak klinga, Stecki, miecznik koronny; Pułaski, marszałkujący konającej generalności; podkanclerzy wielki litewski Plater; powolny na każde życzenie »aliantów«, biskup chełmski, Skarszewski; chwiejny, chełpliwy podskarbi litewski, Ogiński; jowialny staruszek w ogromnej peruce i z tabakierką zawsze otwartą w ręku, poseł holenderski, Kriegenheim; milczący arystokratyczny, z oczyma jakby z lodu, szwedzki, Toll, szczerze przyjazny Rzeczypospolitej, a obok niego króla pruskiego pełnomocny de Buchholtz, nieśmiały w ruchach, zatabaczony, źle ubrany i otoczony ogólną nienawiścią, że nawet Podhorski nierad się z nim pokazywał. Był i nuncyusz Saluzzi w purpurze i ze złotym krzyżem na piersiach, smukły, wytworny i pachnący, który pod stu pozorami zbliżał się do Sieversa i zbywany półsłówkami, przenosił pomiędzy damy swoją purpurę i twarz podstępnego arlekina.
Biskup Kossakowski był również, ale trzymał się na stronie, otoczony adherentami: Giełgud, szef 7-go regimentu: Narbutt; X. Wołłowicz, referendarz; Łopot, exoboźny litewski; Jeziorkowski, generalny sekretarz sejmowy i paru jego krewniaków, ustawicznie mu szeptało jakieś uwagi, na co się tylko uśmiechał, spozierając drwiąco na Sieversa i na cały ten tłum, jakby do niego rozmodlony w bałwochwalczej admiracyi.
Zaś Boscamp, prawdziwa »anima damnata«, najmędrszy, najchytrzejszy i najpodlejszy z jurgieltników, wciąż przenosił się z miejsca na miejsce, był wszędzie, gdzie tylko szeptano, i węsząc niby wyżeł, strzygł tropiącemi oczyma na wszystkie strony.
Było jeszcze wielu innych, zapełniających salony.
I nie tylko jurgieltnicy, nie tylko oczajdusze, zakładający swoje fortuny i wyniesienia na jego faworach, lecz i zgoła nieskazitelni ludzie, cnotliwi obywatele i dusze oddane ojczyźnie — wiara bowiem w judaszowe »gwarancye« była powszechna i dla wielu zaślepionych« stanowiła jakby dogmat nieomylny, jakby prawdziwego patryotyzmu katechizm.
Nic to, że aliantka zagarnęła najpiękniejsze województwa, że »przyjacielskie« wojska łupiły kraj niegorzej hord tatarskich, że Igelström poczynał sobie w Koronie obyczajem satrapów, a Sievers bagnetami niewolił Sejmujące Stany do powolności.
Wierzono wciąż niezachwianie w puste słowa gwarancyjnego aliansu.
Nie wierzono już tylko w siebie.
W jakiejść chwili jasnowidzenia pojął tę prawdę Zaręba i już się nie dziwił sromotnemu widowisku, nie szarpał nim gniew i więcej nie bolała hańba, poczuł bowiem — jak kiedy chłop, gdy mu chałupę luty wicher rozwali, a dobro rozkradną złodzieje, czuje, stając na gruzach; w dolę swoją pojrzy, ogrom nieszczęścia zważy i nabrawszy tchu, splunie w garście, za topór chwyci a do podźwigania ruiny się weźmie. W tej chwili czuł tak samo i rozumiał, że czego się tknąć — próchno, zgnilizna od samego rdzenia, żrąca pleśń i ruina. Na nowo trzeba wszystko wznosić i od fundamentów.
Praca bezmierna, trud na całe pokolenia, nigdy końca wysiłkom i ofierze, ale rady już nie wiedział.
Chyba śmierć lub haniebne pęta niewoli.
Póki życia, póki tchu ostatniego — potąd walka nieubłagana i potąd nadzieja.
Są przecież, którzy czują tak samo i pragną tak samo; są, którzy już rozmierzają węgły nowego budowania, pracując nad niem żarliwie.
I pora nadchodzi, by krzyknąć: Którzy macie w sercach miłość i wiarę, powstańcie i lejcie krew swoją na zleczenie ran odwiecznych i odkupienia win!
Naraz odezwał się brzękliwy dźwięk gitary. Zaręba jakby ocknął. Sievers, Buchholtz i de Cachet siedzieli już razem pod portretem Imperatorowej, jakby w krwawym cieniu jej purpurowego płaszcza, a u nóg im pełzało żebracze mrowie, łaszące się o każdy ochłap łaskawości. Gitara znowu zabrzęczała i perlistą fontanną buchnął jakiś głos przecudny:
»Piacer d’amor più che un sol di non dura:
»martir d’amor tutta la vita dura.
»Tutto scordai per lei, per Silvia infida:
»ella or mi scorda, ad altro amor s’affida«.
Śpiewała na środku salonu hrabina Camelli, przebrana za neapolitankę, w krótkiej ponsowej spódniczce i żółtawym gorsecie; na kruczych włosach miała kwadratową chustę w pasy złoto-zielone i w uszach ogromne, srebrne koła; brat jej, Martini, przedzierzgnięty w lazzarona, wtórował na gitarze, zawracając przytem smolistemi oczyma.
Sievers promieniał uwielbieniem, a za nim wszyscy, akkomodując się dwornie, dawali pozór wniebowziętych. Po każdej więc strofce trzaskały rzęsiste aplauzy i rosły głośne zachwyty.
Zaręba, korzystając z tego, wyniósł się niepostrzeżenie.
»Martir d’amor tutta la vita dura«.
Leciała za nim słodka skarga hrabiny, obejrzał się tylko za Nowakowskim i kazał spiesznie jechać do szambelanowej.
W pałacu już nie zastał nikogo: przed godziną pojechali do Pyszek, parę wiorst za miasto i w licznej kompanii.
Maciuś wykręcił na trakt Wileński.
Ale na rogatce czekała nowa mitręga: szlaban był zamknięty i osadzony jegrami. Na szczęście miał kartę Cycyanowa, dającą wolne przejazdy o każdej porze dnia i nocy; zabrało to jednak sporo czasu, nim zjawił się dyżurny oficer i rozkazał przepuścić.
— W konie, Maciuś! — krzyknął, gdy się nareszcie znaleźli na wolnym trakcie. Właśnie zabiły ponieszporne dzwony i wiatr rzucił na nich taką ulewę huczących dźwięków, że konie z miejsca poniosły, aż im zagrały wątroby, a przydrożne drzewa jęły uciekać w tył z szaloną szybkością.
— Bimbają, jakby nad generałem! — zaczął Staszek, odwracając się z kozła. Ale Zaręba nie słyszał, zatopiony w medytacyach.
Upał już przechodził, od lasów ciągnęły rzeźwe tchnienia, powietrze było pełne różowych brzasków i lśnień, niebo wisiało modrawą taflą, bez chmur.
Droga szła sypana, okolona rowami, z obu stron gęsto wysadzona brzozą i bardzo szeroka. Wsie były dosyć gęste, tylko ledwie dojrzane ze sadów i zarośli, sporo też ludzi snuło się po drogach i powracało z miasta, ale było tak jakoś pusto, cicho i tęsknie, aż Staszek mruknął:
— Jakbym jechał na postną stypę, już mi się na płacz zbiera!
Maciuś się nie odezwał, zajęty prażeniem lejcowego za ciągłe wpadanie w żydowski galop.
— Obóz, proszę pana porucznika! — meldował naraz Staszek, wskazując na lewo. Jakoż za nizkimi krzakami zabielały gęste rzędy namiotów; na szerokim majdanie kurzyły się liczne ogniska, otoczone przez kupy żołnierstwa i brząkały bałabajki.
— Czy to armaty tam pod drzewami?
— Tak, proszę pana porucznika. Stoją w zielonych giezłeczkach, jak sierotki od Dzieciątka Jezus za procesyą w Boże Ciało. Żeby tym panienkom zadać czopki, gdzie trzeba, nie czekałyby długo na połóg! — śmiał się w kułak.
— I za niemi stoi widać jakaś konnica? — zdziwił się niezmiernie.
— Smoleńskie dragony — wtrącił Maciuś, powstrzymując nieco konie. — Rychtyk, poznaję po gniadoszach. Kamraty powiedały, jako wczoraj przywaliło ich całe trzy szwadrony. To ci sami, którzy łoni konsystowali w Krakowskiem.
— Zostają w Grodnie, czy ciągną dalej?
Ale Maciuś nie umiał dalej objaśnić, więc Staszek wyrwał się skwapliwie:
— Wartałoby dostać języka! Jabym, proszę pana porucznika, sprawił się w mig...
— Swędzi cię skóra? Nie próbowałeś, widzę, kozackich nahajów?
— Nie zdarzyło się jeszcze, smakowałem tylko w naszej rodzonej leszczynie, czego mi nie żałowali! Ale jabym się sprawił chybcikiem! Trajluję po ichniemu, że nie zniuchają, dyabeł czy jego ciotka! Przecież przez cały czerwiec markietanowałem po ich obozach pod Warszawą. Pan kapitan może poświarczyć, jak wszystko regularnie spenetrowałem. I na pamiątkę puściłem im czerwonego koguta! Hi! hi!
— Cóż to znaczy? nie rozumiem.
Patrzał na niego bardzo życzliwie.
— Że to niby niechcący naumyślnie skurzyły się ich magazyny z furażami! Na ratunek nie leciałem, bo to wzbronione postronnej publice, wolno tylko bronić sposobnym i którzy do tego przez samego Igelströma wyznaczeni.
— Dyabeł w Warszawskiej osobie! — bąknął Maciuś, spluwając od uroków.
— Takaś to facies? — szepnął z uznaniem Zaręba.
— Aż wszystkie jurydyki pękały ze śmiechu, bo magazyny były pełne, czegoj się nikt nie spodział. Przy tej okoliczności poszły też z dymem sołdackie baraki, że od przypieczonych kozackich schabów zrobił się fetor na całą Pragę. Powiedał Szmulowicz, ich główny markietan, jako sam Igelström rwał sobie resztki kłaków z żałości. Hi! hi! bo też skwierczały w ogniu chudziaki, jakby naszpikowane. Psi mieli niezgorszą uciechę!
— Masz wilcze serce, mój Staszku! — zauważył dosyć chłodno.
— Z wrogiem się ceckał nie będę. Naszych też nie szczędzą!
— Muszę się sprzęgnąć do roboty z Kacprem — wyrzekł po długiej chwili.
— Lubię do pary, ale tylko w sztajerze. Wedle rozkazu pana porucznika — dorzucił spiesznie, zobaczywszy groźną zmarszczkę na jego twarzy.
Dosięgli wreszcie Pyszek, a raczej ogromnej karczmy, stojącej na ostrem załamaniu drogi, pod starym, wyniosłym lasem. Już tam stały wyprzężone pojazdy i część służby, porozdziewana do koszuli, grała w karty pod drzewami.
Rudy żyd, karczmarz, kłaniając się jarmułką, objaśniał, że piknik odbywa się nad rzeką i ruszył wskazywać drogę. Zaręba zabrał ze sobą Staszka, który jakoś żałośnie zezował ku flachom, stojącym przy graczach.
I zaledwie weszli na wązką, leśną drożynę, dosyć gwałtownie spadającą do Niemna, gdy doszły ich grania fletów i śpiewy.
Socyeta bowiem rozłożyła się tuż za lasem, na wielkiej polanie, pokrytej bujną trawą i porośniętej rzadko stojącymi dębami. Niemen połyskiwał w dole modrą i krętą drogą, po której tu i owdzie bieliły się ogromne płachty żaglów. Czas był cichy, przedwieczorny, słońce wisiało już nizko nad lasami, że dęby kładły długie cienie, a powietrze, przesycone oroszonym zapachem nagrzanych lasów, było pełne mgiełek, włóczących się po nizinach błękitnawymi welonami.
I w tej upajającej cichości, nakrytej przeczystą kopułą nieba, wybuchał chór cudnych, dziewczęcych głosów i śpiewał srebrzystą kaskadą przy wtórze fletrowersów i dalekich, zamierających dzwonieniach.

»Il pleut, il pleut, bergère.
Presse tes blancs moutons;
Allons sous ma chaumière,
Bergère, vite, allons!«

Wołały czułe głosy i chór, kołysząc się rytmicznie w pośrodku polany, niby grzęda kwiatów pod powiewem, powtarzał co pewien czas tę zwrotkę, a Terenia, stojąc na przedzie, wybijała takt laską i wiodła piosenkę niezmiernie wysokim i ślicznym głosem.
Wszystkie były przebrane za pasterki, w jasne, krótkie sukienki przepasane szarfami, w słomiane wielkie kapelusze, zawiązane pod brodą; miały w rekach wysokie trzciny, przyozdobione pękami wstążek i złocone koszyczki przewieszone przez ramiona.
Muzykanci, skryci w jakimś krzaku, że im tylko wystawały głowy, zwieńczone kwiatami, przygrywali na fletrowersach i piszczałkach.
Zaręba porwany nadzwyczajnym aspektem, ruszył spiesznie ku nim, ale osadził go na miejscu i zawrócił głos szambelanowej.
— Czekałam! — szepnęła tkliwie, wskazując miejsce przy sobie.
Przysiadł radośnie. Grupy strojnych dam i świetnych kawalerów, jakby wycięte z ostatnich paryskich kopersztychów, krążyły cicho rozszeptane; gdzie czuli Celadonowie rozciągali się na trawie u nóg swoich Astrei, siedzących na kobierczykach i poduszkach; rozamorowane pary promenowały po peryferyi wielkiego koła, chytrze cyrkulując ku niedalekim gąszczom; niektórzy zabawiali się w jakieś gry srodze hałaśliwe; jeszcze inni próbowali tańcować, ale większość miała twarze znudzone, ospałe ruchy i żałosne spojrzenia. Napróżno kapela wygrywała skoczne dryganty, sztajery i menuety, liberya, w białych, kosmatych surdutach, niestrudzenie roznosiła słodkie muszkatele i alikanty, a czarujące gospodynie usiłowały ożywić gnuśną zabawę — nuda nie dała się rozprószyć.
Nie pomogły nawet bałabajki, chóry i trepaki grenadyerskich gemeinów, sprowadzone przez von Bluma i jego przyjaciół. Dostały estymacyjny aplauz i garść dukatów za swoje wrzaski nieludzkie i dzikie skoki, nie zdoławszy nikogo prawdziwie usatysfakcyonować.
Nie rozśmieszał również słynny baranek pani Nowakowskiej, który wyzłoconymi rogami trykał zuchwale każdego, kogo mógł tylko dosięgnąć, ku słodkiej radości swojej pani, obsypującej go co chwila pieszczotami.
— Ale co robi Woyna przy tej zwiędłej Klelii? — dziwił się Zaręba.
— Nawraca ją na cnotę, na złość braciom Krotowskim.
— I jakąż rolę gra to rogate bydlę! — wskazał baranka.
— Nie myślisz przecież o mężu? — zaśmiała się ironicznie. — Baranek to jej wierny przyjaciel, nigdy się z nim nie rozstaje, nawet wizytuje w jego asyście.
— Imaginuję sobie ten aspekt! — śmiał się ironicznie.
— Wkracza do salonów, niby zwycięska Aurora; biały baranek w złotych lejcach na przedzie, a z boków jej nieodstępni wielbiciele, bracia Krotowscy.
— Byłoby jeszcze ucieszniej, gdyby jeździła w tych trzech osłów.
— I często ją widują w okolicznych boskietach, błądzącą z barankiem, jakby szukała czułych berżerków i słodkiej solitudy w ustronnych kabankach.
— Łacno znajdzie, czego szuka: tyle obozów w okolicach Grodna! — drwił rubasznie.
Obrażona jego słowami, szepnęła z żałosnym wyrzutem:
— Tylko kobieta może śnić o szczęściu au pays du tendre!
— Ach! — podchwycił złośliwie — tam, gdzie płyną te czarowne rzeki: Estime, Inclination, Tendresse! Tam, gdzie to parfait amour prowadzą des billets doux, petits soins, a zwłaszcza szczodre cadeaux! Znam ja te bałamutnie.
— Jota w jotę to samo powtarza szambelan — odparła wzgardliwie.
— Jakże jego zdrowie? — rzucił z uśmiechem.
— Spytaj się Tereni, a mnie menażuj!
Orzechowe, tygrysie oczy zapłonęły gniewem i rumieniec opylił jej policzki, ale on, nie zważając na jej oburzenie, wskazał jakąś grupę dam i spytał:
— Któż to ta cudna blondyna? Ależ prześliczna!
— To Chapeau à l’anglais et Châle de Casimirs!
Spojrzał, nic nie rozumiejąc.
— No tak, a tamta obok, drobna i ruchliwa, to Capote en crêpe amaranthe; trzecia, brunetka z orlim nosem, to Chapeau de velours à fond plissé, zaś czwarta to Spencer de linon i Capote de taffetas. Nazywam stroje, gdyż wszystko, cobym rzekła o personach, może ci się znowu wydać bałamutnią, godną jedynie drwiny — mówiła zjadliwie.
Nim zdążył odparować ten mściwy sztych, zerwały się wrzawy. Kapela buchnęła fanfarą, w lesie trzasnęły salwy karabinowe, sperlone kielichy szampańskiego jęły gęsto krążyć, a von Blum wiwatował ogniście na cześć dam, biorących udział w pikniku. Jeszcze nie przebrzmiały rzęsiste brawa, gdy Woyna zadzwonił laską w kryształową wazę od ponczu.
— Woyna odpowiada! Cicho! Woyna wnosi toast! — wołano zewsząd, otaczając go zwartem kołem.
Woyna wstał ociężale i podnosząc filiżankę, zawołał:
— Chciałem tylko prosić o cukier do czarnej kawy!
Po chwilowem osłupieniu, wybuchnęły szalone śmiechy, a Terenia, przypadłszy do Zaręby, zaczęła gorączkowo molestować:
— Mój złoty, niech Woyna odpowie Blumowi. Przecież Blum urządzał piknik i pił nasze zdrowie i należy mu się podziękowanie. Byłoby niepoczciwie. Niech pan idzie ze mną i prosi. Tylko prędko!
Rad nierad musiał jej posłuchać, ale Woyna, rozpowiadający właśnie jakąś facecyę, od której słuchacze pękali ze śmiechu, ani chciał słuchać o toaście.
— Jaki niedobry! Jaki niegodziwy! Jaki... powiem Marcinowi... niech on... — szeptała, połykając łzy i na piersiach szambelanowej wypłakała swój gorzki zawód, wyrzekając na wszystkich, przyczem dostało się i Zarębie. — To pan powinien. Zawsze oficyer odpowiada oficyerowi. Żeby był Marcin!... W Kozienicach to sam papa pił zdrowie huzarów!
— Żebym tu miał swoją bateryę, tobym im zawiwatował!
Pokazała mu koniuszczek języczka i ponieważ zabrzmiały pierwsze dźwięki angleza, wytarła śpiesznie oczy, poprawiła kapelusza i po chwili już tańcowała w pierwszą parę z von Blumem, różowa, uśmiechnięta i tak cudna w pląsach, dygach i minach, że porywała wszystkie oczy.
— Terenia nie na żarty zajęta tym drągalem.
— Zwykły marivaudage, cale zabawny a nie grzeszny.
— Mam o tym oficyerze relacye, godne ostatniego huncwota.
— Ależ to najtkliwszy z trubadurów, sama wzniosłość. Uwielbia go.
— Wszak ma narzeczonego, którego pono kocha — zauważył surowo.
— Cóż to przeszkadza? Będę broniła świętych praw miłości — rzekła wyzywająco, wpierając się ramieniem w jego pierś, gdyż znowu siedzieli przy sobie, na kobiercu. Zadygotał i zazierając z blizka w jej twarz nieprawdopodobnie piękną, szepnął z bladym uśmiechem:
— I nie wódź mnie na pokuszenie!
— Pragnęłam, abyś przyjechał!
Przymknęła oczy, wysuwając nabrzmiałe usta, podobne do napiętego łuku. Dyszała coraz szybciej.
— Myślami byłem zawsze przy tobie! — wymówił ledwie dosłyszalnie.
— Pozostań, nie odchodź, pozostań przy mnie! — rwały się ciche, palące słowa.
Podniosła nagle powieki, zatapiając w nim ogniste szpony oczu, aż cofnął się mimowoli, jakby pod dotknięciem rozpalonego żelaza i rzekł smutnie:
— By znowu być wypędzonym z raju!
— Wszystko się stało malgré moi. Ani wiesz, w jakich żyję supirach, ani wiesz!
— A ja! A ja! — jęknął, pobladły śmiertelnie i chwycił się za serce.
— Uwielbiam cię! Muszę ci dzisiaj wszystko opowiedzieć. Wszystko! Poświęć mi dzisiejszy wieczór... Powstańmy, idzie ku nam pani Ożarowska i hrabina Camelli.
— Jakąż nową kabałę ni gotuje? — pomyślał odstępując nieco, gdyż grono dam, przybyłych z przyjęcia u Sieversa, otoczyło szambelanową. Patrzył na nią znacznie chłodniej, jakby oprzytomniony jej namiętnemi półsłówkami, w które nie uwierzył i sama ich pamięć sprawiała mu przykrość.
— Kłamała, jutro to samo powie drugiemu. Rozeszła się z Cycyanowem i mniema o mnie, że w braku laku dobry i opłatek. Nazbyt zadufana w moce swoich wdzięków — przeżuwał posępnie.
— Cóż, rycerzu — zaszeptał Woyna, przystępując do niego — twierdza wywiesza białą chorągiew i gwałtownie pragnie kapitulować.
— Stare fortele dla pognębienia łatwowiernych — odparł tym samym tonem.
— Nieźle filujesz miłosne karty, mógłbym zagrać va banque!
— Gdyby mnie nęciła wygrana — uśmiechnął się apatycznie.
— Jakże ci się dzieje w Grodnie? — zaczął z innej strony.
— A tłukę się, jak Marek po piekle. Jak wiesz, byłem na sejmie, byłem dzisiaj u króla, byłem nawet u Sieversa. Patrzę, słucham, rozważam i zaczynam mniemać, że albo ja jestem niespełna rozumu, albo powszechność.
— Dlaczego? Rezolwuj powiedzieć prawdę.
— Znasz ją lepiej ode mnie — rzekł smutnie. — A na dobitkę, przed godziną widziałem prawie całą Rzeczpospolitą u nóg Sieversa. Ale ożeniłem swoją rozpacz z nadzieją i tem salwuję zmysły.
— Nie pora i miejsce na dyskursy w tej materyi — zauważył ostrożnie Woyna.
— Tem wykręcają się wszyscy od spojrzenia prawdzie w oczy.
— Bo może i lepiej nie znać jej spojrzenia. Jakże znajdujesz piknik?
— Nad wyraz nudnym. Przynajmniej dla mnie.
— Masz racyę, chociaż von Blum i jego kamraci nie szczędzą trudów i ekspensów, aby piknik zrobić prawdziwie champêtre.
— Tandem zabawiamy się dzięki ich wspaniałomyślnej łaskawości.
Kniaź Cycyanow, Blum, Arseniew i drudzy tegoż autoramentu rycerze zapragnęli się odwdzięczyć całej socyecie za ciągłe bale i asamble.
— Jacy poczciwi, ale odbiją to sobie i jeszcze z dobrym profitem. Blum ma już nawet niezłą eksperyencyą.
Opowiedział jego historyę z Karpińskim.
Woyna nie wziął jej zbytnio do serca, tylko, podparłszy wargę złotą gałką laski, zauważył jadowicie:
— Z tego konkluzya, że Blum jest »czynnym obywatelem«. Tak nazywają Rojaliści Jakobinów i złodziejaszków. A gdzieś powiedziano: »Kto nie łupi ze skóry bliźniego, ten będzie złupiony«. Nie wiem, czy moja cytacya jest wierna, muszę się o to spytać biskupa Kossakowskiego. Ale, pójdźmy złożyć powinne hołdy pani Ożarowskiej.
Zastąpiła im drogę panna Terenia, impetycznie napadając na Zarębę.
— To waćpan tak się mną opiekuje! — wołała krotochwilnie.
— Musiałem ustąpić przed kapitańską szarżą. Gdzie mi się równać z von Blumem!
— Aha, teraz wiem, co w trawie piszczy! Zaraz powiem Izie, jaki waćpan dla mnie czuły!
Dygnęła z komiczną przesadą i poleciała.
— Biedny Marcin, jeśli ją bierze na seryo! Jej tylko w głowie zabawy i amuretki.
— Wszystkie takie same — syknął Woyna z nienawiścią. — Coraz więcej admiruję rozum Mahometa. To jedyny z mędrców, który pojął naturę kobiety i dał, czego jej było potrzeba: haremowe więzienie, a w perspektywie stryczek. Kobieta jest najpiękniejszym tworem natury, ale szkoda, że również nieudanym.
— Starościc znowu coś wygaduje na kobiety! — zaśmiała się Ożarowska, zbliżając się do nich w otoczeniu dam i całego dworu młodzieży i oficerów.
— Właśnie sławiłem Mahometa i rozkosze haremów.
— Więc pan nienawidzi kobiet? — pytała hrabina Camelli.
— Z rozpaczy, że nie mogę wszystkich naraz uwielbiać!
— Za taką nienawiść powinien być skazany na dożywotnie małżeństwo.
— Litości, kara zbyt okrutna! — wołał jakiś fircyk we fraku »zebré«.
— Nudna i przytem cale w złym guście! — wyrokował jeden z braci Krotowskich.
— Waćpan naprawdę sławi haremy? — napierała księżniczka Czetwertyńska.
— Lubię przywileje, które mogę utrzymać batem i pieszczotą! — drwił już po swojemu, puszczając takie szmermele dowcipów i złośliwości, że śmiano się powszechnie, mimo ich kolącej zaprawy.
Szambelanowa, przysunąwszy się do Zaręby, szepnęła:
— Chciałabym wyjechać prędzej i niepostrzeżenie.
— Czekam twojego skinienia!
I gdy odeszła, przywołał Staszka, który coś zbyt żarliwie gospodarzył przy zielonej »teledze«, gdzie były zapasy oficerów.
— Niech Maciuś będzie gotowy każdej chwili!
— Kiedy proszę pana porucznika — spojrzał z rozpaczą na antały — kiedy ma być jeszcze iluminacya... kiedy...
Język mu się już plątał, ale, spotkawszy chmurny wzrok, sprężył się i odszedł krokiem wojskowym.
Zaręba chciał się odsunąć od towarzystwa, lecz co chwila ogarniały go różne grupy i musiał rozmawiać, prawić komplimenty, ściskać jakieś dłonie i pić, pomimo że nudziła go cała zabawa, drażniły rozwdzięczone damy, a ci Sieversowi oficerkowie butni, przesadnie szarmanccy dla dam, a zbyt protekcyonalni dla mężczyzn, doprowadzili go do gniewu. W końcu już rozmyślnie rzucał im gryzące, urągliwe słówka, potrącał łokciami, a przy najlżejszej oznace niecierpliwości kładł wyzywająco dłoń na rękojeści szpady. Zwłaszcza bolał go do żywego Blum, nie odstępujący ani na chwilę Tereni, ale i ten, pomimo wyraźnych zaczepek i docinków, nie dał się wyprowadzić z równowagi, przyjmując wszystko pobłażliwym uśmiechem. Dał im wreszcie spokój, pod wpływem namiętnych spojrzeń szambelanowej, która jakby nad nim czuwała z niezrównaną tkliwością, mistrzowsko przytem grając uwielbienie i miłość, gdyż co chwila znajdowała się na jego drodze, wciąż spotykał jej miłujące oczy, wciąż brał słówka, dyszące żarem i rzucane w przelocie; to poczuł dotknięcie jej dłoni, lub musnęły go pachnące loki, to wyróżniała go w tak znaczący sposób, że budziły się powszechne szepty i zazdrosne spojrzenia kawalerów, zakładających nadzieję na spadek po Cycyanowie. Nawet chwilami sprawiało mu to radość i wtedy tryumfująco toczył oczyma po twarzach rywali, ale jeszcze częściej przyjmował te wyznania z niechęcią i niepokojem.
— Nęci mnie, jak dziecko figą!
Ledwie pomyślał, gdy stanęła przy nim.
— Za chwilę będą jakieś siurpryzy, a potem się wymkniemy. Milczysz?
— Modlę się do ciebie! — z trudem złożył ten gładki a kłamliwy frazes.
— Masz w mojem sercu świątynię! — wionął jej szept i odeszła.
— Raczej tam oberża, gdzie popasa, kto chce! — rozmyślał, zastanawiając się równocześnie, skąd się w nim bierze ta dziwna złość i rozdrażnienie, gdy o parę kroków ukazał się Nowakowski. Obok niego szedł jakiś jegomość z brzuchem beczkowatym i gębą świecącą się, jak miska zrumienionego masła; miał na sobie płócienny kitel, przepasany prostym, rzemiennym pasem, u którego wisiała szabla w czarnej, żelaznej pochwie. Szlachcic miał minę kutego franta i sejmikowego opoja, lecz, zobaczywszy damy, zdjął wyszarzaną czapę, musnął konopne wąsiska i kłaniał się na wsze strony. Smukły pacholik, w granatowym żupaniku i z twarzą cherubina, trzymał się jego boku.
Nowakowski szepnął coś Blumowi, a ten uprzejmie podszedł do nieznajomego.
— Prosimy do kompanii, na podwieczorek!
— Z kimże mam honor? Jestem Kulesza, stolnikowicz liwski, a to mój syn!
— Siadajże waszmość, bez ceregieli! — zapraszał zniecierpliwiony Nowakowski.
Musieli jednak się zaprezentować i przedstawić go damom; cmokał w rączki wszystkie po kolei, aż do pokojówek, tylko że pierzchnęły na strony.
— Ptaszyny nieskubane zawsze są płochliwe. Jasiu, puc dobrodziki w rączki!
Jasio, rozczerwieniony jak piwonia, dziw, że się nie rozbeczał z onieśmielenia, lecz pod srogiem okiem rodzica całować musiał, aż damy wzięły go pomiędzy siebie i admirując jego urodę, jęły go paść cukrami, niby ptaszka, głaskać, a w końcu i całować bardzo tkliwie.
— Musi nas waszmość dogonić! — śmiał się Blum, nalewając Kuleszy wielki kielich.
— Ex fructibus eorum cognoscetis eos.
Mlasnął językiem o podniebienie, jakby kto strzelił z bicza i połknął kielich.
— Fraszki małe ptaszki! Nie z takimi miewałem sprawę. Mogę wyciągnąć ten antał do ostatniej kropli, nie odejmując gęby — wskazał spory półbeczek, leżący na koziołkach.
— Trzyma z pięć garncy!
Wziął go za wątory i zważył.
— Wypijesz waćpan? — zawołał Woyna zdziwiony. — Jednym tchem.
— In magnis et voluisse sat est. A kto chce, dokona — rzekł chełpliwie.
— Łacina przednia, brzuch bernardyński, ale zakład, że waćpan nie zmoże.
— Trzymam, że wypiję! — wyciągnął rękę, mrugając chytrze zapuchłemi oczkami.
— Stawiam dwadzieścia pięć dukatów contra! — gorączkował się Woyna.
— Ja stawiam za nim! — zawołał Blum, zawsze skory do azardów.
— I ja! i ja! — ozwały się liczne głosy. Otoczyli go ze wszystkich stron, zbiegły się nawet damy, rozpytując z ciekawością, coby się stało?
— Mości panowie, nóżki na stół! — krzyknął Woyna, sypiąc do jakiejś czapki swoje dukaty; za nim poszli drudzy, że po chwili zebrało się pięćdziesiąt cz. złotych.
— Przyjmujesz asan zakład? W puli jest pięćdziesiąt czątych!
— Przyjmuję! Pecuniae oboediunt omnia — wyrzekł uroczyście.
— Wypijesz — dukaty twoje, a nie, to pięćdziesiąt odlewanych bizunów wrzepimy aspanowi. Oto nasze warunki! — wyrokował stanowczo Nowakowski.
— Zgoda, ale baty na kobiercu. Szlachcic jestem, tak i waszmoście...
— Dobrze! Bierz się aspan do dzieła! Jużci, że na kobiercu! — wołano.
Odwrócił się, by rozpiąć pas i hajdawery, szablę wetknął w ziemię, zawiesił na niej czapę i zasiadłszy na trawie, kazał sobie podłożyć pod łopatki zwinięty w rurę kobierczyk.
— Te, chamy, odbijać szpunt! — krzyknął z góry na służbę.
Staszek wyciągnął go sprawnie i podał beczułkę.
Kulesza się przeżegnał, chwycił antał za wątory i podniósłszy go nad usta, przechylił się nieco w tył i jął wlewać w siebie wino.
Zrobiło się cicho, nawet muzyka umilkła, wszyscy się zbiegli na to widowisko, wlepiając w niego oczy, a on pił i pił, robiąc jeno grdyką i sapiąc, przechylał się coraz bardziej, aż wsparł się plecami o kobierczyk i ciągnął coraz wolniej.
Oczy mu już wyłaziły na wierzch, pot rzęsisty oblewał posiniałą twarz, żyły na szyi nabrzmiewały, niby postronki, a brzuch pęczniał z przerażającą szybkością.
Scena z krotochwilnej stawała się tak wstrętną, że damy pouciekały, zaś młodzież z niepokojącem biciem serca wyczekiwała tej chwili, gdy Kulesza dopił ostatniej kropli, antał odrzucił i zabełkotał:
— Nil admirari! Słowo się rzekło, kobyłka u płotu! Jasiu, czuwaj!
I zwalił się na trawę śmiertelnie pijany.
Pacholik czapkę z dukatami podsunął mu pod głowę i jął źdźbłem trawy ekscytować gardziel ojcowską, aż dobroczynny skutek nastąpił.
Wszyscy odsunęli się z obrzydzeniem, tylko jeden Staszek z dziwną troskliwością okrywał pijanemu twarz połą kitla, sięgając zarazem do dukatów, ale Jasio warknął groźnie:
— Nie ruszaj, bo po łbie oberwiesz!
I buńczucznie chwycił za szerpentynkę.
— Żeby się tylko nie dopił Królestwa Niebieskiego — kłopotał się Zaręba.
— Wyśpi się i jutro znowu będzie gotów! Ma spust, niech go kule biją.
— Opój to znany w całej Rzeczypospolitej! Wprawiał się pono pod protekcyą samego ś. p. księcia Panie Kochanku! Ale majster! — zdumiewał się Nowakowski.
— Skądżeś go waszmość wytrzasnął?
— Z pod karczmy, prawił mi takie facecye i tak szpikował łaciną, że zabrałem go dla rozweselenia towarzystwa. Nie myślałem że on aż taki gracz! Dokąd jedziecie? — zwrócił się do chłopaka.
— Na sejm do Grodna — odparł, szorując chustą oblicze ojcowskie.
— Znajdzie godnych kompanionów, ale wątpię, zali go kto przepije!
— Są jeszcze sławne gardziele, zwłaszcza pomiędzy szaraczkami. Mniemam też, jako Podhorski mógłby z nim stanąć do rozprawy.
— Pięć garncy borgońskiego jednym tchem nie wypije. To proste bydlę z tego stolnikowicza — syknął z obrzydzeniem Woyna i poszedł wraz z Zarębą do pań, wielce zafrasowanych kaprysem księżniczki Czetwertyńskiej, której gwałtownie zachciało się świeżego mleka. Blum był zrozpaczony, gdyż mleka nie było w zapasach, ani nawet w karczmie. Na szczęście ktoś rzucił projekt sprowadzenia krowy z najbliższego pastwiska.
Pobiegło na tę bohaterską wyprawę trzech Krotowskich z paru oficerami, a po jakimś czasie ukazali się na polanie, pchając jakąś ryczącą krowinę; za nimi leciała, lamentując w niebogłosy, pastuszka z rozwianymi włosami.
— Jest mleko! — wołał tryumfująco Blum — ale kto je wydoi?
— Naturalnie, że ja sama — oświadczyła rezolutnie księżniczka.
— Fe, ależ ona okropnie pachnie oborą! — krzywiła się pani Nowakowska.
— Nawet w romansach krowy nie pachną liliami — zauważył drwiąco Woyna. — Można ją wreszcie skropić wonnościami, to będzie bardzo poetycznie.
Jakoż istotnie wymyto jej wymiona larendogrą i całą zlano wonnościami ku powszechnemu roztkliwieniu a wielkiej uciesze służby. Szczególniej Staszek, stojący za swoim panem, wprost pękał od konwulsyjnego śmiechu.
— Proszę pana porucznika, bo się wścieknę... O mój Jezu, że to moje grzeszne oczy jeszcze się czegoś podobnego doczekały! O psia twarz! hi! hi!
Krowę wprowadzono ceremonialnie na rozpostarty kobierzec, służba przytrzymała ją za rogi, grzbiet i ogon, księżniczka siadła pod nią na stosie poduszek i wśród nabożnej ciszy zaczęła doić do jakiejś wazy.
— Boski obraz! Sublime! Czarująca! Invoyable! — sypnęły się naraz zachwyty, gdy księżniczka, nadoiwszy z pół wazy, uniosła ją do góry i zawołała:
— Kto pragnie, tego napoję prawdziwym nektarem!
Naturalnie zapragnęli wszyscy, lecz tylko niewielu dotknęło ustami świętej czary i piło jakby w ekstazie wniebowzięcia i nieopowiedzianej szczęśliwości, a kiedy przyszła kolej na Woynę, ten zauważył:
— Przedziwna przemiana: krowa czarno-biała a mleko fijołkowe!
— Prawda! Ależ to cud! Niebywałe! Mleko fijołkowe! — zdumiewała się powszechność.
— I nawet pachnie fijołkami — dowodziła z powagą pani Ożarowska.
— Księżniczka doiła w rękawiczkach i puściły farbę — zaśmiał się Woyna.
Księżniczka podniosła ręce. Jakoż długie, fijołkowe rękawiczki, haftowane złotem, były na palcach i dłoniach już prawie białe, puściły od mleka.
Zaperliły się dyskretne chichoty, a Woyna znowu rzekł:
— Tak się kończą wszelakie cudowności.
— Obrzydliwy wolteryanin — szepnęła srodze dotknięta pani Nowakowska.
Juści, że natychmiast mleko wylano na ziemię i krowę odpędzono ze wzgardą. Ale ktoś zauważył pastuszkę, stojącą jakby w osłupieniu pod dębem.
— Śliczna dziewczyna! Czyjaś ty?
— A tatusiowa! — skoczyła do krowy, szczypiącej trawę o parę kroków.
— Przebrać ją, a dałaby obraz leśnej Dryady — powiedziała hrabina Camelli.
Panie, pochwyciwszy w lot ten pomysł, złapały dziewczynę, powiodły w gąszcze i mimo jej wrzasków i płaczów przebierały spiesznie na nimfę.
Tymczasem słońce już zaszło, białawe mgły zalewały polanę, mrok obtulał lasy i rozpełzał się po nizinach; zapalono wielkie ogniska, bijące skołtunionymi chlustami dymów i płomieni. Gdzieś od Niemna rozlegały się przeciągłe porykiwania krów spędzanych i dalekie, ściszone śpiewania.
Towarzystwo zaczęło zbierać się do odwrotu i powstawały krzyki na służbę, szukania zagubionych rzeczy i bieganina, pełna śmiechów i zamętu.
Zaręba był już mocno zniecierpliwiony daremnem wyczekiwaniem na znak od szambelanowej, ale jeszcze czekał, trzymając się jej z blizka, chociaż nie zamieniła z nim ani jednego słowa, wielce rozbawiona otaczającą ją młodzieżą.
Już ruszali ku karczmie i powozom, gdy naraz z gąszczów wybłysnęło kilkadziesiąt pochodni, a w ich płomiennem obramieniu pokazała się kapela Faunów i dmąc ze wszystkich sił w piszczałki, wiodła w pośrodku zasromaną i nieprzytomną pastuszkę, przybraną za nimfę; na lnianych, rozpuszczonych włosach miała wieniec kwiatów; była prawie naga, pokryta jeno girlandami z traw i zieleni; sukienczyna, podpięta z boków nad kolanami, odsłaniała jej chude i brudne nożęta. Szła pełna lęku i oszołomienia, łzy ryły po jej twarzy wyróżowanej głębokie brózdy, ale niebieskie oczki świeciły zachwyceniem i na otwartych ustach kwitnął uśmiech dziecinnego oczarowania.
Obraz, pomimo dziwaczności, był zgoła niepowszedni, a pastuszka tak pełna dzikiej piękności i spłoszonego wdzięku, że porwały się brawa i krzyki zachwytów.
— Po prostu cudowna! Trzeba ją zabrać do Grodna — zawyrokowała pani Ożarowska.
— Złowiliśmy leśną rusałkę i zawieziemy ją całą kawalkatą pani Dziekońskiej.
— Aniby kto zdołał wyimaginować na kopersztychu coś piękniejszego! — wołano.
Nikt już nie zwracał uwagi na śpiącego w trawie Kuleszę, ni na Jasia, który przy nim siedział.
Spłynęli z polany wzburzoną falą i mroki leśne rozedrgały się migotem pochodni, świegotem fletrowersów i wrzawą podnieconych głosów.
— Czekam na ciebie. O północy będzie światło od ogrodu. Kocham! — posłyszał naraz Zaręba i zarazem jakieś palące usta spadły na jego usta w tak straszliwie żarłocznym pocałunku, aż zbrakło mu tchu i w oczach zaiskrzyły się gwiazdy.
Po chwili znowu szedł leśną drożyną. Szambelanowa rozwiała się w ciemnościach i tylko usłyszał jej srebrzysty śmiech gdzieś w pośrodku towarzystwa.
Obejrzał się trwożnie; był sam, nawet Staszek raptem gdzieś zniknął.
Przed karczmą już stały gotowe pojazdy; do pierwszego wsiadła szambelanowa wraz z panią Ożarowską, ks. Czetwertyńską, hr. Camelli i z nimfą, którą troskliwie usadziły między sobą; reszta siadała, jak się komu podobało.
Pojazdy wyciągnęły się długim gąsiorem, a każdy był poprzedzany przez dwóch konnych hajduków z pochodniami w rękach i czerwonego kapelistę z gotowemi trąbami przy wargach, którzy na jakiś znak huknęli tryumfalną fanfarę i cała kawalkata sprawnie ruszyła.
Było już zupełnie ciemno. Noc szła cicha, przejęta pachnącą wilgocią łąk i nagrzana; białe pnie brzóz przydrożnych i obwisłe wisiory gałęzi majaczyły sennie w blaskach pochodni; w blizkich wioskach psy zajadle naszczekiwały.
— Jezus Marya! — wrzasnęła naraz pani Ożarowska, rzucając się w tył, gdyż nad drzwiczkami pokazała się jakaś rozkudłana głowa i jęknął płaczliwy głos:
— To moje dziecko! Oddajta mi dziecko!
— Głupi peysanie, przyjdź jutro do pałacu, to odbierzesz swój skarb! — ofuknęła, wtykając mu w rękę dukata, lecz równocześnie Blum natarł na niego koniem i ściągnąwszy harapem przez plecy, krzyknął rozgniewany:
— Poszoł won, a to zatłuc każę!
Chłop z jękiem zwalił się na ziemię. Odpowiedział mu rozdzierający krzyk z powozu, lecz wszystko utonęło w grzmiących dźwiękach trąb, w turkotach i końskich tętentach.
Zaręba, jadący prawie na samym końcu, tak był pogrążony w miłosnych rozważaniach, że nawet nie poczuł, gdy Maciuś raptownie wstrzymał konie.
Bowiem na przodzie kawalkaty powstało zamieszanie: pochodnie się skłębiły i pojazdy spiesznie zjeżdżały na bok, gdyż naprzeciw, od Grodna, pędził całą szerokością drogi oddział jakowejś jazdy.
— Wali na nas konnica — meldował Staszek — kozunie, eskortują kibitkę.
Już czarna chmara pędzących jeźdźców była o kilkadziesiąt kroków, gdy naraz wyrwał się z niej ogromny, rozpaczliwy krzyk:
— Pomocy! Ratunku!
Zaręba odruchowo chwycił za rękojeść i rzucił krótki rozkaz:
— Na lewo, zastaw baryerą, w konie!
Maciuś zebrał lejce, skręcił z miejsca, konie poderwał i runął koczem pod nadbiegającą kupę; równocześnie huknął strzał, dyszlowy u kibitki zwalił się na ziemię, reszta się splątała i powstał nieopisany wrzask i tumult.
— Ratunku! — zacharczał po raz ostatni przyduszony głos.
Zaręba ze Staszkiem skoczyli ku kibitce, ale zastąpiły im w porę rury karabinów, mur piersi końskich i rozwścieczony głos oficera:
— Z drogi! Sztafeta jej Imperatorskiej mości! Z drogi tam, bo każę strzelać!
Niepodobna było już marzyć o odbiciu wiezionego. Przyjechał Blum z towarzyszami, rozbłysnęły pochodnie, odcinano postrzelonego konia, zaś oficer eskortujący krzyczał, wymachując groźnie pięściami, ale Blum jakoś łacno go udobruchał i wkrótce kozacy zwarli się dokoła kibitki, świsnęły nahaje, oddział spiesznie ruszył i przepadł w nocy.
— Konie się zestrachały, ledwie powstrzymał — odezwał się spokojnie Zaręba do Bluma, który patrzał jakoś podejrzliwie, ale odjechał bez słowa.
— Z paradą juchy eksportują na Sybir — mruknął Maciuś, oglądając się za siebie.
— Gdzie Staszek? — Był wściekły, że dał się porwać pierwszemu wrażeniu.
— Znurował gdziesik ze strachu, ale taki obwieś nie zginie.
— Dyabli, mogłem się wkopać w ciężką kabałę — medytował i już nie pojechał za szambelanową do pani Dziekońskiej, tylko prosto do domu.
Kacper już czekał z relacyą, opowiadając z poczciwą chełpliwością o swoich werbowaniach, zabiegach i tryumfach.
— Ilu masz i gdzie kwaterują? — przerwał mu niecierpliwie.
— Stu dziesięciu w lasach poniemuńskich, ze dwie godziny drogi Niemnem. Łodzie już narychtowane, pojedziemy o północy, akuratnie w porę obluzu warty nad rzeką. Zobaczy pan porucznik co to za naród: chłopy wybrane i aż kwiczą do wrażego mięsa. Komendę nad nimi dałem Furdzikowi. Stary bombardyer z Połonnego. Wziął ich z miejsca za łby przy samej skórze.
— Gdzieżeś nałowił aż tyla? — z niepokojem spojrzał na zegarek.
— Trochę ojciec Serafin powyciągał z różnych dziupli, trochę wygrzebałem od grodzieńskich łyczków, gdzie się pozaszywali, a resztę odbiłem cale uciesznym fortelem moskiewskim werbownikom. Cała to historya.
— Nie ciekawym! I wszystko dezerterzy?
Zaczął chodzić po izbie.
— Z bywszej dywizyi ukraińskiej generała Lubowidzkiego; mało niewiele zdezarmowanych, boć większość bagnetami zapędzili w obcą służbę, więc kto poczciwszy, czekał jeno okoliczności do ucieczki. Chudziaki, wlekli się o żebranym chlebie, przebierali się tylko nocami, a lasami, wielu z nich padło po drodze, a wielu pochwytanych skończyło pod kijami, ale każden z pozostałych wart dziesięciu kantonistów. Powiadali, że niech jeno pójdzie głos o wojnie, to ani jeden żołnierz nie pozostanie pod obcym znakiem. I tak całe tysiące przedzierają się z najdalszych stron do korony. Nic to, że w Kijowie pochwyconych zbiegów obdzierają żywcem ze skóry, wplatają w koła i rozdzierają na ćwierci: któren posłyszał w sobie święty głos ojczyzny, tego i śmierć nie powstrzyma!
— A nie powstrzyma! — powtórzył, myśląc o czemś zupełnie innem.
— Gdzie pójdą?
— Pułkowi Działyńskiego brakuje trzystu ludzi do kompletu.
— Dobrze się składa, gdyż obiecałem, jako zaległą lafę dostaną w Warszawie. A po przysiędze, jeszcze dzisiaj mają wziąć po pięć dukatów.
— I trzeba mi do nich pojechać? — spytał nagle.
— Czekają i nie można zwłóczyć ani godziny, bo szpieguny węszą po całej okolicy. Mam ich akuratnie wpisanych do tabeli, ale pan porucznik musi być przy przysiędze i dać pochodne planty i wyznaczyć drogi.
Zaręba już nie słyszał, zapatrzony w chwiejny płomień świecy.
— »O północy... światło od ogrodu... kocham« — zaszeptały mu naraz słowa Izy przejmującą melodyą upojenia. Zatrząsł nim rozkoszny dreszcz oczekiwania.
— Jak tam na dworze?
— Pochmurno i ani jednej gwiazdy. W sam raz dla nas!
— W sam raz! — powtórzył echowo, siadając przy stole, ukrył twarz w dłoniach i zwolna zagłębił się marzeniem w tej nocy bezgwiezdnej. Jakiś park szemrał nad głową... przedzierał się gęstwinami... światełko w oddali... na szybach migotliwy cień... czeka, wypatruje... Jeszcze tylko parę kroków do raju...
Wybiła gdzieś jedenasta i Staszek pokornie stanął przy drzwiach.
— Za pół godziny musimy wyjść z domu — zabrzmiał stanowczy głos Kacpra.
A jego nagle ogarnęła ciemność i chłód przejmujący do szpiku, wszystko się naraz rozwiało i przemówił nieubłagany głos obowiązku.
Powstał od stołu i rzucił krótko:
— Naszykuj pieniądze, trzeba się zbierać! — Odwrócił twarz jakby w obawie, że zdradzi się z tajemnicy i chodząc po pokoju, znowu się oddawał marzeniom.
Ostatnie słowa Izy wciąż snuły mu się po mózgu jakby tęsknotą wszystkiej miłości i nadzieją wszystkiej rozkoszy świata, że chwilami rozglądał się oślepłemi oczyma za kapeluszem, szukał rękawiczek i nawet już brał za klamkę, ale nie poszedł, trzeźwiły go bowiem ufne oczy Kacpra, zdające się mówić: »a któren raz posłyszy w sobie święty głos ojczyzny, tego i śmierć nie powstrzyma«.
— Więc już nigdy dla siebie! Więc już ani chwili własnego szczęścia? — Targał się w bezmiernym bólu, ale gdy Kacper naszykował mu ubranie na drogę, zaczął się bezwiednie przebierać. Naraz, spostrzegłszy Staszka, przyskoczył do niego z dzikim błyskiem oczu.
— Strzelałeś do kozaków?
Staszek pobladł i zabełkotał coś zgoła bez związku.
— Bez komendy? — syczał w największej pasyi. — Ja cię nauczę gwizdać po kościele. Kacper, piętnaście kijów temu ultajowi!
Staszek rymnął z płaczem na ziemię.
— Zarobiłem dwadzieścia pięć i mniej nie wezmę — skowyczał, obejmując go za nogi. — Zarobiłem rzetelnie, bo z tego mogło się stać nieszczęście! Mój kapitan nie pożałowałby mi pięćdziesięciu. Bij, Kacper, jak w bęben, tylko niech się na mnie nie gniewa pan porucznik.
Zaręba porwał go za kołnierz i postawiwszy przed sobą, huknął:
— Nie wyłżesz się fortelami, weźmiesz jutro, co ci się należy!
— Już czas, panie poruczniku! — przypominał Kacper, podając mu długą, wojskową kapotę.
Ubrał się, popatrzył jeszcze raz na zegarek i westchnąwszy ciężko jakby nad grobem własnego szczęścia, zawołał rozkazująco:
— W drogę! — I ruszył naprzód, jakby w gwałtownej ucieczce.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.