Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tchnął ciężko i opadł z powrotem na dno, szept Izy owionął go znowu przesłodką melodyą miłości, niecąc zarazem przenikliwy, szarpiący żal. Leżał wpatrzony w niezgłębioną topiel nieba i cały w serdecznej udręce; szklane dźwięki fal, bełkoty, westchnienia wstające niewiadomo skąd, ciekliwe pluski i tajemnicze gędźby nocy pomnażały jego mękę, każdy bowiem z tych głosów zadawał nową ranę, budząc przypomnienia i nigdy nie ziszczone nadzieje i każdy był jakby szlochem pożegnań.
Ale w jakiejś chwili otrząsnął się z płonnych rozczulań nad samym sobą, wyżenął je precz, niby kupę zwiędłego kwiecia i uniósłszy głowę nad burt łodzi, przeglądał bacznie rzekę i czarne, ledwie dojrzane zarysy kozaków.
Mijali właśnie miejsce, gdzie Horodniczanka wpada do Niemna, gdy naraz uczyniło się jaśniej, chmury się nagle rozdarły i księżycowa srebrzysta smuga rozlała się po rzece, wydając ich oczom straży.
— Stój! stój! — zakrzyczano groźnie z brzegów.
Łódź dała szalonego szczupaka i równocześnie huknął za nimi strzał.
— Pod brzeg! prędko! — rozkazywał Zaręba, wyciągając pistolety.
W paru susach łódź znowu wpadła pod obwisłe gałęzie i uciekała.
— Stać! — rzucił ostro, chwytając się gałęzi.
Przewoźnicy zaparli łódź wiosłami, lecz nie mogąc poradzić prądowi, który ich gwałtownie znosił na środek, zsunęli się do wody i wstrzymali.