Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dem transportu karabinów, lecz nie odszukawszy go w klasztorze, wstąpił do celi przeora i stanął osłupiały.
Cela była zalana światłem zórz, a pod oknem, na brzoskwiniowem dnie zachodu, klęczał przeor, jakby w migotliwej chmurze roztrzepotanych skrzydeł ptactwa, które mu obsiadało głowę, ramiona i nawet ręce złożone do modlitwy. A w tej świętej i słodkiej cichości zmierzchów rozkwitały tylko ptasie świegoty i słowa litanii.
— »Ucieczko grzesznych!« — podnosił się w bezmiary uskrzydlony szept miłości. — »Módl się za nami!« — zdał się odpowiadać rytmiczny wybuch ptasich szczebiotów i milknął nagle, że jeno migotały skrzydła przelatujących z miejsca na miejsce.
— »Pocieszycielko strapionych!«
I znowu żarliwy świegot i milczenie jakby kwiatów, dyszących aromatami w upalne, ciche zmierzchy letnie.
— »Wspomożenie wiernych!« — ciągnął przeor, nie dosłyszawszy otwierania drzwi.
Zaręba cofnął się na palcach i długo stał pod oknem w ogrodzie, sycąc duszę zbożnem rozmarzeniem, aż wspominki domu, matki, dzieciństwa zagrały mu żywemi farbami w pamięci. Tamte lata, tamte marzenia, tamte nadzieje! Ponosił go do nich pachnący wicher i doniósł nieubłaganą koleją do pierwszej i jedynej miłości, do Izy. Wzdrygnął się, żelazna ręka bólu szarpnęła mu sercem.
— Czemuś ty taka? — zajęczał, bo oto cudny