Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/258

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Sumienie i Poniński! Ha! ha! nie znasz go, widzę, nawet z reputacyi.
— Za to wie coś o nim motłoch. Patrzcie, ile się tu zbiera tałałajstwa.
— Bowiem nie przebiera w kompanii, pije, z kim się zdarzy okazya.
Zajechał wreszcie powóz, wsadzono go z trudem i gdy konie ruszyły, chmara pospólstwa popędziła za nim, podnosząc przeraźliwe świsty i wrzaski.
— Rakarz! Złodziej! Zdrajca! — sypały się krzyki wraz z kamieniami i błotem.
Paru grenadyerskich oficerów, stojących na uboczu, zaklaskało rzęsiście, śmiejąc się przytem do rozpuku.
— By to widzieli aktualni ministrowie! — rzucił któryś z młodzieży.
Zaręba odwrócił się śpiesznie od tej sceny i poszedł do domu.
Było już po zachodzie, niebo pokrywało się jakby łuską z rozżarzonej purpury, zaś od ziemi wstawał modrawy zmierzch, przesycony pyłem i głosami zamierającego dnia. Po placach i rogach ulic zmieniano warty przy głuchym warkocie bębnów i wrzaskach dzieci. Na ulice wyległy tłumy mieszkańców, obsiadając wszystkie schody i progi. Uprzątano już kramy i zawierano kafenhauzy i karczmy, bo pachołkowie grodowi, trzaskając halabardami, wołali przeciągle:
— Zawierać! Gasić ognie! Zawierać!
Zaręba chciał się rozmówić z kwestarzem wzglę-