Obrazki z natury (Junosza)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Obrazki z natury
Pochodzenie Książki dla wszystkich
Wydawca Nakładem Rodziny
Data wydania 1899
Druk M. Lewiński
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


KSIĄŻKI DLA WSZYSTKICH.

Klemens Junosza

OBRAZKI Z NATURY

WARSZAWA
NAKŁADEM i DRUKIEM M. ARCTA
1908





NIEKOSZTOWNA KURACJA
Na niewielkim dziedzińcu, rozciągającym się przed skromnym dworkiem szlacheckim, zatrzymała się przechodząca piękność wiejska.

Postawiła konewkę z wodą na ziemi, oczy przysłoniła ręką czerwoną, muskularną, obnażoną po łokcie i bacznie przypatrywała się tumanowi kurzu na drodze.
Wśród tego tumanu, jak w obłoku widniał zdaleka punkt drobny zrazu, potym większy, większy, aż nareszcie zarysowały się dość widocznie sylwetki trzech koni i wozu, na którym siedziało dwuch ludzi.
Przysadzista piękność przymrużyła oczy i poznała przedewszystkim fornala Maćka, potym konie dworskie i wóz, klasnęła w ręce i pobiegła pędem do kuchni, wołając na cały głos:
— Pan jedzie! pan jedzie!
Wieść ta rozbiegła się lotem błyskawicy po folwarczku, dworku, ogrodzie. Kto żył, powtarzał: pan jedzie!
— Tatuś jedzie! — zaśpiewała melodyjnym sopranem panienka z dużym warkoczem barwy lnu, pełną, niby świeżo upieczona bułka, buzią i habrowemi oczami.
Pan wracał z Warszawy, po całotygodniowej nieobecności — nic więc dziwnego, że go z podwójną czułością witano.
Taka podróż przecież nie trafia się codzień. Z zapadłych kątów, od dróg żelaznych oddalonych, rzadko wyruszają ludzie; chyba ważny bardzo interes może ich skłonić do takiego kroku.
Wybiera się więc szlachcic do Warszawy, jak do Kamerunu; a sprawunki! Boże miłosierny, czyż można obejść się bez sprawunków?
Maciek jeszcze wczoraj rano wybrał się po pana na kolej i, naturalnie nie wybrał się bryczką, ani koczem, ale długim wozem w drabinach, jak do siana. Sama pani tak kazała i zaleciła, żeby słomy nabrać dużo, bo sprawunków będzie moc, a co jeden, to delikatniejszy.
Maciek medytował godzinę przynajmniej, zanim wóz jak się należy, narządził. Rozpuścił go na całą długość drabin, lusznie wybrał, co najmocniejsze, zaopatrzył się w postronki i w słomę... boć to warszawskie sprawunki na byle jakim wozie wieźć ryzyko. Licho wie, z czego one są, ale najprędzej ze szkła, bo warszawiacy, wiejskim ludziom na psotę wszystko ze szkła robią, żeby się tłukło w drodze.
Sama pani mówiła, że tego będzie sporo, a pani zwykle dobrze wie, co mówi...
Przed tygodniem, gdy mąż miał do Warszawy wyjeżdżać, pani wypisała litanję przerażająco długą — aż jegomość jęknął, ujrzawszy taki cyrograf.
Ale w błogim stanie małżeńskim nie można się lada czym przerażać, przeciwnie, trzeba być nieustraszonym a cierpliwym.
Wiedział dobrze o tym pan Ignacy (właśnie ten pan Ignacy, którego powrót do domu anonsowano tak głośno) i jak tylko przybył do Warszawy i ulokował się w Saskim hotelu, w tej chwili uzbroił się w okulary i zaczął odczytywać rękopis swej małżonki wraz z licznemi komentarzami.
Czego tam nie było?... Począwszy od igieł i nici, a skończywszy na najmodniejszym kapeluszu dla Zosi, tej jasnowłosej śpiewającej dzieweczki; od bucików dla najmniejszego chłopca, aż do materjału na suknię dla samej pani; od mosiężnego żelazka do jakichś walansjenek, filozeli, sznelek, miniardizy i tym podobnych dziwolągów, których nazwy pan Ignacy nietylko, że spamiętać nie mógł, ale nawet wymówić nie potrafił.
A przy każdej pozycji przerażającego regiestru były jeszcze obszerne komentarze, w tym rodzaju naprzykład:
«Przedewszystkim pamiętaj, że jedziesz do Warszawy głównie dla zdrowia. Prosto więc z wagonu idź do doktora; nie żałuj, daj mu choćby rubla więcej, ale niech cię na wszystkie strony opuka; niech cię opuka nawet dwa, albo choćby i trzy razy, a co ci powie, to sobie napisz, a recepty nie zgub...
«Tylko proszę pamiętać, żebyś się nie dał oszukać; najlepiej to kupisz na Żabiej ulicy, albo za Żelazną Bramą, a targuj się do upadłego i powiedz żydom, że temu lat pięć, pani Michałowa kupowała takie same po złotemu groszy trzy... Dobrze pamiętaj, że teraz nie noszą nic w zęby, tylko w kliny, i żeby miało drobny deseń. Masz tu załączone próbki i staraj się znaleźć takie same, albo w podobnym rodzaju, a swoim gustem nie rządź się, bo znowuż kupisz takie czupiradło, że tylko w konopiach jako strach na wróble postawić. Guziki wybieraj ładne i stosowne do materjału, a pytaj się w sklepie jakie teraz noszą.
«Za kapelusz Zosi nie waż się płacić drożej jak pięć rubli i żądaj, żeby ci dali oryginalny fason, paryski koniecznie, a jak będziesz szedł przez ulicę, to przypatruj się uważnie, co jest najmodniejsze, co najwięcej noszą i według tego się rządź.
«Nie zapomnij także o cukrze, bo u nas w miasteczku jest dużo droższy; nie gniewałabym się też, gdybyś kupił samowar i maszynę do szycia. Nawet cię bardzo proszę o maszynę, kup koniecznie, tylko proś, niech cię zaraz w sklepie nauczą, jak się igłę zakłada i nici nawłóczy. Niech cię także nauczą w sklepie obrębiać, podwrębiać, stębnować i pikować, oraz wszywać sznureczki.
«Pamiętaj, wyucz się tego wszystkiego jak pacierza, żebyś mógł nam pokazać, jak co się robi, bo inaczej nic nam z maszyny nie przyjdzie.
«Szpilek czarnych nie bierz, bo są nic nie warte, tylko kup białe i nie na żadne papierki — to do niczego niepodobne — tylko na łuty, i na wadze się nie daj oszukać. Warszawskie sklepowe umieją okłamać, zwłaszcza jak widzą, że mają do czynienia z mężczyzną i to z takim, który na niczym się nie zna.
«Włóczkę dobierz podług załączonych próbek, co są w niebieskim papierku, a prócz tego kup zielonej (wielka szkoda, że nie mam próbki); otóż ta zielona ma być nie jasna i nie ciemna, coś pośredniego między dębowym liściem a sałatą.
«O oliwie nie zapomnij! Kup wazę, tylko dużą, talerzy ze dwa tuziny, szklanek, biletów wizytowych, pieprzu, angielskiego ziela, kopert z cyframi i dobrze by było, żebyś przywiózł ze sześć garncy octu, ponieważ tutejszy żydowski jest fatalny. I nafta u nas dużo droższa, niż w Warszawie, ale nie wiem, czy będziesz miał tyle funduszów.
«Woalka dla Zosi ma być biała i nie szeroka, tak aby tylko oczy i nosek zakryła i nie w kropki, broń Boże, nie w kropki! bo w kropkach Zosi wcale nie jest do twarzy. Parasolka najlepsza czarna, ale jeżeli teraz noszą inne, to kup taką, jakie noszą... etc. etc.»
Odczytawszy to wszystko, pan Ignacy długo usnąć nie mógł, tylko rozmyślał i rozmyślał, jak wybrnąć z tego labiryntu, — ale że szlachcic ma twardą naturę i z gorszych jeszcze tarapatów umie się wydobywać, więc wziął na odwagę i nazajutrz od samego rana puścił się na wędrówkę za Żelazną Bramę, na Żabią, Graniczną... Targował się do upadłego, ujadał z żydówkami ząb za ząb, odsyłał do hotelu paczki i tłomoczki, aż wreszcie załatwił wszystko co do joty i cieszył się tym błogim przekonaniem, że zasłużył na nieograniczoną wdzięczność i serdeczne ucałowanie od żony.
Więcej jeszcze ucieszył się po konferencji z doktorem. Był u jednego z tych głośnych lekarzy, których nazwiska są znane nawet w najbardziej zapadłych kątach kraju. Taki znakomity człowiek opukał go, ostukał własnoręcznie, rozmawiał z nim przez całe pięć minut i dał radę, w jaki sposób na bardzo długie lata może zakonserwować swoje zdrowie.
Załatwiwszy wszystko szczęśliwie i pomyślnie, pan Ignacy z lekką kieszenią, ale też i z lekkim sercem powraca do domu.
Widzi już zdaleka folwarczek swój, swoją rodzinną Wygnankę, na której dachach siedzą sroki, a na hypotece żydzi; widzi dworek stary z dachem porosłym mchem i pleśnią... Tu bąki zbijał za młodu, tu w wieku dojrzalszym biedę klepał, tu się dziatwy dochował, tu długów narobił, że aż jęczy teraz pod ich ciężarem. Tu zaznał trochę szczęścia i wiele goryczy — tu miał swoich sercu blizkich, żonę kochającą, pod której pantofelkiem, jak każdy sprawiedliwy szlachcic siedział, dwuch synków i ukochaną jedynaczkę — jasnowłosą Zosię.
Z uczuciem błogiej radości obejmował wzrokiem siedzibę swoją.
Wojtek smagnął batem nad końmi — i wielki, wyładowany różnemi sprawunkami wóz, majestatycznie zatoczył się przed ganek.
W taki sam sposób bohaterowie starożytni powracali z odległych wypraw pod opiekuńcze skrzydła bogów domowych na łono kochającej rodziny, ażeby po niewywczasach i trudach walk, po doznanych wrażeniach i niewygodach — kosztować słodkiego a zasłużonego spoczynku...
Pan Ignacy, ile że był człowiekiem dość korpulentnym, nie bez trudu pewnego wydobył się z pomiędzy wysokich drabin wozu i odrazu wpadł w objęcia żony i dzieci.
— Mężu, Ignasiu! tatunieczku! tatuniu! — wołała pani Ignacowa i dziatwa.
Pierwsza zawisnęła na grubej, ogorzałej szyi hreczkosieja, drugie czepiały się jego rąk.
— Magda, Kaśka, Maryna! — krzyknęła pani domu na swoje służebne — poznoście ostrożnie wszystkie tłomoczki do kancelarji pana, tylko pomalutku, żeby czego i nie uszkodzić. Maciek, pomóż-no im, koniska, zbiedzone z drogi, postoją. Chodź Ignalku do pokoju, zmęczony jesteś, zdrożony, posil się trochę, a potym spocznij. Pewnie całą noc nie spałeś w wagonie.
— Naturalnie, moja duszko; jechałem sobie, panie dobrodzieju, po gospodarsku, oszczędnie, trzecią klasą.
— Mój Boże! czemuż nie drugą?!
— A pamiętasz, kochanie, jak raz jechałem drugą, to powiedziałaś sama, że Wygnanka na takie zbytki nie starczy, pamiętasz?
— To co innego było, a dziś co innego; wtenczas jechałeś w dzień, teraz w nocy... Przecież nie jesteś już młodzik, mój kochany; taka niewygoda może twemu zdrowiu zaszkodzić. Spodziewam się, że miałeś przynajmniej tyle przezorności, że jadąc trzecią klasą wsiadłeś do wagonu dla niepalących.
— Niestety, zgadłaś, moja duszko.
— Dlaczego niestety?
— Bo do wagonu napchało się ze trzydziestu niepalących żydów, którzy nie mogąc spać z powodu ciasnoty, wrzeszczeli w najokropniejszy sposób, tak, że literalnie przez calutką noc nie zmrużyłem oka.
— Dziś to sobie powetujesz.
— Ech! moja duszko, teraz to już nic; wetowałem sobie na wozie. Od kolei siedm mil opętanych, droga ciężka, koniska szły powoli, więc też kiwałem się jak żyd nad talmudem i spałem.
— Wiesz co, jabym nie mogła spać wracając do domu. Byłabym niespokojna, co się dzieje z dziećmi? daję ci słowo, nie usnęłabym!
— To niby przymówka...
— Ale cóż znowu? Ja tylko powiadam, że ja nie mogłabym spać. Zupełnie co innego jest kobieta, a co innego wy mężczyzni. My żyjemy więcej sercem, wy...
— Petronelciu, duszko? cóż-bo znowu... Sprawunki wszystkie załatwiłem co do joty, jak Pana Boga kocham, szpileczki najmniejszej nie zapomniałem. Kupiłem ci wszystko, wszystko, coś tylko kazała.
— O to mniejsza; przedewszystkim o twoje zdrowie idzie — w tym celu głównie jeździłeś, żeby zdrowie ratować.
— Byłem, byłem i u doktora, dalibóg byłem, jeszcze u jakiego doktora! Powiadam ci, pierwszy majster na całą Warszawę. Nietylko chorych uzdrawia, ale powiadają, że nawet umarłych wskrzesza; krótko mówiąc znakomitość! Opukał, tak jak kazałaś, ostukał i przejrzał mnie na wylot.
— Bogu dzięki! Przywiozłeś recepty?
— Ha! ha! tobie się zdaje, że taki doktor leczy ludzi miksturami, jak nasz miasteczkowy recepciarz...
— No, znowuż na naszego Frankiewicza nie możesz narzekać. Bądź-co-bądź trzymał cię dotąd dobrze.
— Trzymał! Wielkie rzeczy, że trzymał — ale nigdy nie wiedział, co mi jest. Tamten zaś odrazu wszystko wyczytał ze mnie, jak z karty. Powiada tak: pan masz powiększenie wątroby, rozstrojenie nerwów, skłonność do reumatyzmu, trochę rozdęcia płuc, lekki katar żołądka, i wogóle rozstrój organów trawienia.
— Jezus Marja! Przerażasz mnie mężu! tyle chorób... toż ty się z nich przez dwadzieścia lat nie wyleczysz. Jestem tak zgryziona i struta tą wiadomością, że wypowiedzieć nie potrafię. Tego tylko jeszcze brakowało, żeby przy wszystkich naszych kłopotach i zmartwieniach twoje zdrowie było narażone... Boże! Boże! miej miłosierdzie nad nami.
— Petronelciu! śmiej się z tego. Nic mi nie będzie do samej śmierci...
— Tak mówisz, żeby mnie pocieszyć.
— Ale najzupełniej na serjo mówię. Doktór warszawski powiedział, że za miesiąc będę zdrów jak ryba; za miesiąc, a najdalej za kwartał. Zobaczysz, że będę jeszcze na Zosi weselu tak mazura wywijał, że aż drzazgi z podłogi polecą — tylko naturalnie muszę poprzednio przeprowadzić kurację.
— Więc przeprowadzaj, lecz się, jedź, nie zważaj na koszta... Choćby pożyczkę zaciągnąć na najuciążliwszych warunkach — a ratować się, ratować, mój Ignasiu; przecież jesteś ojcem rodziny, masz żonę, dzieci...
— Kuracja, jaką mi przepisano, wcale nie jest kosztowna; nie potrzeba na nią ani jednego grosza.
— Co mówisz?!
— Тak, tak jest... Taki znakomity lekarz nie naraża pacjentów na koszta, nie napycha aptekarzom kieszeni, nie truje ludzi obrzydliwemi miksturami i proszkami, jak naprzykład nasz fuszer Frankiewicz, którego cała medycyna zasadza się na obejrzeniu języka.
— Ale mówże raz, jakaż to kuracja?
— Spokój! Wyraźnie mi powiedział: pan dobrodziej wyjątkowo masz silny organizm i wrócisz w krótkim czasie do zdrowia — tylko przedewszystkim staraj się pan o spokój... Tylko spokój; żadnych zmartwień, żadnych wzruszeń, żadnych irytacji — spokój i nic więcej, tylko spokój!...
Pani Ignacowa zamyśliła się.
— Dziwne lekarstwo! — rzekła, — ale jeżeli działa tak zbawiennie, to trzeba się o nie postarać koniecznie. Ja ze swej strony przyrzekam usuwać wszystko, coby cię niepokoić mogło. Nie mówmy więc o interesach, chociaż... chociaż byłoby dużo do powiedzenia... Nie mówmy, kochany Ignasiu.
— Oho! już coś jest! — zawołał zaniepokojony szlachcic, — już coś ukrywasz przede mną.
— Nic, nic Ignasiu, przejdź do jadalnego pokoju, zaraz podadzą doskonały bigos; napijesz się kieliszek starki, to cię wzmocni i pokrzepi.
— Oho! adju, Fruziu, nic ze starki, ani z bigosu — nie będę jadł.
— Czy popasałeś w drodze? Ciekawam, gdzie? Nie przypuszczam przecież, żebyś o tak wczesnej godzinie wstępował do Pokrzywek; aczkolwiek wiem, że bywasz tam częściej, niżby wypadało... Ale co ja mówię! Zapomniałam, że potrzebujesz spokoju, więc już ze względu na twoje zdrowie, przemilczę, że wizytowanie tej młodej wdowy wcale mi się nie podoba, i że odrywasz się tylko od gospodarstwa bez potrzeby...
— Petronelciu! — zawołał czerwieniąc się pan Ignacy.
— Nic, nic, mój kochany, nie unoś się — pamiętaj, że przedewszystkim spokój... i chodź jeść, bo bigos już gotów.
— Powiedziałem ci, że go jeść nie będę.
— Ciekawam, dlaczego? Bo że na dziesięć potraw nie jadasz dziewięciu, to wiadomo — ale bigos dotychczas lubiłeś.
— I dziś go lubię — i jadłbym chętnie, lecz doktór zakazał... Zalecił oprócz spokoju djetę; przez miesiąc czasu mam się wstrzymać od starki, piwa, wina i wszelkich rozgrzewających napojów; kazał jeść kwaśne mleko, serwatkę, śmietankę, maślankę, jednym słowem nic więcej, tylko mleko i spokój. Przyznaj sama, że tańszej i mniej uciążliwej kuracji trudno sobie wyobrazić.
— Istotnie: więc dobrze, zamiast bigosu przyniosę ci kwaśnego mleka, właśnie mam doskonałe ze śmietaną, zimne jak lód.
— A no, to i owszem, bo nawet jestem, co prawda, trochę głodny.
— Śpieszę, idę — rzekła pani, wyjmując kluczyki z kieszeni; jednocześnie wypadł jej jakiś papier w kilkoro złożony.
Pan Ignacy pośpieszył, aby go podnieść, lecz żona szczuplejsza i zręczniejsza od niego, nie dała się uprzedzić. Podniosła pośpiesznie papier i schowała go do kieszeni.
— Co to jest, Petronelciu? — zapytał zaciekawiony szlachcic, — co to za liścik?
— Chyba nie posądzisz mnie o jakąś tajemną korespondencję.
— W takim razie dlaczego mi go nie chcesz pokazać?
— Bo widzisz... No — spodziewam się, że nie będziesz mi przecie wyprawiał scen zazdrości...
— Ale jestem ciekawy...
— Żałuję, że nie mogę ciekawości twojej zaspokoić.
— Zaczynasz mnie zanadto intrygować, moja duszko, i dalibóg, sam nie wiem, co mam o tym myśleć.
— Najlepiej nic, bo zresztą to jest głupstwo, bagatelka, rachunek pachciarza...
— Doskonale! Pokaż-no, bo właśnie i ja chciałbym się z nim obliczyć, to się jedno z drugim kombinuje.
Pani zmieszała się.
— Możeby na później odłożyć.
— Ciekawym, dlaczego? Wydałem w Warszawie sporo grosza i teraz potrzebuję pieniędzy, to też bardzo będzie mi na rękę coś odebrać.
— Kiedy... kiedy...
— Co?
— Kiedy to właśnie nie jest jego rachunek, tylko taka sobie... notatka.
— A na miłość Boską! tego już dosyć! — zawołał pan Ignacy, sapiąc ze złości, — nie wiedziałem, że jeszcze ciebie się żarciki trzymają.
— Ależ Ignalku, nie unoś się, nie alteruj; ja tylko dla twego spokoju...
— Ładny mi spokój, że muszę się irytować i złościć!
— No więc nie irytuj się, nie złość; już powiem ci całą prawdę: to jest uważasz... tylko nie zmartw się znowuż... to jest pozew od Icka.
— Co? ten lichwiarz! Dopiero siódmą skórę zdarł ze mnie za procent i już pozywa! Ach, niedoczekanie jego! Czekaj! ja z tobą potańcuję, będziesz odbierał pieniądze, jak rak świśnie! Jutro zaraz jadę do adwokata. Żeby mnie to miało nie wiem ile kosztować, to przeprowadzę sprawę przez wszystkie instancje. Niech mnie popamięta przynajmniej!
— Mój Ignalku, pamiętaj, co ci doktór zalecił, bądź spokojny, nie unoś się, nie irytuj.
— Ja też jestem spokojny, dalibóg, jestem spokojny, ale żebym tego Icka miał pod ręką, tobym mu brodę oberwał, skórę bym z niego zdarł, bo dalibóg, to rozpacz człowieka ogarnia, gdy ma z takiemi ludźmi do czynienia. Ja nie irytuję się, nie rzucam, ale tak mi w głowie szumi jak w młynie... ale co to? Petronelciu — rzekł spoglądając w okno — dlaczego wiatrak stoi? Taki wiatr dzisiaj doskonały...
— Musiał młynarz wyjechać — odrzekła pani pomieszana cokolwiek.
— O proszę tatusia! — odezwał się najmłodszy chłopaczek, który wszedł właśnie do pokoju — nasz młynarz, jak tylko tatuś pojechał do Warszawy, zaraz uciekł.
— Co? co ty mówisz! — krzyknął pan Ignacy.
— A tak, proszę tatusia, młynarz uciekł; mama kazała go gonić, ale on już był daleko.
— Petronelciu, i ty mi nic o tym nie powiedziałaś?!
— Nie chciałam cię martwić, mój Ignasiu, boć jeżeli twoim lekarstwem ma być spokój...
— Niech licho wszystkie lekarstwa porwie! młynarz za pół roku winien — a teraz szukaj wiatru w polu... Czy wiecie przynajmiej, dokąd się wyprowadził? Czy zostawił tu jakie rzeczy?
— To jest... proszę cię, ponieważ już wszystko jedno, więc mogę ci powiedzieć. Uciekł tak pokryjomu, żeśmy dopiero na drugi dzień spostrzegli, że go niema. Poprzedniego dnia kręcili się koło wiatraka jacyś obcy ludzie, ale sądziłam, że przyjechali jak zwykle do młyna.
— Żeby też nie posłać kogo, nie przepytać!
— Czyż mogłam przypuszczać, że ucieknie? Zdawało się, że człowiek porządny — już dwa lata u nas siedział.
— Znam ja, znam takich porządnych. Żeby go najjaśniejsze!
— Dajże już pokój, mój Ignasiu, nie irytuj się; milsze mi twoje zdrowie niż głupi czynsz z wiatraka.
— Tak, ale jak przyjdzie zapłacić głupie podatki, głupie towarzystwo, głupią służbę i głupiego najemnika, a ten i ów zarwie, to ja nie wiem jak będę wyglądał.
— Nie obawiaj się, zyskamy na czym innym; teraz proszę cię, zasiadajże i jedz. Mleko już jest.
Pan Ignacy zabrał się do mleka, ale jadł niewiele, bez apetytu; spoglądał ciągle przez okno na wiatrak i gniewnie ruszał wąsami.
Pani Petronela z córką zajęły się rozpakowywaniem sprawunków, pan Ignacy zaś, nie chcąc im przy tej ważnej czynności przeszkadzać, a może pragnąc uniknąć tak zwanych pierwszych ogni, wymknął się cichaczem na folwark.
Pierwszą osobą, którą spotkał był pachciarz Uszer: mały, szczupły żydek, o osobliwie żółtych włosach i brodzie. Uszer biegł zadyszany, z pośpiechem.
— Aj! waj! — zawołał — jak to dobrze, że wielmożny pan już przyjechał. Ja zaraz do wielmożnego pana leciałem, bo my wszystkie pogłupieli i nie wiedzieli, co robić.
— Cóż się stało?
— Co się miało stać? Nic się nie stało, tylko ta krowa łysa, co ją wielmożny pan przeszłego roku kupił od hrabiego...
— To co?
— To una była krzyknę niezdrowa... przytrafiła jej się słabość.
Pan Ignacy zaniepokoił się, krowa ta bowiem była ozdobą całej obory i rokowała nadzieję pięknego przychówku.
— Więc powiadasz, że była słaba?
— Ny tak, była słaba, a teraz to tak pokazuje jakby miała zdechnąć.
— Gdzież ona jest?
— Leży w oborze, mało co już dycha.
— A gałgany! — zawołał pan Ignacy — nie mogliście to dać ratunku, wreszcie posłać po weterynarza, co? Gdzież był karbowy, gdzie ty byłeś?
— Wielmożny panie! My wszyscy tu byli, my robili tej krowie wszystko, co tylko było można zrobić. Jakie my lekarstwa dawali! Karbowy kazał ją rozcierać osowym kołkiem, ja poleciałem zaraz do szwagra po okowitę. Na moje sumienie, myśmy jej wlewali w gębę całe półtory kwarty okowity z pieprzem. Ganialiśmy ją po folwarku, ale ona wcale nie chciała chodzić, tylko układła się i leżała. Wołali ze wsi starego Mikołaja, on zamawiał, wołali te babe, co za wiatrakiem siedzi, Maćkowe, ona kadziła z różnem zielem, ale to też nie pomogło. Tymczasem ja widziałem, że taki medycyna na nic jest, więc posłałem mego syna z biedką do miasta, żeby przywiózł czarnego Jankla...
Pan Ignacy niewiele tej relacji słuchał i wpadł szybko do obory. Krowa dawała słabe oznaki życia.
— A łotry jedne! — krzyczał zaczerwieniony szlachcic — coście zrobili, zabiliście mi najpiękniejszą krowę!
— Co my mieli ją zabić? wielmożny panie, co my ją mieli zabić, kiedy ona jeszcze żyje; niech pan patrzy, na moje sumienie, ona jeszcze dycha, sprawiedliwie, dycha. Ja wielmożnemu panu co powiem... niech się wielmożny pan nie martwi.
— Idź do djabła!
— Za co ja mam iść do djabła? ja dobrze radzę; zaraz przyjedzie Jankiel, przecież on znawca jest; on pierwszy rzeźnik na całą okoliczność.
— Mówię ci, idź do djabła razem z Janklem.
— Aj waj, jaki wielmożny pan zły, zaraz idź do djabła; na co ja mam chodzić do niego, ja radzę dobrze z życzliwości.
— Sześćdziesiąt rubli dałem za nią hrabiemu, jak jeden grosz — mówił sam do siebie pan Ignacy; przypominając sobie wszystkie lekarstwa dla bydła, o jakich kiedykolwiek słyszał.
Widoczne jednak było, że tu już żadne lekarstwa nie pomogą, piękna krowa kończyła swój żywot.
Uszer zaczął znowu przemawiać:
— Proszę wielmożnego pana, już z tej krowy nie będzie nic, tylko skóra i trochę mięsa; pan sobie nie gniewa, a ja chcę dobrą radę dać; ja chcę tę krowę kupić; Jankiel zara przyjedzie...
— Mówię ci, żebyś sobie poszedł!
— A co będzie z tego, jak ja pójdę? Czy krowa ozdrowieje? Aj, żeby ona chciała ozdrowieć, to jabym zaraz sobie poszedł... poleciałbym nawet, żeby ona ozdrowiała; ale ona wcale nie ozdrowieje... Niech mnie wielmożny pan posłucha, ja ryzykuję! Ja mam taką naturę, że jestem ryzykant! Nawet moja żona to mnie zawsze mówi: słuchaj, Uszer, ty jesteś wielki warjat, na moje sumienie, ona zawsze tak mówi! Niech mnie wielmożny pan posłucha: ja daję za tę krowę całe pięćdziesiąt złotych — niech ja stracę!...
— Zwarjowałeś!
— I to może być, bo ona teraz warta może cztery, może pięć rubli.
— Taka piękna, tłusta krowa!
— To się tylko tak zdaje; niech wielmożny pan uważa, że w takim dużym bydlęciu to jest bardzo dużo gnatów, nawet mało co samego bydlęcia, tylko gnaty... Jankiel tak samo powiada, a on wielki znawca jest, i ja się też znam; żebym ja miał to w majątku, co ja już wykupiłem takie słabowite krowy i woły, ale niech wielmożny pan wierzy, że to jest ryzykowny interes. Trafi się małe bydlę, to niema z niego zysku; trafi się wielkie, to jeszcze gorzej jest... Tylko, że ja mam taką naturę, co nie lubię patrzyć na cudzą stratę... Mnie zaraz ściska koło serca, jak widzę, że gospodarz traci taki piękny dobytek. Więc kupuję, kupuję, bo jestem ryzykant! Czasem zarobię, czasem stracę, ale najprędzej to ja stracę... Już takie moje szczęście, wielmożny panie.
Pan Ignacy kiwał smutnie głową i nie słuchał wymownych predstawień Uszera; żyd jednak za wygranę nie dawał.
— Na moje sumienie! — mówił — Jankla już tylko co nie widać, on zaraz przyjedzie, niech wielmożny pan sobie namyśli i niech wielmożny pan sprzeda. Co to trzymać, po co trzymać takie głupie bydlę, co już zdycha?
— A niech was najsiarczystsze! Gdzie jest pastuch? gdzie karbowy! gdzie te gałgany są?...
— Wielmożny panie, jeden gałgan to jest na pastwisku, przy bydle — a drugi to mnie się widzi, że trochę słaby jest i leży w chałupie...
— Co mu jest?
— Co jemu ma być? On słaby jest a to wszystko od te paskudne krowe; albo on się od niej słabościem zaraził, albo jak krowę lekował, to się bardzo okowity obwąchał i przez to teraz chory jest...
— Zawołaj mi tu zaraz karbowego! — krzyknął pan Ignacy na przechodzącą dziewczynę.
Dziewczyna pędem pobiegła, a Uszer uznał za właściwe cofnąć się i pójść do dworu, w nadziei, że z panią prędzej tranzakcji dokona.
Po chwili z czworaku niezbyt pewnym krokiem wyszedł karbowy...
— Gdzież siedzisz? co się tu dzieje? stary gamoniu! — krzyczał pan Ignacy. Coście zrobili z krową? gadaj zaraz!...
— Pan Bóg miłościwy i sprawiedliwy je, wielmożny panie — odpowiedział chłop, zaledwie mogąc językiem obracać. — Sprawiedliwy je, wielmożny panie, a że z krówska nic nie będzie... wola Jego święta.
— Z czego zachorowała? dlaczego nie posłaliście zaraz po weterynarza?
— Niewiadomo z czego, żebym tak jasności nie oglądał... niewiadomo; stojała se, stojała, a potym wzięła się układła i tylo.
— Ale pytam cię, gapiu, dlaczego nie posłałeś po weterynarza?
— Albo to wielmożny panie witryniorz pomoże?... My zamiawiali, my okadzali, my okowitę dawali.
— Komu?
— Dyć krowie, krowie dawaliśmy, wielmożny panie, naszemu bydlątkowi kochającemu — aj bydlątko, bydlątko jedyne!
— Krowie dawaliście wódkę, a ty się upiłeś. Wstydź się stary, ledwie na nogach stoisz.
— Panie wielmożny, toć ja jeszcze od Wielganocy kieluszka w garści nie miał, jeno mnie tak o pańskie bydlątko markotność rozebrała, że ledwie co żywy jestem.
— To też ruszaj do chałupy, wyśpij się i wytrzeźwij niedołęgo, później rozprawimy się z sobą.
— O wielmożny panie, sam Pan Bóg wszechmogący i sprawiedliwy widzi, ile ja nad tym bydlątkiem napłakał... jak nad matką rodzoną... panie kochający, sprawiedliwie!
— No idź już, bo dziś nie dogadam się z tobą.
Karbowy, zataczając się i mrucząc o niesprawiedliwości ludzkiej, poszedł do domu, a pan Ignacy jak bomba wpadł do mieszkania.
— A wiesz co, Petronelciu — rzekł z goryczą, — ślicznieście się tu rządzili! Młynarz uciekł, najpiękniejszą krowę djabli wzięli; w polu, jak się dowiaduję, pełno szkód... z lasu drzewo kradli...
— Mój Ignalku, ja wiem... ja wiem o tym wszystkim, ale proszę cię, nie martw się, nie irytuj... pamiętaj, że tu głównie idzie o twoje zdrowie, że zalecono ci spokój.
— Ach, spokój! spokój! piękny mi spokój... dopiero co przyjechałem, a już mnie wszyscy...
— Bądź-że rozsądnym, mój Ignasiu.
— Taka piękna krowa!
— Przecież nie wszystko stracone, sprzedałam ją Uszerowi za dziesięć rubli, zapłacił... ale nie bierz tego do serca. Czy to ludzie mają takie zmartwienia? Ja sama tyle dziś przecierpiałam — a jednak nic nie mówię.
— Cóżeś miała cierpieć?
— No, com przecierpiała, tom przecierpiała, zawsze jednak mam tyle delikatności, że szanuję twoje zdrowie i nie wyprawiam ci awantur.
— Mnie awantury? za co? Cóżem ci zawinił, kobieto!
— Eh, nie mówmy o tym. Od czasu jak pobraliśmy się, mogłam się przyzwyczaić do tego, że pieniądze rzucamy poprostu w błoto...
— No, no! cóż tam nowego? pewnie o sprawunki.
— Zapewne, ale nie mówmy o tym, ja wiem, że ty nadewszystko potrzebujesz spokoju... a dlatego, żebyś go miał, ja gotowa jestem obywać się bez sukni, a Zosia może chodzić w starym kapeluszu!
— Przecież przywiozłem na suknię i przywiozłem kapelusz!
— Ha! ha! — roześmiała się pani gorzko — ten materjał, coś przywiózł, dobry jest na pokrycie starej kanapy, a co się tyczy kapelusza... to sądzę, że gdyby Zosia włożyła go na głowę i przejechała się przez wieś, to...
— To co?
— Toby... toby wszystkie psy zawyły, zobaczywszy podobne czupiradło.
— A, Petronelciu, dość już tego! Za moje dobre serce, za to, żem prawie ostatni grosz wyciągnął dla was...
— Owszem, ja ci bardzo dziękuję, ja ci serdecznie wdzięczna jestem; chociaż, jak w tym razie, za dobre chęci.
— Śliczne mi dobre chęci... to nie chęci, Petronelko, nie żadne chęci — ale ruble, proszę cię, ciężko zapracowane ruble!
— Tym gorzej...
— A, dość już tych wymówek, dalibóg nie wytrzymam dłużej! Jedź sobie do Warszawy i pooddawaj to wszystko, pozamieniaj, rób co chcesz, tylko niech ja mam spokój...
— Przy twoim burzliwym i prędkim charakterze...
— Ależ ja jestem łagodny jak baranek.
— Proszę pana — zawołała służąca, wbiegając do pokoju — proszę pana, ze dwadzieścioro bydła chodzi po łące...
Pan Ignacy zerwał się, jakby iskrą elektryczną poruszony, pobiegł do stajni, dosiadł konia, jaki mu się pod rękę nawinął i cwałem popędził ku łąkom. Słychać było wielki krzyk, hałas, a w pół godziny później fornale z wielkim tryumfem prowadzili zajęte w szkodzie bydło na folwark.
Pan Ignacy czerwony, zadyszany, zasapany powrócił do domu. Nie mówiąc ani słowa do żony, otworzył kredens, wyjął butelkę, nalał bernardyński kielich starki, a wychyliwszy go duszkiem, ukroił ogromny kawał chleba i zaczął zajadać.
— Mężu! — zawołała Pani Petronela — Ignalku kochany, a djeta, a warszawski doktór!
— Niech go kaczki zdepczą razem z jego lekarstwem, które wprawdzie tanie jest, ale go dostać nie sposób...
— Zawsze jednak...
— Nie, moja pani, dość mam już tej próby... Tak być nie może, przy takiej djecie umarłbym z głodu, a przy kłopotach ze zmartwienia; kazałem zaprzęgać i wyjeżdżam.
— Dokąd?
— Do miasteczka, do gminy, do sądu. Muszę młynarza złapać, nowego karbowego poszukać, szkodników zapozwać, a przy tej sposobności wstąpię do poczciwego Frankowicza. Niech mi zapisze pigułki, albo proszki, bo te można przynajmniej dostać w aptece, a spokoju, tak zaleconego spokoju, na wsi z latarnią nawet nie znajdzie...

. . . . . . . . . . . . . .
W kilka lat później widziałem znowuż pana Ignacego; przyjechał do Warszawy z żoną kupować wyprawę dla swojej pięknej, śpiewającej Zosi. Oddychał wprawdzie trochę ciężko, skarżył się na reumatyzm w łopatce ale wyglądał doskonale. Pełną, ogorzałą twarz zdobiły ogromne wąsy, okazała tusza dodawała mu powagi.

Gdy mówił, że go w łopatce coś strzyka, radziłem, żeby się udał do sławnego doktora X.
— Niezawodnie wyleczy pana dobrodzieja — rzekłem.
— Daj pokój, bracie — odpowiedział, — wolę ja mego recepciarza z prowincji; jak mi zaordynuje synopizmy, to wiem przynajmniej, że mnie wyszczypią jak się należy... a te wasze znakomitości leczą spokojem... Ha! ha! dobre lekarstwo, jak kto ma folwark i córkę zamąż wydaje.





GRABARZ KSIĄŻEK
Może wam dziwacznym wyda się ten tytuł — lecz w gruncie rzeczy, nic on osobliwego w sobie nie zawiera.

Książka, tak jak i człowiek, ma swoje życie, ma i śmierć... W świecie bibuły tak jak w ludzkim świecie, jest arystokracja i plebs, szczęśliwa głupota i zapoznana zasługa, protegowana mierność; jest wszystko, nic nie brakuje.
Zrodzona w głowie autora, wyprawiona przez wydawcę, przeszedszy przez ręce drukarza i introligatora, książka ma przed sobą świat otwarty. Może się dostać do salonu i, wyzłocona, wspaniale oprawna, służyć do ozdoby jak mebel, może być nabyta przez ciekawego biedaka i przechodzić z rąk do rąk, z suteryn do poddaszy, dopóki się nie rozleci na strzępki; albo wreszcie pozostaje nietknięta na półce księgarskiej i pleśnieje tam, żółknie, jak stara panna, o której względy nikt się nie ubiegał, której serca nikt nie zapragnął posiąść...
Tak zapomniana sierota, w towarzystwie licznych swych siostrzyc, wyczekuje lepszych czasów nieboga, dopóki jej nowe książki z miejsca nie zepchną, bo, i w tym świecie bibuły, dla zapomnianych bywa ciasno, bo i tam również brak miejsca...
Wyrzucona z eleganckiej księgarni, z poza lustrzanych szyb i z pięknej szafy rzeźbionej, przechodzi różne suchotnicze etapy, różne stacje pośrednie, dopóki nie dostanie się do rąk grabarza, na cmentarz.
Więc opatrzona w napis «za połowę ceny» przenosi się do antykwarni żydowskiej między zatęchłe ze starości druki, na pastwę mólom i myszom; między poplamione, podarte, zmęczone kursem gimnazjalnym książczyny uczniowskie; opiera się jednym bokiem o starego «Knapiusza», drugim o wycofane z kursu romansidło francuskie i czeka zmiłowania, czeka aż ją kto kupi i do domu zabierze...
Tu jeszcze ma jakieś szanse poprawienia losu. Może przyjść jaka przedsiębiorcza dama z prowincji i, w liczbie kilku cetnarów duchowego pokarmu, nabyć ją do czytelni pacanowskiej, lub rypińskiej, może (jeżeli książka okropności w sobie zawiera) nabyć ją uczeń specjalnie do czytania pod ławką.
Ale los nie zawsze bywa miłosierny... książki nikt nie kupuje i, oto antykwarjusz powiada: precz, nie masz acani tu miejsca, świeży towar nadchodzi.
Biedna książka wchodzi w fazę podróży.
Bierze ją w swoją opiekę żydek, handlarz uliczny, specjalista od książek; wraz z innemi związuje sznurkiem, zarzuca na ramię i idzie na Ordynackie, za Żelazną Bramę, staje na ulicach, na placach publicznych i woła:
— Wielkie dzieło, uczone dzieło, mądra książka, za psie pieniądze, dalibóg!
Są wszakże tak nieszczęśliwe, tak upośledzone gienjusze... chciałem powiedzieć książki, którym nawet taka reklama nie może zrobić rozgłosu i poparcia... Biedna książka, z pleców handlarza zostaje rzucona na wielką gromadę bibuły, na cmentarzysko wydawnicze i czeka ostatecznego ciosu, który jej grabarz ma zadać.
W nieszczęściu swoim ciężkim, w agonji przedśmiertnej — tę ma ostatnią, a może i jedyną w życiu pociechę, że ginie w towarzystwie porządnym... Poważne, po większej części naukowe dzieła, obszerne traktaty filozoficzne, wyższa matematyka, prawoznawstwo, wreszcie najpiękniejsza z pięknych — poezja, zgromadziły się tutaj, odepchnięte, zapoznane przez ludzkość i czekają wielkiej hekatomby...
Nad niemi, jak duchy, unoszą się w powietrzu westchnienia autorów i przekleństwa wydawców, w których kieszeni żal nad straconą księgą przechowuje się dłużej, niż obraz zabitego na wojnie rycerza w sercu niepocieszonej kochanki.
Wielkie cmentarzyska książkowe mieszczą się w Warszawie na Nalewkach, na Dzikiej, na Gęsiej, tam wogóle, gdzie wszelkie ślady minionych świetności koncentrują się, aby zaginąć nazawsze...
Dłoń grabarza zadaje im cios ostateczny.
Znałem jednego takiego specjalistę, czułem dla niego nawet pewną sympatję, choćby ze względu na koleżeństwo w książkowym interesie. Nieraz słuchałem światłych jego uwag i spostrzeżeń, które nad zmarnowanemi książkami, niby mowy pogrzebowe nad trumną wypowiadał.
Był to mały człowiek, ze śpiczastą bródką i przenikliwemi oczami, nazywał się Załmon Meir Samowar, pochodził z arystokratycznej rodziny, gdyż jego dziadek był wielki «kobulnik», co znaczy, że się nawet na kabale rozumiał... I Załmon Meir rozumiałby się na tym interesie, ale nie miał czasu, gdyż potrzebował dać żonie piętnaście rubli tygodniowo na życie i, prócz tego, cztery ruble oddzielnie na szabas, a przy ogólnej stagnacji i upadku literatury — niełatwo jest taką sumę zarobić. Niełatwo, tymbardziej, że dziennikarstwo zabiło literaturę książkową, a przytym «bibulniki», czyli handlarze grubej, ordynarnej, szarej bibuły, także dużo w fachu grabarzy książkowych popsuli.
Dawniej wogóle czasy były lepsze i, jak człowiek wyrobił sobie jaki geszefcik, to mu nikt w drogę nie wchodził; mógł więc żyć szczęśliwie z żoną, dziećmi, wnukami... mógł zebrać dla każdego dziecka przynajmniej trzydzieści rubli posagu; ceny nikt nie psuł, wszystko szło trybem normalnym.
Dziś z powodu kolei, telegrafów, tramwajów i innych, można powiedzieć paskudnych wynalazków, cały świat się popsuł. Dziś lada jaki bałaguła, furman — albo tragarz — człowiek ordynarny, cham poprostu bez żadnego przygotowania, bez nauki, chciałby też handlować używaną literaturą, i handluje; włazi innym w drogę, psuje ceny, świat psuje...
Dziś jest niedobrze, nawet w takim interesie jest niedobrze, plunąć warto; człowiek się trzyma tego fachu tylko przez przyzwyczajenie, ot tak, żeby z głodu nie umierać.
— Proszę pana — mówił raz do mnie — szanowny Załmon Meir, — proszę pana, przez urazy! jak ja znam całą literaturę, to nawet panowie sami jej tak nie znacie. Chciałbym mieć taką kupę szczęścia, jaka kupa książek przeszła przez moje ręce! Ha! ha! wiesz pan dobrodziej, że dawniej to nie mogłem sobie z temi książkami dać rady — ja konia do literatury trzymałem!! Żebym tak dobre życie miał! ja, z przeproszeniem, w książkach po same uszy siedziałem...
— A Mickiewicza pan znasz?
— Za co ja go mam nie znać? Ha! ha, to buło osoba! Ja miałem z niego ładny zysk... ja go kupiłem całe dwanaście pudów na licytacje, na komore... A myśli pan, że ja nie znam «historje odkrycie od wynalazki?» Znam, aj waj! papier jak rzemień, zdrowy towar, piękny towar buł... «A studja ekonomiczno-socjalne» jeszcze lepszy towar... a to, a owo (tu wyliczył ze sto dzieł, których wymieniać dla łatwo zrozumiałych powodów nie wypada), ja ich znam jak moje pięć palców... Ja pana powiem, że takiego drugiego znawcę na książki, to w Warszawie się nie zdybuje... Tylko teraz, to się wszystko już psuje — a kto psuje? panowie sami psujecie!
— My!
— Nu — a kto? Kto zabił książki? panowieście sami zabili. Zrobiliście mode na gazety, przez to książek jest mniej, a co gazeta warta, co ona z przeproszeniem warta?...
— Pleciesz pan głupstwa, cały świat przyznał, że prasa to szóste mocarstwo.
— Żeby moje wrogi takie mocarstwo w plecy mieli — jak gazeta mocarstwo jest! To słabizna, gorsza od te bibułke, co na papierosy idzie; pfe, takie mocarstwo! Panowie dajecie na gazety taki papier co w nim niema kawałka szmaty, tylko, za pozwoleniem, jedna słoma i rozgotowane drewno. Czy ja się na tym nie znam? Jak kropla wody padnie, to ono się rozłazi, a jak dwa razy złożyć, to pęka na składaniu, jak przepalona skóra... Co warta jest gazeta? czy to towar? czy ona wchodzi do handlu? a panowie to rozsypujecie na cały świat...
— Grubo przeholowałeś panie Załmon.
— Aj, co ja nie wiem? ja też podróżowałem dosyć... ja bułem w Sochaczewie, bo moja żona jest sochaczewska rodzona, ja i tam widziałem gazetów... Nie, nie, pan sobie omyla! Gazeta to w handlu tyle znaczy co nic... to nie rachuje się nawet... A co się tyczy książki, to panowie też popsuliście cały ruch.
— W jaki sposób?
— Bardzo prostym sposobem. Jak się zrobiło mode na gazety, to ustało mode na książki, a choć nie całkiem ustało — to zawsze zmniejszyło się. Ja wiem najlepiej całe dyfyrencję tego interesu. Mądre ludzie naprzód powiadali, że tak będzie... Jak mojemu dziadkowi, temu co buł tak wielki «kobulnik» pokazali koleję żelazną, to un, za pozwoleniem pańskim, splunął i powiedział, że to będzie zguba świata — a jak on raz zobaczył gazetę, to, przez obrazy pana, on także splunął i powiedział do mnie: Załmon Meir, to będzie zguba twego interesu — załóż ty lepiej szynk na Muranowie...
— Dlaczegożeś pan tego nie zrobił?
— Masz pan dobrodziej rację dlaczego ja tego nie zrobiłem? Mnie było markotno od szlachetny interes, od literaturów, od książków — przerzucić sobie do szynku, między różne złodzieje i pijaki. To dla mojej osoby nie pasowało — i pieniędzy na szynk też nie miałem, bo to duże pieniądze potrzeba. Zostałem przy swoim i płaczę, bo paskudny czas nastał, — a te pisarze, drukarze, księgarze to dziś nawet porządnej książki nie potrafią już zrobić.
— Czy pan czytujesz książki?
— Ha?! czy ja czytuję, ma się rozumieć, że czytuję, w szabas czytuję, w święto... ale to, co ja czytuję, to nie jest z mojego towaru.
— A cóż to jest?
— Książki — ha! ha! jakie książki, nasze książki, co się do nabożeństwa należy — więcej to ja nie czytuję, na co? jaki mnie z nich pożytek?...
— Skądżeż pan tedy wiesz, że teraźniejsze nasze książki są do niczego.
— Ja panu zaraz wytłumaczę; patrz pan, rzekł biorąc do ręki arkusz druku, złożony w małą szesnastkę, patrzaj pan, co komu z tego za pożytek?
— No — przeczyta ktoś...
— Ja pytam o pożytek, a pan mówi o czytanie! To co innego, a tamto całkiem co innego jest... Ja panu powiem, jak trzeba robić dobre książki, porządne książki, jak się należy książki, ja panu wytłumaczę cały sekret...
— Szanowny panie Załmon Mejer, powiedz-że co prędzej, taka cenna rada to skarb, to majątek!
— Nie kpij pan sobie od biednego żydka, który chce żyć i panom chce dać zarobić... patrz pan, to jest arkusz papier...
— Tak.
— Widzi pan, to trzeba wybrać taki format, żeby, jak się sklei dwa karty, żeby buło kwarte, cztery — to pół garniec, a ośm, — to cały garniec! Taka książka nigdy się nie zmarnuje, ja pierwszy będę na nią kupiec.
— Jak to kwarta? pół garnca? co pan opowiadasz?
— Aj waj! ja nie wiem, za co panowie macie takie ciężkie głowy, trudne do pomyślenia. To taka prosta rzecz — dać taki format, żeby jak się sklei dwa kartki, wlazła między nie kwarta grochu, kwarta mąki, czy kwarta kaszy naprzykład — taka książka zawsze się sprzeda... ja pana powiadam, na moje sumienie, że ona zawsze się sprzeda.

. . . . . . . . . . . . . .


Pożegnałem grabarza książek i opuściłem fatalne cmentarzysko myśli ludzkich, zaklętych w stosy bibuły — opuściłem, rozmyślając nad tym, co mi szanowny Załmon Meir Samowar, ten niezaprzeczenie wielki znawca literatury, powiedział!
Niejednę piękną myśl marzyciele i poeci na cmentarzach znaleźli, stamtąd wynieśli oni wiele wzniosłych sentencji o znikomościach rzeczy ludzkich, mnóstwo pięknych poglądów o marności trudów naszych, starań i zabiegów! Marzycielom wtórowali w dumaniach grabarze, posiwiali starcy, z brodami do pasa, z czaszkami jak u trupów nagiemi.
Załmon Meir nawet na cmentarzysku, wśród drukowanych szczątków ludzkich idei znajduje myśl praktyczną, nie zastanawia się nad marnościami — ale uczy, jak spreparować to, co z góry na śmierć skazane — żeby jeszcze i z tego praktyczną korzyść osiągnąć... to też Załmon Meir ma zawsze swoje piętnaście rubli tygodniowo — a prócz tego, jeszcze oddzielne cztery ruble na szabas...





W POWODZI KWIATÓW


Icek Kapitan, główny faktor, oraz sprawujący interesy okolicznej szlachty w murach miasteczka X. nad X., ogłosił szanownej pani burmistrzowej tego grodu wielką nowość.
— Of mejne munes — mówił kłaniając się nizko, jak przystoi przed gospodynią miasta; of mejne munes, co teraz będzie w naszym mieście wielkie dogodniościów!! Ten stary powiatowy doktór, to jak wielmożne pani prezydentowe wiadomo, wcale już do chorych nie chce chodzić — na co jemu tego? na co? Un ma pieniądze, un ma swoje domy, un cały obywatel jest, to ma się rozumieć, kto jemu każe chodzić po żydowskich chałupach i oglądać ludziom za pozwoleniem... języków. Un wcale to nie chce zrobić, un wielki purec jest, wielki pan, wielkie osobe!
— Tak — rzekła pani burmistrzowa, — masz rację, ja już dawno mówiłam do męża, że potrzebny nam tu jest lekarz młody, wolnopraktykujący, energiczny... wszak zdaje się, że przy tobie mówiłam, mój Berku...
— Mógłbym tu nawet przed cztery sądy przyświadczyć i przysięgnąć, jak to pani prezydentowa ze sto razy gadała; bo — dodał, zniżając głos i oglądając się na wszystkie strony — przez obrazy wielmożnego prezydenta, to ja wiem, że w całe nasze miasto jest całkiem dwa głowy!! całe parade dwa głowy: pani prezydentowa i ja! jakby nas nie było, to ja nie wiem nawet, w coby się nasze miasto obróciło?
Pani burmistrzowa uśmiechnęła się na ten komplement, Icek zaś perorował dalej.
— Pani prezydentowa pomyślała sobie, co tu potrzebny jest doktór... a Icek zaraz tak zrobił, że tu będzie doktór taki akurat, jak pani prezydentowa w swoje delikatne pomyślenie miała.
— Niepodobna! kiedy? gadajże, stoję jak na szpilkach...
— Un tu pewnie dziś na wieczór przyjedzie, prosto od samego Warszawy.
— Z Warszawy?! nie może być.
— Akuratnie z Warszawy, ja tam u niego byłem. Aj waj! co jest tam tych doktorów w Warszawie! w jedne stancje to ich mieszkało razem siedem!
— Więc to młody? prosto z akademji!
— Aj waj! żeby to ja taki młody był do samej śmierci, jak un młody jest i grzeczny — aj waj! jaki un grzeczny — całkiem delikatny człowiek, choć jego do bolące miejsca przykładać; tylko czy un z akademji jest, to ja nie wiem, un coś wspominał, że jest od Ryczywoła, bo tam gdzieś jego ojciec trzyma sobie dzierżawę.
— A przystojny?
— Bardzo przystojny! pociągłowaty jest na gębie, ma włosy czarne jak smoła, i kawałek takich maluśkich wąsików, co się jemu dopiero niedawno zrobiło kiele nos; a na nos, to un sobie niesie dwa szkiełka, bardzo porządne, w mosiężnej oprawie, z czarną nitką. Cały alegant! Jak jego tutejsze panienków będzie obaczyć, aj waj! to un będzie do nich miał szczęście! Żebym ja takie szczęście do handlu miał, jak un do tych panienków szczęście zdybie... I doktór z niego też bardzo dobry. Jak ja tam byłem u niego, to mnie, z przeproszeniem pani, prezydentowej, zrobiuło się takie paskudne szczypienie kiele serca; to un kazał mnie się kłaść na sofe i pukał, pukał, stukał, słuchał, cały brzuch to un mi opukał! ostukał i jak mi dał jedno kilka kroplów, to ja byłem zdrów jak byk, jak... jak pięć byków... Odrazu mnie całkiem dobrze się zrobiuło.
— Więc to dziś, dziś przyjeżdża?
— Dziś, dziś, proszę wielmożnej pani, ja jego najmowałem trzy stancjów u Dawida na górze, z meblami. A jakich meblów ja jego dawałem... Zielone kanape, żółtych krzesłów, czerwone szafe i lustrów, takich wielkich jak okno. Un będzie mieszkał u nas jaknajporządniej. To już moja głowa jest w tym interesie...
Pani prezydentowa zamyśliła się. Doktór młody, przystojny, dla matki mającej trzy córki na wydaniu, jest istotą bardzo sympatyczną. Masa więc myśli, planów i projektów przebiegło przez głowę pani prezydentowej.
Uśmiechnęła się do Icka i rzekła:
— No, kochany Icuniu, za taką nowinę wart jesteś kieliszek wybornej miętówki. Masz — rzekła nalewając, — wypij to za zdrowie młodego doktora i, trzymaj język za zębami, pamiętaj...
— Ziczam wielkie zdrowie wielmożnej pani — rzekł żyd i, przykrywszy głowę jarmułką, spełnił ten toast, — a co się tyczy język — dodał, — to wielmożnej pani wiadomo, co Icek z języka żyje, to i język potrafi trzymać w gębie, jeszcze lepiej, jak pieniądzów w kieszeni.
Pomimo jednak, że pani prezydentowa postanowiła sobie milczeć, a Icek trzymać miał język za zębami, stało się, że za godzinę całe miasteczko było już panem sekretu.
Wieczorem, a był to prześliczny wieczór letni, cała męska i żeńska inteligiencja sławetnego grodu X. nad X. wyległa na drogę prowadzącą do najbliższej stacji drogi żelaznej.
Obsadzony wysokiemi topolami gościniec wyglądał świątecznie — uroczyście prawie... poważne pary małżonków kroczyły majestatycznie i powoli, przed niemi zaś defilowały córeczki, wystrojone jak na wielkie święto, w całej pełni powabów i wdzięków. Zdawałoby się, że całe miasteczko naznaczyło sobie rendez-vous tu, pod smukłemi topolami.
Pani burmistrzowa, faktyczna rządczyni miasta, przy której cienki małżonek wyglądał jak szpada przy okazałym boku dygnitarza, przygryzała złośliwie wargi, niezadowolona z całego świata, a najbardziej z tych matek, które ośmieliły się wyprowadzić także swe ukochane córeczki na pokaz... Trzy burmistrzówny, przystojne, silnie zbudowane blondynki, defilowały po piaszczystym gościńcu z gracją i wdziękiem, oddając ledwie dostrzeżone ukłony miejscowej młodzieży, której konkurencyjne papiery w dniu przyjazdu doktora najfatalniej spadły...
Panie całowały się serdecznie, wyrażając swą radość z powodu miłego, a niespodziewanego spotkania — i przeklinając w duszy jedna drugą, że przyszła tu w tej chwili.
Do właściwego celu wycieczki nikt się nie przyznawał, ale oczy wszystkich zwrócone były w jeden punkt i, lada fura żydowska, lada chłopski wóz zdążający ku miastu, zwracał na siebie powszechną uwagę.
Biegły ku niemu wejrzenia czarnych i modrych oczu — a mamy, przymrużając źrenice, zapytywały się w duchu: On? czy nie on?
Już słońce zaszło; księżyc wypłynął na pogodne niebo — należało wracać. Zawiedzione w nadziejach towarzystwo, opuściło placówkę, a w kilka godzin później cała populacja sławetnego grodu X. nad X. usnęła snem sprawiedliwego.
Dla ścisłości kronikarskiej dodać należy, że tej nocy wszystkim panienkom śnił się przystojny i młody lekarz, o którego zaletach i zdolnościach Icek Kapitan opowiadał cuda pani prezydentowej.
Oczekiwany syn Eskulapa przybył późno w nocy. Przy pomocy furmana i stróża nocnego odszukał Icka i objął w posiadanie ów wspaniały lokal z eleganckiemi meblami i «zieloną kanapą». Zmęczony całodzienną podróżą, nie miał czasu na podziwianie eleganckiego apartamentu, lecz rzucił się na łóżko i usnął snem sprawiedliwego.
Niedługo wszakże dano mu używać miłego wywczasu.
Zaledwie słońce weszło, już przedpokój był pełen pacjentów. Znajdowali się tu mężowie cierpiący na serce, oraz niewiasty z choremi bardzo i delikatnemi dziećmi na rękach.
Młody lekarz, niepraktyczny jeszcze w swoim zawodzie, nieumiejący spać, gdy pacjent potrzebuje pomocy, zabrał się do oglądania chorych, którzy zachwyceni byli jego troskliwością nadzwyczajną i starannością, z jaką usiłował zbadać chorobę.
Odpowiadał na niezliczone pytania żydówek, powtarzał po dziesięć razy informacje co do czasu używania lekarstw i co do djety; ze świętą cierpliwością słuchał opowiadania o zadawnionych cierpieniach cioci Ruchli, która od czasu owdowienia zupełnie utraciła delikatne swe zdrowie...
Pytanie «co się należy?» żenowało niesłychanie młodego lekarza, wstydził się brać honorarjum od narzekających na straszną biedę i drożyznę żydówek, podsuwających po kilka wytartych miedziaków.
— Proszę tam kłaść w puszkę... — mówił, wskazując jakieś blaszane pudełko od tytuniu.
Pacjenci korzystali z dyskrecji i, zamiast dwuch złotych, rzucali po 20 groszy, a owdowiała ciocia Ruchla przez omyłkę położyła dziesiątkę, a wzięła z puszki reszty złotówkę.
Można się domyślić, że zbiór nie był nadto obfity; lecz cóż to stanowi? Pierwszy dzień... Niechno się ruszy inteligiencja miasta, okolica, wtenczas dochody popłyną, jak fala wzburzonego potoku... Wypadnie kupić kasę ogniotrwałą, żeby owe skarby przed złemi ludźmi ukryć bezpiecznie.
Inteligiencja miasteczka nie dała długo czekać na siebie... Co raz, to jaka służąca z bilecikiem zapraszającym wpadła, a wszystkim było pilno, wszędzie niebezpieczeństwo zagrażało. Osobliwa epidemja nawiedziła tego dnia wielce sławetne miasteczko X. nad X., epidemja dziwnego rodzaju, jakiej od samego Hipokratesa nie notowały jeszcze roczniki medycyny...
Pochorowały się naraz wszystkie panny, wszystkie młode wdówki, a nawet i małżonka weterynarza, osoba szczególnie nerwowa i, przez małżonka swego nigdy niezrozumiana, a skutkiem tego chronicznie cierpiąca. Mąż twierdził, że to «koler», ale co on się tam znał! Mając ciągłe do czynienia z końmi i bydłem, zatracił możność odczuwania pragnień duszy idealnej i rozanielonej...
Co było najosobliwszego w tej epidemji gwałtownej, jaka nagle nawiedziła piękną połowę ludności w X. nad X., to to, że cierpienia nie mogły być określone bliżej. Objawiały się one tylko lekkim bólem głowy, suchym kaszelkiem, brakiem apetytu i pewnym ogólnym rozstrojeniem nerwowym...
W domach, gdzie były dwie panny, cierpiała tylko jedna i, ta jedna, w białym eleganckim negliżyku, wyglądała jak uosobione cierpienie; druga zaś, dla kontrastu, w sukience czarnej, z anielską dobrocią w spojrzeniu, czuwała nad siostrą, niby opiekuńczy anioł stróż...
Wszystkie cierpiące panny, od najstarszej burmistrzówny począwszy, doktór odwiedził...
Trzeba było widzieć, z jaką elegancją, delikatnością i troskliwością zarazem opukiwał mniej i więcej dorodne pacjentki, — jak te cierpiące osóbki rumieniły się mocno, gdy upragniony lekarz wysłuchiwał szmeru ich płuc i tonów serduszek, uderzających pośpiesznie...
Pacjentki były zachwycone i, przyrzekły sobie w duszy, przynajmniej raz na tydzień chorować; mamy zaś zapraszały serdecznie, aby doktór bywał w ich domu, nietylko jako lekarz, lecz i jako gość zawsze pożądany i widziany mile. Gdy odbywszy już wszystkie wizyty, wszedł do mieszkania pani weterynarzowej, pan weterynarz właśnie do domu wrócił.
Kwas karbolowy zdaleka od niego czuć było; napracował się przez cały dzień w jakiejś zarażonej oborze, wytrząsł na bryczce, więc zmęczony, głodny, wpadł do pokoju, wołając:
— Jeść dawajcie! bo ginę z głodu!
Właśnie w tej chwili młody lekarz badał puls nerwowej pani.
— Co to? — zapytał małżonek.
Lekarz przedstawił się.
— Daj pokój, kolego, — rzekł weterynarz, — nie fatyguj się próżno, ja jej organizm znam doskonale... Właśnie chciałem jej zrobić zawłokę na lewym ramieniu, to doskonale humory odciąga...
— Mężu! — krzyknęła z oburzeniem pani domu.
— No, no — odrzekł — nie masz czego gwałtować, moja duszko; lepiej każ nam podać tu wódki i przekąski — a jeżeli już koniecznie chcesz się leczyć, to ci kolega zapisze aloesu, albo jalapy, będziesz zdrowa duszyczko jak... tego... jakże się to zowie...
— Nie potrzebuję twoich porównań! — krzyknęła pani i, trzasnąwszy drzwiami, zniknęła w drugim pokoju...
— Oto masz, kolego widowisko; — rzekł mąż, — obiad przydymiony codzień, w domu nieporządek, a narowów pełno... Żeń się, żeń, bracie, to użyjesz jak pies w studni; ale ostrzeżenie moje zbyteczne, nie sądzę, żebyś kolega ożenił się, tu u nas przynajmniej.
— A to dlaczego?
— Szkaradny kąt, powiadam ci kolego, obrzydliwy, zakazany, jeżeli nie będziesz się targował z pacjentami, jak żyd, to z głodu zginiesz, powiadam ci, że z głodu, jak ruda mysz, braciszku.
Lekarz nie chciał jakoś wierzyć w ten prognostyk.
Tymczasem wszystkie mamy, których córeczki potrzebowały pomocy lekarskiej, z rozczulającą jednomyślnością przyszły do przekonania, że byłoby ubliżeniem w wysokim stopniu, ofiarować tak uprzejmemu lekarzowi honorarja pieniężne za jego wizyty. Czyż taka staranność, troskliwość, taka uprzejmość da się opłacić jakimś marnym banknotem zatłuszczonym, zmiętym w rękach tysiąca najprozaiczniejszych w świecie przekupek i handlarzy?!
Dobre to może w zmaterjalizowanej Ameryce, dobre zresztą w Warszawie, gdzie jeden drugiego nie zna, — ale nie w poetycznym, sentymentalnym X. nad X.! Przenigdy! W tej cichej mieścinie, rozrzuconej nad brzegiem leniwej rzeczułki, istnieją jeszcze cnoty patryjarchalne, a uczucie wdzięczności lubi być udrapowane w sentymentalną togę, lubi przybierać na się wdzięczne, estetyczne formy. Zresztą, któż zaręczy, że ten młody lekarz, który dziś uważa piękną Mańcię lub Brygisię za pacjentkę tylko, nie zmieni charakteru i, padszy na kolana, nie przyjmie tytułu narzeczonego.
Ta ewentualność to także jedna racja więcej, aby mu nie płacić. Na co? Czyż nie lepiej, że otrzyma honorarjum wraz z sowitym procentem w naturze, w niezrównanych wdziękach pacjentki, i że to honorarjum zostanie w familji?
Inteligiencja cichego X. nad X. umie być wdzięczna, lecz w sposób wykwintny, miły i estetyczny. Stąd też mieszkanie sympatycznego doktora zarzucone jest bukietami. Pachną tam róże, bzy, jaśminy ułożone rączkami «wdzięcznych», zjawiają się równianki z modrych niezabudek i bławatków, ale nie dość na tym. W X. nad X. uczucia są pojmowane szeroko, a umiejętność produkowania tak zwanych «robótek kobiecych» doprowadzona jest do możliwej perfekcji. Jakie też przepyszne kwiaty ma doktór na poduszkach, pantoflach, czapeczce!, nawet wykałaczka do zębów ozdobiona jest jakąś mikroskopijną lilijką, która, zdaje się, że przemówić pragnie, że radaby powiedzieć szczęśliwemu jej posiadaczowi: «słuchaj, niewdzięczniku, miej ty serce, patrzaj w serce.»
A kto uwił te wszystkie bukiety i równianki z kwiatów żywych? Kto wyszył kwiaty martwe na pantoflach i poduszkach filozelą i kordonkiem? Kto zgromadził w mieszkaniu szczęśliwego doktora tę różnobarwną dziatwę flory, jeżeli nie piękne pacjentki w X. nad X. Niedarmo pani Bajla, poważna kupcowa, utrzymująca w X. nad X. skład szuwaksu, cukru, bawełny i innych towarów galanteryjnych, dowodziła, że jak jej pamięć daleko sięgnąć może, nigdy jeszcze kordonki, pele i włóczki nie miały takiego odbytu.
Taki stan rzeczy trwał przez cały kwartał, doktór gorliwie pełnił swe obowiązki, a im więcej mu kwiatów przybywało w mieszkaniu, tym mniej dziesiątek delikatne żydówki rzucały do puszki od tytuniu. Tymczasem mamy i ciocie rozrywały uprzejmego lekarza, musiał bywać na herbatkach cichych i proszonych, siedzących i tańcujących, nazywano go kochanym doktorkiem, doktoreczkiem, przezacnym, zacnym, nieoszacowanym, — panienki wzdychały do niego, a mamy obliczały fundusze na wyprawę.
Pewnego pięknego wieczoru, wśród inteligientnej ludności cichego X. nad X. zaczęły krążyć jakieś głuche wieści. Szeptano sobie na ucho, opowiadano to i owo, lecz nikt baśniom wierzyć nie chciał. Panny szczególniej, jako młode i idealne, a więc do złudzeń skłonne istoty, słuchać nawet nie chciały tego, co miasteczkowa fama głosiła — i zajęły stanowisko wyczekujące; mamy zwiesiły nosy na kwintę, a ojcowie machnęli ręką z rezygnacją, właściwą mężom, których lada wiatr przeciwny nie łamie.
Jedna tylko pani burmistrzowa nie poprzestała na głuchych wieściach; trzeba jej było dowodu. Pomimo spóźnionej pory, posłała policjanta po Icka, z rozkazem, żeby go natychmiast żywego lub umarłego dostawić.
Icek Kapitan, wyciągnięty gwałtem prawie z betów, stawił się przed «gospodynią miasta», cichy, pokorny, podobny raczej do zmokłej kury, niż do sprytnego faktora.
Delikatnym rozumem Icek przeczuwał burzę.
— Gdzie doktór? — krzyknęła pani burmistrzowa.
— Przepraszam, wielmożne pani prezydentowe, że un tu był, to ja wiem; że mu tu już niema, to też wiem; a gdzie on teraz jest, to ja wcale nie wiem...
— Więc wyjechał! wyjechał niegodziwiec, niewdzięcznik! wyjechał...
— Nu, a co un miał zrobić?
— Jakto co? to mi zabawne pytanie! siedzieć z nami, czy mu tu źle było... kwiatami był obsypany!... jak męża kocham, kwiatami!
— Właśnie, un bez te kwiatów ucieknął.
— Dlaczego?
— Jak pani prezydentowe chce? Nasze żydki choć po parę groszy jemu dawali; kiepsko dawali, ale zawdy to było pieniądzów, a państwo to jemu dawali kwiatów; czy, z przeproszeniem wielmożne panie, un krowa był, żeby miał ziele jeść? Un wąchał tych kwiatów, a jak się dowąchał, co tam więcej nic niema, to ucieknął napowrót do Warszawy.
Wyrecytowawszy tę tyradę, Icek skłonił się i wyszedł, pani prezydentowa zaś zamyśliła się smutnie, a później długo, długo rozmawiała z córkami.
Nazajutrz we wszystkich ogródkach w X. nad X. powyrywano kwiaty i powyrzucano je za płoty, zaś do dziś dnia jeszcze pani Bajla płacze, że na paciorki i włóczki niema żadnego popytu.
Młody lekarz osiedlił się w sąsiedniej gubernji, nauczył się upominać o swą należność i, kwiatów nie przyjmuje zupełnie. Ożenił się z panną dość brzydką i jeszcze więcej złośliwą, wziął za nią ładny posag i dziś liczy się do najzamożniejszych ludzi w okolicy. Dobrze jada, dobrze sypia, do chorych po nocach nie biega, waży 288 funtów, a jak gra w preferansa i wista, niech poświadczą ci, co pół życia przy zielonym stoliku spędzili.






GDY KONWALJE ZAKWITNĄ


W eleganckim, gustownie umeblowanym salonie, przy fortepjanie otwartym siedziała młoda kobieta. Z pod jej palców drobnych, zręcznie przesuwających się po klawjaturze, płynęła dziwna jakaś melodja, fantastyczne potpouri, w którym skoczne dźwięki mazurka mieszały się z minorowemi tonami nokturnów, to znów ustępowały ciężkim akordom pogrzebowego marsza.
Dzień był jasny; przez koronkowe, delikatne firanki wpadały promienie słoneczne, ślizgały się po gładkiej, błyszczącej posadzce, po złoconych ramach zwierciadeł, po szerokich liściach kwiatów egzotycznych, które ustawione w gustownych żardinierach tworzyły minjaturowe kląby.
Niedyskretne promienie światła otaczały także i główkę grającej jakimś nimbem świetlanym i podnosiły, potęgowały urok jej piękności.
Była to główka zarysowana prześlicznie, ozdobiona bogatym zwojem warkoczy jak krucze pióra czarnych i lśniących, misternie i z wdziękiem ułożonych. Rysy twarzy regularne, drobne, przypominały profil starożytnej kamei, drobne usta składały się do uśmiechu, a duże, czarne oczy w prześlicznej oprawie, spoglądały z pod rzęs długich z wyrazem tłumionego smutku. Twarz była alabastrowej białości, figurka zgrabna i wiotka, rączki drobne i szczupłe.
Grała dość długo, zapatrzona w jakiś obraz na ścianie wiszący, przechodziła od motywów wesołych do poważnych, smutnych, coraz smutniejszych, aż nareszcie zakończyła tę fantazję urwanym jakimś akordem, w którym zaklęła żal, jęk i boleść stłumioną.
Wstała od fortepjanu szybko i, zdawało się, że ma łzy w oczach, otarła je jednak śpiesznie i zniknęła za ciężką portjerą.
Tam znajdował się jej własny pokoik, najmilszy dla niej kącik w całym domu. Było w nim jasno, słonecznie, mebelki filigranowe, rzeźbiona szafka z książkami, biureczko małe z wszelkiemi przyborami do pisania.
Usiadła przy biurku, wydobyła z szufladki zapisany do połowy kajet i zaczęła kartki przerzucać w zamyśleniu. Potym wzięła pióro do ręki i, pięknym, wprawnym charakterem, pisać zaczęła.
— Zajrzyjmy w te notatki, przysłuchajmy się tej spowiedzi dziewczęcia.
... «Nie wiem, dlaczego smutna i zgnębiona jestem. Nie wiem, dlaczego zdaje mi się, że jakiś głaz leży mi na sercu... Czasem, wśród wesołości i pustoty ogarnia mnie trwoga. Czasem śnię, że biegnę przez pola i łąki samemi kwiatami usłane, przez różane gaje, że pod stopami memi rozciąga się kobierzec aksamitny, miękki, zielony — przerznięty srebrnemi wstęgami strumyków — śnię, że mi jest tak błogo, dobrze, lekko, gdy naraz tuż przede mną, nagle, otwiera się przepaść bezdenna, szeroka jak morze, a czarna jak noc... Przepaść otwiera czarną swoją gardziel, — a ja nie mam siły cofnąć się; skamieniała, bezwładna jestem. Chcę krzyknąć, ale głos w gardle zamiera, chcę uchwycić za cierń nad otchłanią rosnący, cierń krwawi mi dłonie i łamie się jak słomka...
Opieram nogę o głaz jakiś — ale i ten nie wytrzymuje mego ciężaru i stacza się z przerażającą szybkością... Z krzykiem rozpaczy budzę się zmęczona, bezsilna, patrzę z przerażeniem szeroko otwartemi oczami i, nie mogę zdać sobie sprawy, gdzie jestem? A jednak, a jednak ja jestem w moim, tym samym milutkim pokoiku, leżę na wygodnych poduszkach, blada lampka oświetla mój kącik, a ze ściany Madonna Murilla spogląda na mnie bosko łagodnym wejrzeniem, jak gdyby chciała powiedzieć: nie lękaj się, dziewczyno...
Dlaczego ja miewam sny takie? dlaczego nieokreślona tęsknota, dziwne jakieś przeczucie ogarnia mnie tak często? dlaczego nawet wśród zabawy, wśród blasku świateł balowych i przy dźwiękach doborowej orkiestry nieraz zadumam się, posmutnieję i pytam sama siebie: co jest na dnie owej czarnej, niezgłębionej przepaści? Czy jak człowiek w nią wpadnie, to już spada, spada przez całe wieki, bez końca, i nie zatrzyma się nigdy, i zniknie w niezgłębionym oceanie nicości? Dziwne pytanie, dziwne myśli! Mama gniewa się o nie, poczciwy mój spowiednik tłumaczy mi zasady wiary i uspokaja słowem religijnej pociechy... Ojciec prosi, żebym się bawiła, żebym szukała rozrywek; każdy, każdy z mego otoczenia tak jest dla mnie dobry, uprzedzający, łagodny, że nie wiem sama, czy mnie uważają za stałą tego domu mieszkankę, czy za drogiego gościa, na którego przyjęcie całą serdeczność wylać trzeba. Mama mnie często całuje i mówi: bądź spokojna i wesoła, dziecino..., a ja ściskam jej dłonie poczciwe, pocałunkami je okrywam, poprawę przyrzekam i znowuż smutna jestem jak przedtym.

· · · · · · · · · · · · · ·

Powiada mi mama, że są na świecie ludzie biedni, ubodzy, nędzarze, którzy chleba dla dzieci zgłodniałych nie mają, którzy mieszkają w wilgotnych piwnicach, na garści słomy przegniłej... Jest to okropna prawda! Raz, kiedy byłam bardzo smutna, kiedy owa czarna przepaść stała mi przed oczami, mama moja poczciwa przyszła do mnie, pocałowała w czoło i rzekła: — pojedź ze mną, dziecko, zobaczysz ludzi smutnych i nieszczęśliwych, zobaczysz na jawie, oczami własnemi czarną otchłań nędzy i rozpaczy. — Pojechałyśmy. Powóz toczył się po jakichś uliczkach fatalnych, znać było, że jesteśmy w dzielnicy ubóstwa. Mama zatrzymać się stangretowi kazała przed jakimś brudnym domem. Po schodkach zabłoconych, ciemnych, weszłyśmy do suteryny dusznej, wilgotnej i tam ujrzałyśmy leżącą na tapczanie kobietę, z dwojgiem dzieci wynędzniałych, pół-nagich. W drugim kącie chory jakiś człowiek, z zarośniętą twarzą, wystającemi policzkami, z oczami patrzącemi strasznie, szarpał brudną koszulę na wyschłej piersi i rękoma znaki jakieś dawał. Uczułam, że mi się serce ściska... wybuchnęłam płaczem... konwulsyjnym ruchem zerwałam z siebie zegarek, broszkę i pierścionki i rzuciłam je na kolana chorej; mama nie broniła mi tego. Poczciwa, zawołała stróżkę, dała jej pieniędzy, kazała kupić węgli, chleba i mięsa i posłać po doktora. Odeszłyśmy aż wtenczas, gdy się już ogień palił w piecu, gdy małe dwa dzieciaki z chciwością zatopiły zęby w świeżych bułkach.
Mama nic nie mówiła do mnie, tylko, gdyśmy wróciły już do domu, gdy ja wieczorem w zwykłe zamyślenie wpadłam, zbliżyła się do mnie pocichutku, pocałowała w czoło i rzekła:
— Wszak prawda, duszko, jacy nieszczęśliwi są tamci?...
Więcej nic mama nie rzekła, ale ja zrozumiałam całą doniosłość tej prostej a wymownej nauki, wiem, co mama chciała powiedzieć.
I rzeczywiście, Bóg dobry dał mi los godzien zazdrości. Od dzieciństwa samego stąpałam po różach. Jedyne dziecko rodziców, wypieszczone, ukochane, miałam i mam wszystko, czego mogę zapragnąć. Nie żałują mi niczego, troskliwie rozwijali mój umysł, uczyli mnie, wozili po najpiękniejszych krajach, pokazywali wszystko, co może być godnym widzenia. Ja nie jestem niewdzięczna, ja ich serdecznie kocham, jabym życie za nich oddała.
A jednak nieraz krwawię im serce moim smutkiem. — Dlaczego? dlaczego? pytam nieraz sama siebie i odpowiedzi znaleźć nie mogę. Zresztą, czyż to ja jedna smutna jestem?... Kiedyśmy raz byli na majówce, w lesie, widziałam mnóstwo drobnych ptasząt śpiewających wesoło... jedna tylko jakaś szara ptaszyna usiadła na zeschłej gałęzi dębu i śpiewała bardzo smutnie... Dlaczego? któż to odgadnąć może?

· · · · · · · · · · · · · ·

W kilka miesięcy później, drobna, biała rączka znowuż posuwała się po papierze:
«Gdzieżeście smutki moje, gdzieżeście? A... pierzchnęłyście daleko, jak czarne kruki spłoszone, jak nietoperze brzydkie... zniknęłyście, niema was!
Śni mi się czasem owa przepaść czarna, śniła mi się wczoraj nawet, ale jakże inaczej! Już nie pokrwawiłam sobie ręki o ciernie, nie staczałam się z martwym głazem, bo oto gdy się przepaść rozwarła przede mną, pochwyciły mnie wpół dwie ręce silne i krzepkie, i zaniosły napowrót na aksamitne łąki, do gajów różanych. Szłam z nim razem uśmiechnięta, wesoła, szczęśliwa — przyświecało nam słońce, śpiewały ptaszki, i zagłuszały głos tej szarej, malutkiej, która zawsze śpiewa żałośnie.
I ja teraz śpiewam, i ja się śmieję. Życie nowe, nieznane otwiera się przede mną w rozkosznej, czarującej perspektywie. Ja kocham, kocham duszą całą i jestem kochana, jak nikt na ziemi. Jakie on ma oczy wymowne, jakie myśli szlachetne, kiedy mówi co, to ożywia się, zapala, a ja słucham słów jego, jak najpiękniejszej melodji... Ja kocham go, tak, kocham! On dla mnie życiem, światłem i światem, on mi wszystkim na ziemi. I rodzice moi poczciwi pokochali go także. Za kilka miesięcy urządzą nam cichy dworek wiejski i tam, zdaleka od miasta i od gwaru żyć będziemy jak para gołębi. Ale ja mateczkę moją zabiorę z sobą także i ojciec odwiedzać nas musi. Nie chcę być egoistką, nie chcę sama tylko cieszyć się z moim Leonem.
Wyjedziemy na wieś, nawet doktór powiada, że to dla mnie będzie daleko lepiej — nasz stary doktór domowy. Ale, a propos doktora, zastanawiają mnie jego częste wizyty. Czyby zakochał się we mnie, że odwiedza mnie codzień i wmawia w mamę, że ja jestem chora?
O znawcy! znawcy! o ludzie niby to uczeni! powiadacie, żem chora, a ja w sobie czuję tyle energji, tyle siły, żebym, jak małe dziecko, motyle po całych dniach goniła... dajcie mi skrzydła, a z jaskółkami ścigać się będę, a zajrzyjcie w me serce... przelękniecie się, tyle tam chęci do życia, tyle najpiękniejszych nadziei...
Żem osłabiona trochę — to przejdzie.

· · · · · · · · · · · · · ·

Jak oni mnie kochają, rodzice moi najdrożsi, aż do przesady prawie, do śmieszności! Chodzą na palcach, żeby mnie hałas nie draźnił, wyłożyli mój pokój miękkim dywanem, w oknach poustawiali kwiaty, koniecznie chcą ze mnie zrobić jakąś pustelnicę leśną; lecz ponieważ to zima, a w lasach podobno śniegu masa, więc mój pokoik zamienili na las. W dużych wazonach stoją młode świerki i sosenki, balsamiczny ich zapach przepełnia powietrze. Leon przynosi w doniczkach najpiękniejsze fijołki parmeńskie i ustawia je wszędzie...
Obchodzą się ze mną jak z chorym, grymaśnym dzieckiem. Stary doktór przyprowadza z sobą codzień jakiegoś swego kolegę i obydwa zanudzają mnie pytaniami.
Prosiłam już ojczulka, żeby ich nie przyjmował. Niepotrzebni mi oni, nie znają się na niczym — osłabienie moje i niemoc przeminą same, zresztą zaś nic mi nie dolega, nic nie boli.
Poczciwy Leon przychodzi codzień popołudniu, ja oczekuję go jak królowa, w wysokim fotelu, miękkim, wygodnym, ubrana zazwyczaj biało, z bukiecikiem fijołków u gorsu. Warkocze puszczam swobodnie — bo on je tak lubi; czasem, sądząc, że ja tego nie widzę, bierze je do ręki i pocałunkami okrywa. Kryje się z tą pieszczotą, sądząc, że rozgniewałabym się może. Dziwny chłopak, on nie wie, że ja naumyślnie oczy przymykam. Ja siedzę, jak królowa, w fotelu, on na małym stołeczku, jak mój paź — i czytuje mi książki — poezje przeważnie. Słowackiego wiersze brzmią w jego ustach jak najrozkoszniejsza muzyka, jego głos metaliczny, pełny, dodaje im wdzięku i uroku. Gdy Leon mi czyta, ja się upajam harmonją... głos jego mnie czaruje, jak głos syreny. Czasem płacę mu za Słowackiego Szopenem. Leon podaje mi rękę, prowadzi do fortepjanu i słucha gry mej zadumany. Zawsze jednak jestem mu dłużną — bo on kilka godzin czyta bez wytchnienia, a ja dłużej nad kwadrans grać nie mogę. Palce mi wychudły, zeszczuplałam, czuję brak sił.
To ci niegodziwi doktorzy swemi szkaradnemi lekarstwami zrujnowali mi zdrowie.

· · · · · · · · · · · · · ·

Znowu przykre sny zaczynają powracać, znowuż bywa mi smutno...
Nieraz na moim czole zbierają się chmurki, jestem niekiedy przykra i niecierpliwa. Raz nawet powiedziałam Leonowi, że jest nieznośny. Sądziłam, że się obrazi, ale on, poczciwy, przeprosił mnie jeszcze, po rękach całował. Złote serce ma ten chłopak, a w jego obejściu się ze mną tyle jest łagodności, tyle dobroci szlachetnej... I ojczulek i matka także mnie serdecznie kochają, tylko dziwię się, dlaczego oni tacy smutni wszyscy? Czy to już takie prawo, żeby zawsze ktoś smutny był w domu? Jak oni byli weseli, to ja się smuciłam — teraz, jak mnie weselej, to oni posmutnieli znowuż. Dziwna i nieustanna plątanina łez i uśmiechów... Powiadają poeci, że życie z tych czynników się składa i, że dla tych kontrastów właśnie jest takie piękne. Prawda, że róża przy cierniu więcej wdzięku nabiera, pogoda po burzy milsza...
Ciężko mi jakoś dziś pisać... Gdyby Bóg dobry, który tyle dobrodziejstw zesłał na mnie, tyloma darami obsypał, dał mi jeszcze do tego odrobinkę... maleńką odrobinkę siły, tak przynajmniej, żebym ze swego fotelu do fortepjanu bez pomocy mateczki, lub Leona przejść mogła, tobym podziękowała Mu gorącą, serdeczną modlitwą... Zagrałabym «Ave Maria» lub «Stabat Mater» tak pobożnie, tak rzewnie, żeby każdy ton był łzą, każdy akord westchnieniem... Lecz czemuż ja bluźnię?... Czyż szczodrobliwość Boża nie zesłała mi tyle darów w tym życiu?...
Śmiałam się z doktorów — ale niestety, oni mieli słuszność — ja istotnie cierpiącą się czuję.

· · · · · · · · · · · · · ·

Dziś jest 3 lutego, dziś miałam uroczyście przed ołtarzem zaprzysiąc Leonowi miłość moją. Poczciwa mateczka kazała mi zrobić prześliczną białą sukienkę, dziś miałam przykryć głowę wiankiem z kwiatów pomarańczowych...
Niestety, nie pozwolono mi do kościoła pojechać, odłożono nasze wesele.
Rozpłakałam się serdecznie, ale dobrzy moi rodzice otarli mi łzy pocałunkami, a mój Leonek kochany uklęknął przede mną, ujął za obie ręce i mówił długo, długo, serdecznie. Upajałam się dźwiękiem jego wyrazów, słuchałam w zachwyceniu, patrząc mu w oczy... Mówił mi, że niedługo już na wiosnę, gdy się drzewa zazielenią, gdy słowik śpiewać zacznie i gdy konwalje białe zakwitną, wiosna przyniesie mi odrobinę zdrowia i siły... młodziutkie słońce przygrzeje i wywoła na bladą twarz moją dawno niewidziane rumieńce — wtenczas pojedziemy do naszego ustronia, na wieś, do cichego dworku, powyrzucamy za okno wszystkie flaszki apteczne, a będziemy wzmacniali piersi świeżym powietrzem pól i lasów, będziemy oddychali aromatem ziół, będziemy chodzili na odległe spacery.
Uśmiechnęłam się do niego, objęłam jego piękną głowę rękami i, na szerokim, myślącym jego czole złożyłam pierwszy pocałunek. Zdawało mi się, że dwie gorące łzy stoczyły się z powiek Leona.
Czemuż on płakał — przecież gdy konwalje zakwitną...
O kwitnijcież, kwitnijcie prędzej, drobne, śnieżne kwiateczki! Ukażcież się prędzej w czarnych borach, wynijdźcie co rychlej z pod topniejącego śniegu i zajaśnijcie białe, niewinne, wonne... jak zwiastuny nowego życia, szczęścia i miłości...
Kwitnijcie drobne kwiatki, kwitnijcie...
Tyle z dziennika.

· · · · · · · · · · · · · ·

Gdy konwalje zakwitły, mała rączka nie posuwała się już po welinowych kartkach pamiętnika, nie notowała myśli i marzeń biednej chorej.
Zmarła przedwcześnie, jak kwiat kosą podcięty, dziewczyna przestała cierpieć, zamknęła piękne oczy na zawsze...
Na powązkowskim cmentarzu, wpośród kasztanów kwitnących, wzniósł się bogaty pomnik marmurowy. Anioł śmierci schylał zgaszoną pochodnię, złocony napis uwiecznił boleść rodziców.
Wymowniejszemi jednak nad wszelkie napisy, były gorzkie łzy matki, która prawie codzień przychodziła na grób swej jedynaczki, a ile razy przyszła modlić się i płakać, tyle razy znajdowała na grobie świeży bukiecik kwitnących konwalji, które kochająca jakaś ręka codziennie składała.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.