Strona:Klemens Junosza - Obrazki z natury - W powodzi kwiatów, Gdy konwalje.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Un tu pewnie dziś na wieczór przyjedzie, prosto od samego Warszawy.
— Z Warszawy?! nie może być.
— Akuratnie z Warszawy, ja tam u niego byłem. Aj waj! co jest tam tych doktorów w Warszawie! w jedne stancje to ich mieszkało razem siedem!
— Więc to młody? prosto z akademji!
— Aj waj! żeby to ja taki młody był do samej śmierci, jak un młody jest i grzeczny — aj waj! jaki un grzeczny — całkiem delikatny człowiek, choć jego do bolące miejsca przykładać; tylko czy un z akademji jest, to ja nie wiem, un coś wspominał, że jest od Ryczywoła, bo tam gdzieś jego ojciec trzyma sobie dzierżawę.
— A przystojny?
— Bardzo przystojny! pociągłowaty jest na gębie, ma włosy czarne jak smoła, i kawałek takich maluśkich wąsików, co się jemu dopiero niedawno zrobiło kiele nos; a na nos, to un sobie niesie dwa szkiełka, bardzo porządne, w mosiężnej oprawie, z czarną nitką. Cały alegant! Jak jego tutejsze panienków będzie obaczyć, aj waj! to un będzie do nich miał szczęście! Żebym ja takie szczęście