Strona:Klemens Junosza - Obrazki z natury - W powodzi kwiatów, Gdy konwalje.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Dlaczego?
— Jak pani prezydentowe chce? Nasze żydki choć po parę groszy jemu dawali; kiepsko dawali, ale zawdy to było pieniądzów, a państwo to jemu dawali kwiatów; czy, z przeproszeniem wielmożne panie, un krowa był, żeby miał ziele jeść? Un wąchał tych kwiatów, a jak się dowąchał, co tam więcej nic niema, to ucieknął napowrót do Warszawy.
Wyrecytowawszy tę tyradę, Icek skłonił się i wyszedł, pani prezydentowa zaś zamyśliła się smutnie, a później długo, długo rozmawiała z córkami.
Nazajutrz we wszystkich ogródkach w X. nad X. powyrywano kwiaty i powyrzucano je za płoty, zaś do dziś dnia jeszcze pani Bajla płacze, że na paciorki i włóczki niema żadnego popytu.
Młody lekarz osiedlił się w sąsiedniej gubernji, nauczył się upominać o swą należność i, kwiatów nie przyjmuje zupełnie. Ożenił się z panną dość brzydką i jeszcze więcej złośliwą, wziął za nią ładny posag i dziś liczy się do najzamożniejszych ludzi w okolicy. Dobrze