Insurekcya/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Insurekcya
Pochodzenie Rok 1794
Data wydania 1925
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IV.

Pora była jeszcze wczesna, na świtaniu; na wschodzie rozpalały się pierwsze zorze, a nizkie niebo zaczynało się podnosić i przecierać z ciemności. Szare mgły pokrywały ziemię jakoby wzburzonemi wodami, z których tu i owdzie wytryskiwały samotne drzewa, łysiny skalistych wzgórz i czarne lasy, pnące się na wyniosłości. Niezmierny spokój rozpościerał się nad światem. Oszroniałe gąszcze, jakoby z perłowej masy uczynione, stały zdrętwiałe, bez ruchu. Powietrze było stężałe, rzeźwe i bardzo słuchliwe. Nie przepadał szmer, choćby najlichszy. Bełkotały, niewiadomo gdzie, jakieś strumyki. Z dolin, od wsiów, zatopionych we mgłach, dochodziły piania kogutów i niespokojne naszczekiwania. A gdzieś z południowej strony, jeno daleko, daleko, zadrgały głucho i trwożliwie jakby bicia dzwonów, i brzask pożarów zatlił się w mrokach krwawemi zarzewiami. Zdawały się tam pomnażać czarne chmury skłębionych dymów. Gasło to jednak w świtaniach i ściekało. Natomiast skowronki coraz liczniej śpiewały nad ziemią. Kroki pikiet, brodzących we mgłach, biły akuratnie i miarowo, jak wahadła zegarów. Niekiedy zagrzmiał tętent przelatujących podjazdów. Czasem zatargał krzyk straży, żądających hasła, i twardy zgrzyt odwodzonego kurka! Czuwano wszędzie żarliwie i nieustannie.
Koniusza, widna nad morzem mgieł niby czarny korab, unoszący się w spienionych odmętach, zawrzała ruchem i rozbłysnęła ogniskami. Wstawał również i główny obóz, zatoczony pod górą, nad drogą do Skalbmierza, skryty pod drzewami i cały jeszcze we mgłach. Wielkie ogniska rozkwitały w szarych ćmach czerwonymi krzakami, dając niekiedy widzieć majaki oddziałów, zwierających się do wymarszu, chwiejne zarysy łbów końskich, pęki lanc z obwisłymi proporcami lub czarne gardziele harmat. Obóz zawrzał wytężonym ruchem, ale pomimo pośpiechu, z jakim zwijano namioty i upakowywano wozy, nie dojrzał bezładnej gorączkowości, bowiem wszystko odprawowywało się w wymierzonem tempie i wedle komendy. W miarę jeno przybywającego dnia wzmagał się pośpiech i głośniały końskie rżenia, skrzypy wozów, brzękania zaprzęgów, nawoływania i krótkie rozkazy.
Właśnie pod tę porę zadzwoniła gdzieś z góry sygnaturka na znak rozpoczynającej się mszy świętej. Obóz z nagła przybrał postać cichszą i bardziej skupioną. W nieprzejrzanych tumanach i brzaskach ognisk rozszeptały się pacierze jakby szmerem niezliczonych liści. Zaś po rosie spływały z Koniuszy echa śpiewań i przejmujące, dalekie grania organów. Msza odprawiła się prędko, gdyż pokrótce zaśpiewały dzwony ogromnym głosem. I jeszcze były coś rozgłaszały na wszystkie strony świata, gdy na urwistej i krętej drodze z Koniuszy pokazał się oddział kawaleryi. Pędzili na dół, ginęli oczom na skrętach, znowu migotali na białej drodze, aż zjechawszy na podgórze, przepadli w nizinnych mgłach na długą chwilę. Pokazali się dopiero za obozem, na wzgórzu znacznie wyniesionem, przy gardzieli szerokiego wąwozu.
Naczelnik się pokazał ze swoim sztabem i asystą konnych wolonterów.
Obóz ścichnął, znieruchomiał i dech przytaił. Wszystkie oczy darły się do niego przez mgławe przesłony, niby przez ogromną, zapoconą szybę.
Owo w tym momencie słońce się pokazało, ogniste płomienie trysnęły na świat, mgły nagle skłębione zaczęły bić w górę pierzastymi słupami, niby dymy z niezliczonych kadzielnic.
Wielka chorągiew dźwignęła się przy Naczelniku i zagrała trąbka.
W odzewie wszystkie tarabany na raz zabiły, suchy grochot posypał się prędko, mocno, nakazująco i wraz zadudniła ziemia pod krokami tysięcy.
Armia ruszyła w pochód.
Wynurzali się z pod góry, z mgieł rzednących i leśnych mroków, jakoby z wnętrza samej Koniuszy, owi bajeczni rycerze, śpiący tam od prawieka, którzy gdy pora nadeszła i trąby zagrały, powstali na krwawe boje, na zbawienie ojczyzny.
Zagrzmiała ziemia pod kopytami, zalśniły lance i powiał szum proporców biało-zielonych. Ukazała się straż przednia, oddział wyborowej kawaleryi, uformowanej z poszczególnych szwadronów Madalińskiego, Mangeta, Biernackiego i Wirtenberga. Wiódł ich major Różniecki na ścigłym siwoszu, czwaniąc nim przeróżne obroty. Konie mieli rosłe, suche, zwrotne i o krwie gorącej. Siedział na nich lud dorodny, zarówno towarzysze, jak i pocztowi. Z pod wysokich, czarnych czap, przepasanych na skos białemi sznurami i zdobnych w białe kity, widniały twarze ogorzałe, nastroszone, konopiaste wąsiska, oczy niebieskie, a miny srogie. Pierwsze szły szwadrony Madalińskiego pod porucznikiem Zborowskim. Chłopy drapieżnym orłom podobne, ci to właśnie pierwsi podnieśli chorągiew insurekcyi; sam żołnierz wyborowy i w ogniu wypróbowany. Porwali się z Różan i Ostrołęki, wymówili posłuszeństwo królowi i hetmanom, a zawróceni z pod Warszawy racyami polityki, poszli na przebój ziemiami króla pruskiego, wycinając mu garnizony, rozbijając oddziały, łapiąc kasy i obalając graniczne słupy. Znaczyli swój pochód trupami knechtów i paleniem pruskich urzędów, rozsiewając blady stracili sięgający aż Berlina! Jechali czwórkami, każdy szwadron z osobna i ze swoimi oficyerami na czele, z karabinami na plecach, z długiemi lancami u prawego biodra, pochyleni nieco naprzód, spokojni a uważni. Sprezentowali broń przed Naczelnikiem i gdy padła komenda, porwali się z miejsca galopem, aż zaterkotały proporce, oficyerskie białe płaszcze wzdęły się na kształt skrzydeł i linia czerwonych pantalionów z białymi lampasami zamigotała rozwianą wstęgą.
Za nimi, w przepisanym odstępie, wyłaniały się głębokie szeregi piechoty.
Dwa prawie kompletne bataliony regimentu Wodzickicgo. Żołnierz rosły, barczysty, dobrany wzrostem i zgoła w nowym moderunku: granatowe kurty z różowymi rabatami i takież pantalony, obcisłe z lampasami. Na głowach wysokie, czarne kołpaki z wąskimi daszkami, nad którymi trójkątna, wysoka mosiężna blacha z orłem, czyniąca z kołpaka podobieństwo biskupiej infuły; denko czerwone i strojnie zakrzywione niebieskie pióro; skórzana podpinka pod brodą; białe flintpasy, ledewerki, czarne z białymi orłami patrontasze, cielęce tornistry przy boku, płaska blaszana flasza u pasa i karabin z nasadzonym bagnetem na ramieniu. Oto była postać tych walecznych żołnierzów. Przed pierwszym batalionem jechał na karoszu major Lukke, a drugim dowodził major Kalk.
Maszerowali w przepisanym porządku, ściśniętym frontem, z doboszami w odstępach między kompaniami i młodszemi oficyerami na bokach. Przeszło tysiąc doborowego żołnierza; ława serc mężnych i oddanych ojczyźnie. Mimo drożnego marszu przeciągali przed Naczelnikiem wyciągnięci i sprężeni, jak na defiladzie, rypiąc nogami, aż się otwierało błoto. Krok przytem trzymali tak akuratnie mierzony, że las bagnetów dawał pozór stalowej, równej szczotki.
Naczelnik, pochylając się z konia, obejmował ich zadowolonem spojrzeniem, znajdując ich w wyśmienitej kondycyi, o czem był nawet mówił do stojących pobok: Zajączka, Madalińskiego, Mangeta i Fiszera.
Potem zazieleniła się niby łan kompania artyleryi Deybla: dwanaście armat różnego wagomiaru, cugi dobrane do maści, czarne i w czarnych zaprzęgach. Za każdą półbateryą jaszcze amunicyjne i porządkowe wozy, zielono pomalowane. Konnowody w czerwonych, wysokich rogatywkach z białemi kitami na przodkowych koniach. Kanonierzy w zielonych kurtach z czarnemi obszlegami, przy szablach, w stożkowych kapeluszach z podwiniętem rondem i roztrzępionemi, białemi piórami, maszerowali z prawej strony, zaś bombardyerzy z wyciorami na ramionach i amunicyjnemi torbami, przewieszonemi przez plecy, jak czasu marszu w blizkości nieprzyjaciela, trzymali krok tuż za armatami. Baterye przesuwały się powoli, miejscami nawet utykając, gdyż wozy, jaszcze i lawety zarzynały się w błocie aż po osie. Nieraz wypadało doprzęgać zapasowe cugi, a całą kompanię ruszać do pomocy. Rwały się zaprzęgi, przez co i czasu niemało zmitrężono.
Rudawe, długie cielska harmat, toczące się na niskich łożach, dawały podobieństwo straszliwych krokodylów, jakoby gotowych do skoku. Czekało się, rychło-li te potwory zaryczą i buchną ogniem i żelazem.
Dowodził niemi kapitan Laskowski.
Naczelnik lustrował działa ze szczególniejszą uwagą, bowiem na tej broni zwykł był zakładać wielkie nadzieje. Cóż, kiedy ich kwota była w proporcyi potrzeb nikczemna!
Nowy grochot bębnów i głuche bicia kroków odwróciły jego zatroskane oczy.
Nadchodził batalion III-go regimentu imienia Czapskiego pod kapitanem Waligórskim; ludzi pół tysiąca, różniących się jeno żółtymi rabatami i kapeluszami.
Po nim następował VI-go regimentu, Ożarowskiego, batalion drugi pod starym pułkownikiem Szyrerem. Batalion wiódł ze sobą dwa działa trzyfuntowe.
Zaczem znowu pokazała się kawalerya długą kolumną zbrojnych mężów i koni wesoło parskających. Czoło kolumny sprezentowawszy broń przed Naczelnikiem, ruszyło truchtem. Łoskot bębnów i tętent koni dawał podobieństwo przelatującej burzy. Przemknęło ośm szwadronów Madalińskiego, główna siła jego brygady, wyprowadzonej niespełna miesiąc temu aż hen z nad Narwi. Znać było na nich trudy gwałtownych pochodów i nieustannych przerąbywań się wskróś nieprzyjacielskich zasieków. Właśnie o tej porze, gdy już były mgły opadły i słońce zaświeciło im w oczy, łacno dojrzał ich wymizerowanie. Wielu miało jeszcze głowy w zakrwawionych szmatach i na twarzach ledwie podgojone plejzery. Moderunek też pokazował się zszarzany i obdarty, zaś wychudzone, poszerszeniałe konie jeno grały żebrami. Przeciągali jednak miniasto, buńczucznie i z nieosłabłą ochotą na nowe trudy, boje i rany...
Za nimi przejechało również ośm szwadronów z brygady Walewskiego; tych brygadyer Manget osadził na miejscu, że dziw konie nie zaryły nozdrzami w błocie, zasalutował Naczelnikowi i ruszył na czele swojej brygady naprzód.
Ledwie zady ostatniego szwadronu zginęły w wąwozie, kiedy cała droga od Koniuszy zabieliła się, jakby śnieżną nawałą i tysiącznymi migoty.
Następowała potężna kolumna kosynierów. Prowadził ją Kczewski, bywszy pułkownik regimentu Czapskiego, wraz ze Ślaskim i adjutantami.
Chłopi pokazali się w zwartych szeregach, niby młody, brzozowy gaj, jednako śmiali, gibcy i biali. Pokrywała ich niby ruchoma fala maków rozkwitłych, nad którą gęsto chwiały się sine, połyskliwe kłosy pik, kos i bagnetów. Walili mocno, prędko i niefrasobliwie, jakby na procesyą. Już tu i owdzie pękały szeregi, łamały się linie i gubili krok, a na widok Naczelnika zapomnieli o wszelkiej subordynacyi, bowiem naraz tysiące czerwonych krakusek wyleciało w powietrze i wybuchnął ogromny, niebotyczny krzyk.
— Niech żyje Naczelnik! Niech żyje nasz ociec! — I wraz jęli czynić pokłony chorągwiami. Szczęściem następujące tuż piechoty tak potężnie na nich napierały przymuszając do pośpiechu, że przeszkodziły rozsypce całej kolumny, wielu już bowiem darło się na wzgórek do stóp Naczelnika.
— Podwójny krok! Marsz! Marsz! Biegiem! — grzmiał zgniewany Kaczanowski do swoich żołnierzów, następujących na pięty kosynierom. I sprawił, co był chciał, nie dopuszczając większego rozprzężenia. Prowadził bowiem cztery kompanie wyborowej piechoty: dwie z regimentu Czapskiego i dwie — Ożarowskiego. Kościuszko powierzył mu asekuracyę kosynierów. Funkcya była ważna i dowód niemałej wiary w jego zdatność ale chociaż komendę przyjął, sprawował ją nie nazbyt usatysfakcyonowany. Właśnie w tej materyi był się zwierzał Zarębie, obok jadącemu.
Po nich już tylko ciągnęły tabory pod osłoną żołnierzy municypalnych Krakowa.
Naczelnik, przepuściwszy ostatnie szeregi, wjechał na dość wyniosłe zbocze wąwozu i podniósłszy do oczów perspektywę, przeglądał maszerującą armię. Pokazowała mu się garścią znikomą, ledwie się znaczącą w przestrzeniach. Chmurniał, nie odpowiadając na jakieś słowa Zajączka, jakby jeszcze raz obliczał te skąpe siły do proporcyi wrogów, przeciwko którym wyruszały: sześciotysięczny korpus, powstający zuchwale na wszystką potęgę imperatorowej i króla pruskiego!
Zali to nie szaleństwo?
Spiął konia ostrogą i wymijając żołnierzów, patrzał im w twarze.
Każdy starczył na dziesięciu! Mówiły mu to spojrzenia, pełne męstwa i bezgranicznej miłości ojczyzny. Każdy da głowę z uniesieniem! I położyć ją musi!
Dumał, podnosząc wzrok na orły szamocące się na chorągwiach: Padniemy wszyscy, lecz krzyk ginących obudzi sumienie powszechności. A skoro raz ocknie się Rzeczpospolita, walczyć musi aż do zwycięstwa!
Skręcił nieco na stronę i polami pospieszał na czoło armii, okryty jakby chmurą, oddziałem wolonterów, cwałujących za nim.
Zasię wojska, mitrężąc sporą kwotę czasu z racyi ciężkich dróg i utykania w błocie artyleryi, maszerowały rozciągniętą kolumną, wyginającą się po sfalowanych polach wstęgą rozmigotaną barwami tęczy. Powiewały nad nią proporce i lśniły lasy bagnetów. Czasem zagrała trąbka, zawarczały bębny lub rozdzwoniły się na kamieniach kopyta szwadronów. Świeciło blade słońce, skowronki śpiewały nad głowami wszystką radością, niebo rozpinało się seledynową oponą i tchnienia wiosennej aury przejmowały lubością. A dokoła roztaczał się kraj cudny, wysoki, dziwnie pofałdowany, pełen niespodzianych rozpadlin, długich grzbietów, wązkich dolin, bełkocących wezbranymi potokami, głębokich, mrocznych wąwozów, rodzajnych pól, wiosek, rozłożonych u stóp wzgórz, dzikich pustek, zielonych łąk, czarnych lasów, stawów podobnych do modrych oczów, pogubionych w nizinach, i szarych skał, występujących z ziemi, niby pięście gniewnie grożące. Kraj cudny, ale mało sposobny do obrotów większemi masami wojsk i niebezpieczny, gdyż na każdym kroku zjawiały się przeszkody, tamujące poruszenia i mogły czyhać zasadzki. Armia z tej przyczyny posuwała się zwolna i z niezmierną ostrożnością, prawie z palcami na kurkach karabinów. Konne i piesze patrole nieustannie brodziły dokoła z uwagą, przetrząsając najbliższą okolicę, zaś na dłuższych odpoczynkach wojsko przybierało postać wyczekującego napadu wroga. Nie wypuszczano z garści karabinów.
— Jaka nakazana dyrekcya? — zagadał Kaczanowski Zaręby.
— Oczywiście na Skalbmierz; gdzie dalej pomaszerujemy, ani sobie imaginuję.
— A ja wiem jedno: że od Warszawy nadciąga Tormasow, od Wschodu czai się tu gdzieś Denisow, od Lublina pospiesza Rachmanow; i Łykoszyn także musi być niedaleko, że idziemy jakoby w nastawiony sak, w który jeśli pozwolimy się wpędzić, to i całej garści kłaków z nas nie pozostanie. Wyszliśmy, aby ich pobić! Szukajże wiatru w polu! Paskudna okolica, na staje nie odkryjesz przyczajonego wroga. Górki, gaiki, białe chatki, strumyki; brakuje tej sielance pasterza z piszczałką i owieczek z błękitnemi szarfami, a byłoby jak na teatrum! — drwił, klnąc naprzemian.
— Masz Podpułkownik humory, jak po occie siedmiu złodziejów! A może jaka kontuzya?
— Sam nie wiem, co mnie do pasyi przyprowadza. Chyba blizkość bitwy, którą czuję w powietrzu! A może Waść podejrzewa, że mnie tak ekscytuje dowództwo nad kosynierami Kczewskiego? Kawalerski parol, nie pragnąłem tego honoru, i sam na tę szarżę doradzałem tego starego kpa. Ślaski z polecenia Naczelnika indagował mnie w tej materyi. Wolałem dostać w asekuracyę tych nowych obywatelów. Ho! ho! niech no mi się zachwieją w ogniu, dam ja im bobu! Mniemam, jako na taką okazyę długo czekał nie będę. Zobaczysz, jak będą brali nogi za pas!
Zaręba zbył ten przedmiot milczeniem, szło mu o nierównie ważniejszą sprawę.
— Czy istotnie Moskale nadciągają i z tylu stron?
— Prawda, i rachują ich na kilka tysięcy. Naczelnik miał pewnie wiadomości, a nie dopuszczając, aby nas przydybali w Krakowie i może wygnietli, postanowił wystąpić naprzeciw. Nie mały to azard ruszać z taką garścią!
— Od tego wystąpienia zależy powodzenie insurekcyi i przyszłość Rzeczpospolitej.
— Jakby Waść słyszał, że takie same racye podawał Naczelnik. Zadanie nasze bardzo ciężkie: trzeba nam nie dopuścić połączenia się nieprzyjaciół, rozerwać sieć, jaką nas chcą ułowić, i maszerować na Warszawę. Tom słyszał w nocy na naradzie w Koniuszy. Tylko Zajączek się temu przeciwił. Nie lubię rudego pyska tej wielmożności. Zawsze stawia veto i wściekły, jeśli nie postawi na swojem. Większy to ambit, niźli zdatność. A przytem przybiera pozór srogiego Jakobina, żeby łacniej przycinać każdej zasłudze i cnocie! — mówił z nietajoną niechęcią.
— Trudno o bardziej utrafiony konterfekt. Cóż to za wsie przed nami?
— Pierwsza nad drogą Imbramowice, zaś tamta za nią, nieco na prawo, Gruszów — objaśniał, zaglądając do marszruty — tam właśnie mamy wyznaczony dłuższy odpoczynek. Piechota już nawet sięga opłotków. Naturalnie, do chałup się nie dociśniemy, przyjdzie nam rozkładać się na błocie. Żeby nas tylko nie ugościł jaki rzęsisty deszczyk! — szepnął, wskazując na długą, szarą chmurę, zaciągającą słońce.
Naraz, w Imbramowicach, czy też gdzie za nią, zatrzeszczały karabinowe wystrzały, zrazu pojedyńcze, rozsypane i bezładne, a po chwili już regularnemi salwami.
— Baczność! Formuj się w kolumnę ściśniętą! Kolumna przez lewo w tył zwrot! — zakrzyczał Kaczanowski, bowiem już cała armia drgnęła gwałtownie wstecznym ruchem. Bębny biły krótkim, groźnym werblem. Zagrały trąbki kawaleryi. Komendy grzmiały ze spokojną mocą. Adjutanci pędzili z rozkazami, aż koniom grały wątroby. Wojska cofnąwszy się nieco, rozwijały się na polach szerokim frontem przed Imbramowicami. Piechota wzięła stanowiska z obu stron drogi, armaty zatoczono w przerwy i na boki, kawalerya stanęła na flankach, rezerwy na wskazanych sobie miejscach, zaś kosynierzy sformowani w ściśniętą kolumnę, strzeżoną na skrzydłach przez kompanię Kaczanowskiego, pozostali na drodze, jakby wrośnięci w ziemię. Tyralierskie łańcuchy czołgały się z karabinami gotowymi do ataku. Kiedy armia ustawiła się do bitwy i jakby zakrzepła w miejscach, strzały rozległy się mocniej, gęściej i bliżej. We wsiach wybuchały straszne lamenty i krzyki. Czasami dochodziły tętenty koni, wrzaski jakieś nieludzkie i głuche szczęki broni. Wrzask podniósł się niebosiężny, gdy jakaś chałupa w Gruszowie stanęła w ogniu i wystrzeliły fontanny czarnych dymów. Wojska jednak stały nieporuszone, twarze były skupione w zasłuchaniu, oczy błyszczały żywiej, serca się tłukły, niby spętane ptaki, a garście silniej ściskały kosy, lance czy karabiny.
Naczelnik raz po raz ukazował się przed frontem z trębaczem, otrębującym rozkazy.
Jakieś szwadrony, odłamujące się z flanków, wymykały się gdzieś na strony.
— Już ich docinają, ani jedna kozacka noga ujść nie powinna — powiedział Fiszer, osadzając konia przy Zarębie.
— Chwała Bogu, doda to wojskom ducha.
— Ba, nie wiadomo, czy za tym podjazdem nie następują główne siły. Na razie nic jeszcze pewnego. Trzeba czekać! — szepnął i pognał do taborów, pozostawionych dalej.
Zaległo uroczyste milczenie, jakoby w czas nabożeństwa, wojska stały z przytajonym tchem, zasłuchane w odgłosy potyczki, która zdawała się przetaczać ze strony na stronę; wieś i sady zasłaniały walczących, lecz już słyszeć się dawały coraz bliższe wrzawy, tętenty i gorączkowe, prędko następujące salwy. Wkrótce zaś na polach z prawej strony Imbramowic pokazały się konie bez jeźdźców, zbiesione, całe w pianie i pędzące na oślep. Potem kilkunastu kozaków, leżących na końskich karkach, rwało ze wszystkich sił, próbując się przemknąć pomiędzy wzgórzami a kawaleryą, stojącą na swoich stanowiskach. Szwadrony ani raczyły spojrzeć na tę czerń uciekającą w popłochu, natomiast tyralyerzy, przyczajeni w zaroślach, przywitali ich z boku rzęsistym i celnym ogniem; kilku spadło na ziemię, a reszta, snać oprzytomniona strzałami i widokiem wojsk, zawróciła w miejscu z niesłychaną sprawnością i akuratnie pod nastawione lance nadbiegających dragonów Zbrowskiego.
Na oczach wszystkiej armii zawiązała się krótka, rozpaczliwa walka. Kozacy zwartą kupą i rozpuściwszy konie, uderzyli pikami. Dragoni gruchnęli z pistoletów. Wstęga ognia i dymów przeleciała. Zamigotało kilkadziesiąt szabel, siekąc bez pardonu. Splątany wir ludzi i koni okręcał się do koła, jak kiedy wicher pochwyci kupę zwiędłych liści, zakotłuje nimi, zatarga, rozmiecie a kręci bezustannie, niby wrzecionem. Niesposób było rozeznać ludzi w tej zawierusze, zaledwie dojrzał oszalałe skręty koni i migotania szabel. Czasem złowrogo zgrzytnęły żelaza, koń wypadał z odmętu, raz po raz buchał chrapliwy, nieludzki krzyk, i raz po raz jakiś człowiek spadał pod kopyta. Wszystko odprawiało się tak błyskawicznie, że nim się dobrze przyjrzano, kozaków już nie stało; dragoni roznieśli ich na szablach, porąbali, zatratowali i na głos trąbki, nie chowając okrwawionych szabel, ruszyli z powrotem.
Chłopstwo rzuciło się łapać konie, obdzierać zabitych i zbierać rozrzuconą broń.
Wojska snuły najszczęśliwsze horoskopy z tej zwycięskiej potyczki, ale wciąż czuwały z bronią u nogi, gotowe na każdą okoliczność. Oficyerowie stali na swoich miejscach, dobosze czekali z podniesionemi pałkami, trębacze z trąbkami w rękach. Zapalone lonty dymiły cienkiemi pasmami, amunicyjne jaszcze były otwarte, paszcze armat narychtowane, kanonierzy na swoich miejscach, cugi z przódkarami również.
Czas dłużył się wszystkim niezmiernie; głód już skręcał kiszki, drętwiały nogi, ciężyła broń, niejednego morzył sen, lecz co pewien czas wstrząsał z nieruchomiałymi szeregami krótki, twardy głos komendy:
— Baczność! Stać! Baczność!
Tak przechodziła godzina za godziną. I tak przeszła reszta dnia. Słońce skryło się za wyniosłemi, lesistemi wzgórzami, cień padł na niziny i chłód wstawał z przemiękłej ziemi. Zmierzch sypał na świat szarym tumanem zimnych oparów.
W pierwszej z brzega chałupie Imbramowic odbywała się narada, badano rannych jeńców i wyczekiwano z rosnącym niepokojem powrotu rozesłanych podjazdów.
Było już zupełnie ciemno, gdy pojawił się znowu przy Zarębie Fiszer.
— Nareszcie! Już mnie dyabli bierą z wyczekiwania! — zagadał Kaczanowski.
— Rozkaz Naczelnika! — zasalutował, podając mu, długi, niezapieczętowany karteluszek.
— Nim skrzeszą ognia i przeczytam, dostanę z ciekawości pypcia na jęzorze.
— Niema sekretu, powtórzyć mogę: »Podpułkownik Kaczanowski natychmiast obsadzi swojemi kompaniami Imbramowice i weźmie pod szczególny dozór trakt do Skalbmierza. Na okoliczność pojawienia się nieprzyjaciela w ciągu nocy, zatrzymywać go ma jak najdłużej, zbada jego siły i cofać się będzie do głównych sił. W razie spokoju opuści pozycye o świcie«.
— Widzę, dyspozycye odmienione. Nie idziemy już na Skalbmierz? — ledwie wykrztusił.
— Zmieniły się okoliczności. Armia pomaszeruje akurat w przeciwną stronę.
— Przebóg, czyżby od tamtej ściany już nam zagradzali drogę!
Fiszer pochyliwszy się z siodła, szepnął im z trwożnym naciskiem:
— Mówię sub secreto: jesteśmy jakby otoczeni z trzech stron! Tylko cicho, na Boga!
— Bywało się w gorszych opałach! Zmienia to jednak postać rzeczy. Rozkaz to rozkaz, ale jakże mi odpowiadać za dobry skutek bez armat i choćby szwadronu kawaleryi?
— Zapomniałem dodać, że dwa granatniki i jedną sześciofuntówkę już prowadzi Waszmości porucznik Małachowski. I stawi się na rozkazy szwadron z brygady Mangeta!
— Cóż postanowiono względem kosynierów? — pytał Zaręba, głęboko poruszony wieściami.
— Pułkownik Kczewski już dostał rozkazy. Pozostaną przez noc na tych polach, zajmą miejsca wojsk odchodzących na nowe pozycye. Mają się tak roztasować i tyle zabrać miejsca, jakoby biwakowała wszystka armia!
— Fortel dla zamydlenia oczów! Z tego konkluduję, jako Moskale gdzieś blizko!
— Być może, jako aktualnie już patrzą na nas z tamtych gór z prawej strony i na wprost! — wskazał pogarbione i czarne linie lasów, oddalone zaledwie o parę wiorst. Jasne niebo wydawało ich stromość i rozległość. — Mości poruczniku — zwrócił się do Zaręby — Naczelnik przyzywa cię do swojego boku. Do fortunnego jutra, panie podpułkowniku! — popędzili spiesznie w stronę Imbramowic.
Kaczanowski z prawdziwą przykrością rozstawał się z Zarębą, wobec jednak wyraźnego rozkazu jeno zaklął siarczyście i przystąpił gwałtownie do wypełniania poleceń wodza. W jakąś godzinę wszystko było dokonane na godne przyjęcie wrogów i wieś, pogrążona w ciemnościach i ciszy, dawała obraz jakby wymarłej.
Równocześnie i kosynierzy rozkładali się na opuszczonych przez wojska stanowiskach. Zatoczono bardzo szerokie obozowisko. Rozbito kilkadziesiąt namiotów, a kilkaset niewielkich ognisk, rozrzuconych bezładnie i na dużej przestrzeni, buchnęło w niebo czarne, niby smołą. Rozmigotała się cała nizina, wrząca już niemałym gwarem i krętaniną. Zwłaszcza po gorącej strawie, kiedy przedzwoniły kociołki, humory jęły się podnosić i coraz swobodniej ujawniać. Wielką do tego przyczyną okazały się żołnierki, jakie były ściągnęły do obozu wraz z taborami, każdą bowiem obsiadły kupy parobków, suszących do nich zęby i po swojemu baraszkujących. Juści, dłużne nie pozostawały, że zaś gęby miały wprawne i w słowach nie przebierały, to niefrasobliwy śmiech nieustannie rozlegał się przy ogniskach. A że starszyzna niczego nie wzbraniała, więc doszło do tego, iż gdzieś w środku obozu zagrała chłopska kapela: skrzypki rżnęły od ucha, bębenek warczał i basy pobekiwały drygliwie do wtóru, że tu i owdzie prawie same nogi jęły przytupywać i jakieś zawadyackie piosneczki wylatywały, niby pobrzękiwania pasików. Obóz przybierał postać odpustowego zbiegowiska, lecz zdala mógł się istotnie wydawać obozem wielkiej armii, dufnej w swoją siłę. Nieposkromione śmiechy, śpiewy, grania i światła rozchodziły się daleko w nocnej cichości. Zwolna też i ludzie ze wsiów pobliskich: z Imbramowic, z Gruszowa, ze Smoniowic, przywabieni tym zgiełkiem, ściągali pośpiesznie całemi gromadami, jakby na dziwowisko. Stawali zrazu z daleka, nieśmieli, rozciekawieni, a nie mogący zawierzyć własnym oczom.
Jakże, toć za dnia widzieli tysiące maszerującego wojska, tysiące konnicy przewalało się drogami, poszóstne cugi ciągnęły harmaty, szły nieskończone wozy, widzieli starszyznę na wspaniałych koniach: a tu jeno pokazywały się oczom same chłopskie twarze i chłopskie ubiory! I odprawowała się zabawa, niby na jakiemś chłopskiem weselu! Ki dyabeł poprzemieniał! Przecierali sobie oczy.
— Patrzajta no ludzie! Samo chłopskie wojsko! Parobki z Rzędowic, z Żydowa, z Koniuszy i ze wszystkich okolicznych parafii! Sami nasi! — dziwowali się niepomiernie, przysuwając się coraz bliżej. Bartosz zapraszał do ognisk, a straże nie wzbraniały. I nabrawszy śmiałości, runęli całą kupą do obozowiska. I dalejże witać swojaków, obłapiać się z nimi, a cieszyć. Niejedna matka ułapiła za szyję swojego chłopaka i niejedna dziewczyna. Końca nie było uciechom, gawędom i radościom, oblewanym rzęsistemi łzami powitań.
Pułkownik Kczewski rozkazał peysanów należycie ugościć.
Do nóg mu padły starce w podziękowaniach, czem głęboko poruszony kazał im przynieść gorzałki, wysłuchując przytem długiej litanii błogosławieństw.
Godnie się też odpłaciło chłopstwo za ten przyjacielski traktament, gdyż niezadługo zjawiły się całe wozy naładowane żywnością, zaś prócz tego wiedli na postronkach spasione wieprze, wiedli cielęta i barany, nie rachując już drobiu.
— Co to znaczy? Dla kogo? — pytał zdumiony obfitością darów pułkownik.
— Melduję pokornie: dla wojska! Dla Polski! — odpowiadał prosto Bartosz.
— Żeby ordynaryjne chamstwo miało tyle czucia dla ojczyzny! Świat się przewraca do góry nogami — myślał pułkownik, nie mogąc tego wymiarkować. Schronił się pod namiotem, rozbitym zdala od gwaru, nasłuchując szemrzących borów, zali nie wydadzą jakichś zdradnych nieprzyjacielskich zamysłów. Ślaski z kapitanem Kasparim zawieruszyli się gdzieś z chłopami, więc sam był przymuszony czuwać nad bezpieczeństwem wszystkich, niby żóraw. Co pewien czas lustrował straże i przez Bartosza, warującego przy nim nieodstępnie, utrzymywał czucie z Kaczanowskim. A czas mu się przytem dziwnie przedłużał i ze wzmożonym niepokojem wyczekiwał świtania. Jeszcze do niego było daleko, zaledwie dziesiątą wydzwonił mu do ucha pektoralik. Noc też stawała się coraz ciemniejsza i od zachodu podnosił się wiatr, staczał się niekiedy ze wzgórz i ze świstem roznosił głownie ognisk.
Tymczasem główna armia, zaraz skoro się ściemniało, wziąwszy się z miejsca na lewo, ruszyła między wsie Przemęczany a Radziemice, drogą wielce błotnistą i stopniowo wznoszącą się pod górę. Wojska opuszczały swoje pozycye w największej cichości, oddział za oddziałem i nieznacznie wsiąkały w gęstniejącą noc. Zapadała taka nieprzenikniona ciemność, że na krok nic nie rozpoznał i każdą kompanię czy szwadron musiał prowadzić wytyczny w asyście chłopów, znających wszystkie okoliczne wertepy. Posuwano się też, jakby po omacku, krok za krokiem i ze ściśniętemi kolumnami. Błoto tłumiło żywsze odgłosy. Koła wozów i harmat, pookręcane słomą, zaledwie dawały znać o sobie. Nikt się nie mógł odezwać głośniej. Oficyerowie szeptem wydawali rozkazy. Wzbroniono palić lulki. A za Radziemicami, na zboczach, porytych starymi łomami wapniaka i pełnych głębokich, zalanych jam i pułapek, kawalerya poprowadziła konie za uzdy, że cały ten pochód dawał podobieństwo, jakby czarnej chmury, pełzającej niepowstrzymanie wskroś pól i wzgórz, porośniętych krzakami. Zaś te stąpania tysięcy ludzi i koni, niedojrzanych w ciemnościach, dawało impresyę, jakby plusku nieustannej ulewy czy wodospadu. Podobieństwo utwierdzał głuchy turkot jakiegoś młyna od strony Radziemic. Dopiero, kiedy poruszył się wiatr i zaszumiały lasy, nic już nie zdradzało pochodu wojsk. Tylko w ciemnościach przydrożne drzewa siekły gałęziami po twarzach, że żołnierz klął w rozdrażnieniu drogi, kamienie, noc i wszelkie zawady, zwłaszcza, iż z chwilą wymarszu, niepokój jął się wdzierać do umysłów. Nie potrafili wymiarkować, co się stało. Czemu zbaczają z drogi, wytkniętej rano, i zgoła w niewiadomym kierunku? Co znaczy ten marsz nocny, prawie ucieczka, i do tego po takich psiech wertepach? Lęk przejmował serca. I jakby na cięższą udrękę i podsycanie obaw, z opuszczonych pozycyi leciały za nimi wzmagające się wrzawy i świeciły coraz jaskrawsze łuny. Czyżby to nieprzyjaciel rozkładał się na ich dawnych stanowiskach? A może już następują? Skóra cierpła na takie przypuszczenie i niejeden mimowoli przyśpieszał kroku. Trwożne szeptania wrzały w szeregach i oczy odwracały się z utajoną obawą. A prawdy nie wiedzieli nawet oficyerowie, maszerujący wraz ze wszystkimi. Na krótkich odpoczynkach przykładano uszy do ziemi: żadnych tętentów ni oznak pogoni, ani żadnego podejrzanego głosu, nic, jeno poszumy wiatru, bełkoty jakichś rzeczułek i niekiedy rżenia końskie.
— Marsz! Marsz! — popędzały ciche rozkazy; żołnierz brał broń na ramię, prostował grzbiet i maszerował dalej, już znacznie spokojniejszy.
Mijali jakieś wsie, zacieśnione kamiennymi płotami, a strasznie błotniste; jakieś wody, ledwie siwiejące z nocy, mieli po jednej, to po drugiej stronie; jakieś orne pola sprawdzały nogi, utykające na czubatych zagonach i w głębokich brózdach. Kościół podobien wyniosłej skale zamajaczył na chwilę. Głębokie wąwozy, obrośnięte lasem, że tylko nad głowami szarzał pas nieba, zanurzały ich w ciszę i noc jeszcze czarniejszą. Czasem przeprowadzały ich drzewa wyciągnięte nad drogą, niby pikiety sprężone w powinnej postawie. Niekiedy podnosili się na obnażone grzbiety, zasiane głazami, gdzie było znacznie widniej i przestronniej, a wiatr krzyczał przeciągle w same uszy i uderzał rozkolebanemi barami.
I tak przechodziły długie, zda się, nieskończone godziny.
Sen kleił powieki, ciężyła broń, nogi się plątały i niejednemu tak się już troiło w głowie, iż byłby utknął nosem w jakim rowie i pozostał tam bez pamięci; lecz z racyi zwartych szeregów płynęli niepowstrzymanie naprzód, jak rzeka, wezbrana w ciasnem łożysku i tocząca się ciężarem masy i nabranego rozpędu.
Było już dobrze po północy, gdy armia się rozłożyła na jakiemś polu, osłoniętem lasem, zacisznem i na tyle widnem, że można było rozpoznać mrowiących się po niem ludzi. Żołnierz przysiadał, gdzie był stanął, i niewypuszczając broni, zabierał się skwapliwie do sucharów i manierek.
Pole było nieco spadziste i na samym dole, przy drodze szarzało jakieś domostwo, w którem rozkwaterowała się główna kwatera.
Zaręba, chociaż całą drogę przebył w orszaku Naczelnika i parę razy był przyzywany do jego boku, nie kwapił się wraz z drugimi do ciasnych izdebek, tak się bowiem czuł śmiertelnie przemęczony, że pozostał na dworze, koniowi popuścił popręgi, okręcił się burką i przycisnąwszy się do ściany, natychmiast zasnął. I nic go nie potrafiło rozbudzić, nawet Górski, próbujący się z nim koniecznie rozmówić. Koń, snać również znużony, położył się przy nim i tak spali obtuleni w noc i ciszę, jaka wnet ogarnęła wszystek świat. Obóz jakby zamarł. Nawet główna kwatera nie dawała znaku życia, przysłonięte okno broniło od ciekawych. I wiatr zwolna przestawał szumieć.
Czuwały jeno konne i piesze pikiety, gęsto porozstawiane.
Równo jednak z pierwszym świtem, kiedy niebo na wschodzie pobielało i wierzchoły gór wynurzały się z morzu ciemności, Naczelnik ukazał się przed kwaterą, skoczył na konia i tylko w asyście Zajączka i trębacza pomknął ku Janowiczkom. Nim straże zdążyły sprezentować broń, już go przysłoniły drzewa niedalekiego parowu.
Wraz też zabito werbla i wojska w jednej chwili porwały się na nogi.
Dzień czwartego kwietnia 1794, wypadający w piątek, ów nieśmiertelny, Racławicki dzień, podnosił się jasny, przejęty cichością i operlony rosami. Zorze rozkwitały na wschodniej stronie i w ich purpurowych brzaskach zaświergotały pierwsze skowronki. Powietrze dyszało wiosną. Rosa siwą wełną pokrywała ziemię i drzewa. Świat zwolna wyłaniał się z chaosu nocy, jakoby w czas stworzenia, i oczom tkliwym na powaby natury pokazował się w dzikiej, pierwotnej urodzie. Okolica jawiła się w szczególniejszej piękności: górzysta, przeorana parowami, strojna tu i owdzie w lasy i w zielone płachty ozimin, a patrząca siwemi oczami stawów i rozlewisk. Pod wzgórzami, w szarych mrokach świtań przebłyskiwał kręty Cieklec, srebrzystemi pasmami migotów. Dzwoniły jakieś niewidzialne ruczaje i poniki. Ale mało wielbiono te cuda, jakie był jasny dzień odsłaniał, bowiem oczy, przetarte z krótkiego snu, orały z niepokojem w mrokach i głuchych dalach.
Obóz, pogrążony jeszcze w cieniach, zawrzał zwyczajną krętaniną i codziennymi zabiegami. Żołnierz zajmował się jakby do wymarszu na paradę. Rozlegały się śmiechy, żarty i złośliwe uwagi; lecz spodem tej piany codziennych zabiegów krążyły wieści, szeptane do ucha, i jakieś słowa krakały o blizkości nieprzyjaciela, o jego ogromnych siłach i o nieuniknionej bitwie. Wiedziano tam, z czem powracają rekonesanse i w jaką stronę zmierzają nowe podjazdy, przemykające się skrajami lasów i ciemnymi jeszcze parowami. Stary żołnierz, czując wzbierające nad głową niebezpieczeństwo, tem żarliwiej opatrywał broń, zakładał świeże skałki i próbował ostrza lanc i bagnetów. Nie uszli też powszechnej uwagi pomimo oddalenia oficyerowie, wyczekujący Naczelnika przed główną kwaterą, ni ich zasępione twarze i tajemnicze narady.
Jakoż istotnie, w miarę podnoszącego się dnia, twarze ich chmurniały, zdradzając źle maskowane zgryzoty. Wielka planta, rozłożona na stole wyniesionym pod chałupę, ściągała wszystkich do siebie. Raz po raz ktoś nad nią nizko pochylony wodził palcem po liniach i znakach, a potem odwracał zatroskane oczy na okolicę, coraz jaśniej na widok występującą.
Generał Madaliński, w kudłatej burce na ramionach i w czerwonej, wysokiej konfederatce, promenował się przed domem, okrążając wielką gnojówkę, na której gdakało całe stado wystraszonych kur, przystawał niekiedy i powlókłszy oczami po szeregach formujących się na polu, ruszał dalej i coraz niecierpliwiej szarpał jasne, nastrzępione wąsy. Brygadyer Manget, coś dziwnie ponury, kołysząc się na pałąkowatych nogach, rozmawiał w drzwiach z majorem Lukką. Kapitan od artyleryi Laskowski, otoczony towarzyszami, wskazywał na plancie strome zbocza i kręte górskie drożyny i klął siarczyście. Stary pułkownik Szyrer szeptał do ucha krępemu Kapucynowi, a kwatermistrz Wasilewski, siedząc na przyzbie, gwizdał.
Wolontery, z Górskim na czele, stali na stronie przy swoich koniach.
Niepokój brzmiał w szeptach, czaił się w oczach, rył się w twarzach i szarpał sercami. Rozmawiali, a oczy mimowoli brodziły po lasach i uszy nasłuchiwały. Sytuacya bowiem przedstawiała się groźnie, a nawet wprost beznadziejnie.
Wojska zajmowały podłużne płaskowzgórze, ostro wynoszące się z południa ku północy, od zachodu zamknięte zboczami, ściętemi równo, jakby nożem; od wschodu bagnistą niziną, przerżniętą strumieniami, za którymi gwałtownie podnosiły się wzgórza, porośnięte lasami; zaś od południa leżały wysokie grzbiety Górki Kościejowskiej. Jakoby żelazna obręcz więziła armię, znajdującą się w kotlinie. Pozycya pokazywała się pułapką prawie bez wyjścia. Pogorszały jeszcze sytuacyę zwarte lasy, głębokie parowy, mokradła i strome zbocza, niezmiernie utrudniające wszelkie ruchy masami. Na północy za dziemierzyckim dworem, wynosił się bór, przerwany parowami i lasami, a łącząc się z lasami Marchocic i Racławic, wielką płachtą spływał po spadzistości do drogi, wiodącej z Dziemierzyc do Janowiczek. Na wprost tej drogi, stanowiącej oś rozłożonej armii, nad dworem Janowiczek wyrastało Zamczysko, góra podobna do olbrzymiego kopca i przenosząca wszystko swoją wysokością; od niej na prawo, niby zastygłe fale, rozchodziły się kamieniste grzbiety Górki Kościejowskiej, Wrocimowic, Lelowic górnych i będzińskie lasy, niby potężny amfiteatr, piętrzący się zwałami wzgórz i borów.
I właśnie ów amfiteatr zajmowali Moskale.
Podjazdy doniosły, że już obsadzili Marchocice, Racławice, Zamczysko, Górkę Kościejowską i Lelowice górne, czyli wszystkie wyżyny i wszystkie wyjścia.
Zagrodzili drogi od północy, od południa i od wschodu i przyczajeni po lasach na dogodnych, górujących stanowiskach, pięćkroć liczniejsi, czekali gotowi.
Jedynie wolna strona od zachodu, w razie przegranej i odwrotu, strome zbocze Smoniowic było nieprzebytą tamą i stawało się grobem.
Nie pozostawało, jak zwyciężyć lub zginąć.
Rozumiał to Madaliński i rozumieli wszyscy zebrani oficyerowie. Generał nie stracił ducha i wyszedłszy na szersze pole, przed formujące się oddziały, z perspektywą przy oczach uważnie lustrował okolice, a zwłaszcza płaszczyzny, nadające się do działań kawaleryi. Fiszer z konotatką w ręku nazywał każdą miejscowość i objaśniał. Madaliński długo medytował nad położeniem, ale powróciwszy, rzekł:
— Tak czy owak, a z tej dyabelskiej matni wyrąbać się musimy!
— I wyrąbiemy się, panie generale! — wraz odpowiedzieli w najgłębszem przekonaniu.
Szczególniejsza zaszła przemiana we wszystkich; bo o ile z początku dręczyły ich niepokoje, obawy i wszystko jawiło się w najposępniejszych farbach, to obecnie, gdy każdy już zważył całą grozę położenia i zajrzawszy śmierci w oczy, własnej duszy się spowiadał, nabierali cale innego animuszu. Prostowały się hardo postacie i spojrzenia skrzyły się ogniem dumy i pewności. Jakby właśnie w tę porę wschodzące słońce rozpalało w nich radość i dziką moc męstwa. I ani kto mógłby imaginować okoliczność klęski! Lwie serca biły zgodnie jedną wiarą i pewnością.
Wróg zapędził ich w matnię! Wyrąbiemy się! — wołali z żelazną determinacyą.
Wróg pięćkroć silniejszy, ma potężną artyleryę, zajął górujące stanowiska, może atakować odrazu z trzech stron. Zali kępa trzcin oprze się huraganowi?
— Niechaj uderza! Czekamy! Tem chwalebniejsze będzie zwycięstwo i większy tryumf — odpowiadały wszystkie czucia zestrzelone w jedno pragnienie i w jedną pewność.
Kwestya była rozstrzygnięta, że poniechano tej materyi. Rozmowy potoczyły się o innych sprawach, dopomagał do tego żarliwie Fiszer swoimi żartami, wesołą twarzą i niefrasobliwym śmiechem. Miał zawsze jakąś facecyę do opowiedzenia.
— Baczność, Biegański ucieka z jakimś skarbem! — zwrócił uwagę na adjutanta, który z ogromnym garem w rękach wyszedł z poza węgła chałupy i siadł na przyzbie.
— Ktoby sięgnął po mój skarb, weźmie w łeb! — groził wesoło Biegański. Jakaś bosa babina, podkasana do kolan, a z głową omotaną w czerwoną chustę, niosła za nim miskę runtową i jajka w podołku koszuli. Nalał w michę, trzymającą ze dwa garnce, wybił w nią jaja i przyprawiwszy w należytej proporcyi pieprzem i solą, przywołał Zarębę, frasującego się pod krzywą wiśnią, sumiennie ogryzaną przez jego konia. Porucznik przypiął się do miski z niekłamanym zapałem. Znalazły się wnet i dwa cudne charty Mangeta, oraz kilka kundlów, skomlących na stronie. Nie wytrzymał również i Fiszer z paru towarzyszami. Byli ciekawi tej uczty.
— Ordynaryjny, chłopski żur na osikowym kołku, tyle że zasypany kaszą, omaszczony pół kopą jaj i śmietaną. Niegodne to waszych brzuniów Mości panowie — dworował Biegański — i ma tę przykrą właściwość, rozdymę, co w bitwie czy marszu może być przyczyną wielce ambarasujących przypadków. Zaręba, spieszysz się, jakby cię gonili! Siadaj, Fiszer! Jeśli za nic uważasz swoje zdrowie, spróbuj! No, raz, dwa, trzy! Halt, dosyć!
— Specyał, jak Boga kocham! Każę nagotować dla Naczelnika. Hej, babuś, sam tu!
— Niech Pan Bóg opatrzy, księże kapelanie! — zakrzyczał naraz wystraszony Biegański do kapucyna, kierującego się w ich stronę. Uśmiechnął się pobłażliwie i poszedł dalej.
— Przepaścisty, niczem studnia; widziałem wczoraj na Koniuszy, jak nalał w siebie spory cebrzyk maślanki. Miałby tego żuru na jeden łyk — usprawiedliwiał się Biegański.
Naczelnik powrócił z Zajączkiem i zniknął w chałupie. Fiszer poleciał za nimi, a reszta oficyerów się rozprószyła. Dojadali już spokojnie, kiedy pole przed kwaterą rozbieliło się szeregami kosynierów. Kczewski ze Ślaskim poszli do Naczelnika, zaś Kaczanowski, oddawszy konia ordynansowi, przysiadł się do Zaręby.
— Jakże tam przeszła noc? — spytał porucznik — zaszły jakieś przeszkody w marszu?
— Owszem, noc spokojnie, a ranek syto! Wyruszyliśmy późno, pokazało się bowiem, że zniknęło kilkunastu chłopów. Znaleźli ich po wsiach u swoich bab pod pierzynami. Zwojujże świat z takim żołnierzem — dał upust niechęciom — cóż Moskale?
— Leda chwila dadzą znać o sobie. Jak Waszmość znalazłeś wojska?
— W doskonałej kondycyi. Baraszkują, niby w koszarach. A jakiż duch w sztabie?
— Pewni, że jak nas nie pobiją, to my ich rozniesiemy! — ruszył dowcipem Biegański.
— Nie pora na krotochwile! — powsiadł na niego Kaczanowski.
— Naczelnik wzywa Waszmość podpułkownika! — meldował Fiszer, asystując mu do kwatery.
Biegański popędził za nimi. Zaręba zaś zawiesiwszy koniowi torbę z owsem, poszedł wałęsać się między wojskami już gotowymi do wymarszu.
Cudnąż bo przybrały postać owe dziemierzyckie pola, pokryte rozwiniętymi oddziałami. Tysiące proporców igrało z porannym powiewem; tysiące lanc i bagnetów kwitnęło długiemi zagonami, okrytymi jakoby źrałem, kłosistem zbożem.
Rżały konie, gryząc wędzidła i grzebiąc niecierpliwie nogami. Wiały pióra i kity przy czapach i kapeluszach. Wiały chorągwie i znaki. Mieniły się w słońcu barwy.
Tysiące srogich, żołnierskich twarzy czekało jeno znaku; tysiące oczów płonęło nieulękle; tysiące wiernych, polskich serc rwało się do walki za wolność i ojczyznę.
Stały głębokie szeregi piechoty z bronią u nogi. Falowały nieco, niby wody poruszane ukrytym nurtem, brygady kawaleryi. Szczupła artylerya w pochodowym ordynku zalegała część drogi. A nieco niżej przy parowie, wiodącym do Janowiczek, i dokoła głównej kwatery szumiały chłopskie zastępy, pstre od kapot, rozmigotane kosami, czerwonemi ferezyami i rogatywkami. Przy nich, niby owczarki pilnujące stada, stały kompanie Kaczanowskiego.
Słońce świeciło jasno i niezgorzej dogrzewało. Powietrze niesło upajający smak wiosny. Skowronki śpiewały nad głowami. Od lasów pociągały zapachy, że aż w nozdrzach wierciło. Szwadron Zbrowskiego przystroił się w całe pęki niebieskawych przylaszczek, zaś drugie zatykały za kokardy kołpaków zielone gałązki choiny, jakby na jakieś gody. Boć i zgoła weselna dyspozycya przepełniała serca. Żołnierz był niezgorzej wypoczęty, syty, gorzałką skrzepiony, ochotny do bitki, a wszystek bujnym animuszem wrzący. Wzmogły się jeszcze humory, gdy wraz z taborami pokazały się żołnierki. Radosny szmer poszedł po szeregach. Prawie co parę kroków dojrzał szepcące pary. Kobiety wieszały się u boków mężów i przyjaciół. Dzieci wesoło harcowały za rozwiniętymi frontami. Wiwandyerki z baryłeczkami na pasach i z kramami, pełnymi różności, kręciły sic między żołnierstwem, witane przyjaźnie. Jurkowa, szczególniej uważana w regimencie Wodzickiego, ze łzami witała kamratów.
A sierżant Derysarz, ukontentowany jej widokiem, wystąpił szarmancko:
— Jurkowa, mocium tego, o ślicznych kolorach, niby róża!
— Ktoś w nią z blizka nadmuchał, to się przez noc rozwinęła — dociął któryś z gemejnów.
— Dmuchnę ja ci w ucho, aż ci się w stępiach zaróżowi! — odkrzyknęła ze śmiechem.
— Cały regiment wyglądał pani Jurkowej! — podchlebiał stary podoficer Mikołajczyk.
— Radabym była przylecieć choćby na skrzydłach, ale przez tych parobów zmitrężyliśmy niemało czasu. Maszeruje to chłopstwo, niczem krowy na jarmarek. Pułkownik aże zbladł ze złości! Pono na srogą bitwę się zanosi? — spytała ciszej.
— Jatki tu będą, moja pani Jurkowa, prawdziwe jatki. Właśnie na tę okoliczność chciałbym coś poradzić — rzucił tajemniczo, odciągając ją na stronę. Nie zdążył jednak, bowiem w tejże chwili wybuchnęły wrzawy, tupania i śmiechy.
— Szarak! Huzia go! Łapaj! Bierz go! Huzia! — zakrzyczeli z szeregów.
Zając sadził polami dziemierzyckiemi, a prosto na wojska. Gnały za nim chłopskie kundle, zawzięcie naszczekujące. Sadził szczupakami, nie zważając na wrzaski, psy zostawały coraz dalej. Naraz zabielały z prawej strony charty Mangeta, biorąc go w swoje obroty. Szarak, snać stary gracz, jednym susem przesadził głęboką drogę do Janowiczek i rwał, jak szalony, w stronę dziemierzyckiego dworu. Charty śmigały za nim, niby białe strzały. Skręcił gwałtownie w prawo. Przeleciały go w zaślepieniu. Zdążył się znacznie odsadzić. Dojrzawszy fortel, rzuciły się w pogoń, wyciągnięte jak struny, prawie nie dotykające ziemi.
Wojska umilkły, czekano końca z zapartym tchem i z jakąś zabobonną ciekawością.
Szarak dobywał ostatnich sił; naraz wywinął młynka i zbiwszy ich z tropu, przejechał im pod samymi nosami. Zaskowyczały krótko i złowrogo. Nastało mgnienie wahania. Biały talerz szaraka ledwie się znaczył na szarem polu. Pognały takim pędem, że się wydawało, jakby płynęły powietrzem; tak ruchy były szybkie i falujące. Już dopadały, już nawet się zakotłowało, gdy zając jakimś ostatnim, rozpaczliwym rzutem cisnął się na szeregi, stojące o kilkanaście zaledwie kroków. Bezwiednie się otwarły przed nim i bezwiednie się zamknęły dla psów. Ogłupiałe, zjuszone, latały bezradnie, skowycząc i próbując się przedrzeć. Kolby zagradzały im drogę. Przyleciał ordynans i wziąwszy je na smycze, oćwiczył w zapłacie.
— Dobry czy zły omen przed bitwą, panie Sierżancie? — pytali żołnierze Derysarza.
— Dyabli wiedzą, mocium tego. Na dwoje babka wróży. Niby zły, z drugiej jednak strony...
Zbrakło już czasu na wysnuwanie horoskopów: bębny zabiły na wymarsz.
Naczelnik ukazał się przed frontem, jechał przy nim kapelan z krzyżem w ręku.
Komendy przeleciały po szeregach i wojska jęły się sprawnie dzielić i rozłamywać na części, formując się wzdłuż drogi do Janowiczek, we trzy korpusy złożone z różnej broni. A kiedy zagrzmiały kapele, zagrochotały wszystkie tarabany i podniosły się chorągwie i znaki, każdy korpus ruszał w swoją stronę.
Pierwszy poprowadził Zajączek na lewo, w pola od strony północnej.
Na czele drugiego, przeważnie kawaleryi, stanął Madaliński, a wziąwszy z miejsca dyrekcyę na prawo, zajął stanowisko wsparte o szeroki wąwóz, od Wrocimowic idący.
Trzeci korpus, główne siły, Naczelnik posunąwszy na skraj płaskowzgórza, rzucił we środku, na poprzek drogi do Janowiczek, mając przed sobą potoczystość pól spadających aż pod Zamczysko, przerżniętych pod tą górą strumieniami, a bliżej siebie łańcuchem pagórków, zarośniętych krzakami. Od lewej strony, prawie przed samym frontem, jeno znacznie niżej, za drogą, tworzącą parów, miał las na dół schodzący; tam przywarli w zupełnem ukryciu kosynierzy z pól bateryą i asekuracyjnemi kompaniami Kaczanowskiego.
Skrzydło Zajączka, rozwinięte w czystem polu, żadnej naturalnej obrony nie miało.
Utworzona tym kształtem pozycya z racyi znacznego wyniesienia z daleka była widna i dająca niejakie podobieństwo wielkiej reduty, z frontu opasanej parowem, na węgle lasem na dół schodzącym, zaś z lewej strony jeno żywemi piersiami żołnierzów. W przerwach między skrzydłami a centrem usypano baterye pod takim kątem, by działa skrajne mogły sukursować, sztrychując boki następujących.
Tabory cofnięto w tył, na rozstaje dróg przed Dziemierzycami.
Naczelnik z adjutantami, pomiędzy którymi był Zaręba, zajął jakąś prawieczną mogiłę, wyniesioną nad drogą do Janowiczek, z której mógł ogarniać wojska, już w porządku batalii uformowane, i czuwać nad ruchami następującego nieprzyjaciela.
Jakoż Moskale nie kazali długo na siebie czekać.
Godzina była trzecia z południa, gdy z prawej strony zatrzeszczały pierwsze strzały.
Nad zaroślami podniosły się obłoczki dymów.
Gdzieś głucho zadudniła ziemia. Na pagórkach, między jałowcami, pokazały się nieprzyjacielskie jazdy. Powiew przynosił dalekie pogłosy jakiejś dziwnej śpiewki. Śpiewali, awansując na bok Madalińskiego.
Z niedojrzanej jeszcze strony zagrzmiały armaty; nie donosiły jednak, kule prały ziemię daleko przed frontem. Madaliński stał nieporuszony, tylko szwadrony przedniej straży pod majorem Lukke ruszyły naprzeciw. Po wydobyciu się z wąwozu poszły z miejsca kłusem i szeroką ławą. Zagrochotały prędkie salwy. Krzyk wstrząsnął cichem powietrzem.
Zawiązała się utarczka. Zwarli się raz i drugi. Rozbłyskiwały szable i po krótkiem zmaganiu się Moskale jęli się cofać. Lukke chciał ich zgarnąć z lewego flanku: wymknęli się ku Kościejowskiej, pod osłonę armat, bijących stamtąd coraz potężniej. Potem pokazali się na górujących pozycyach w stronie Racławic. Sytuacya miejsca nie sprzyjała widokom atakowania.
Madaliński, ściągnąwszy z powrotem szwadrony, całą swoją kawaleryę przesunął za wąwóz, na szeroki wzgórek, mocno go ubezpieczywszy.
Równo z końcem tej akcyi na lewem skrzydle pokazały się nieprzyjacielskie piechoty, artylerya i głębokie kolumny jazdy. Spuszczali się ze wzgórz, z lesistych parowów i dróg.
Pustowałow wyprowadzał całą armię na szczupłe siły Zajączka.
W czystem, przesłonecznionem powietrzu widać było mimo oddalenia, jak na dłoni, zielone szeregi jegrów, rozwiane żółte sztandary z czarnymi orłami, czerwone koła jaszczów i nieprzejrzane gąszcze bagnetów. I wyraźnie dochodziły grania trąbek, bicia bębnów i głuche, a mocne kroki maszerujących. Wzbierali zwolna, niby chmura pełna piorunów. A jednocześnie i na wyniosłościach z prawej strony i naprzeciw, po lasach formowała się jeszcze groźniejsza nawałnica. Słychać ją było coraz wyraźniej. Dudnienia toczących się armat, stąpania tysięcy koni, marsze licznych pułków, chociaż zakryte dla oczów lasami, brzmiały w powietrzu jakoby szumem rzeki, z gór spadającej.
Naczelnik wyjechał przed front. Wojska stały z karabinami u nogi, karne i zdeterminowane. Twarze były uroczyste i surowe, brwie ściągnięte, spojrzenia zimne.
Kawalerya zwarła się, jak bór, że jeno niekiedy z tych cichych głębin zadzwoniły kopyta, zaparskały konie i powiał szum proporców. Przy armatach trzeszczały rozpalone lonty, jaszcze stały otwarte, przókary i cugi w tyle, kanonierzy na powinnych miejscach; trębacze i dobosze w oczekiwaniu komendy.
Żelazny spokój bił od szeregów gotowych na śmierć. Tchnienie wielkości owiewało tę garść bohatyrów, nieulękle patrzących w chmury nadciągających nieprzyjaciół.
Świeciło radośnie słońce, nagrzany wietrzyk pieściwie muskał twarze i poruszał sztandarami. Na tle szarych pól, w obręczy zielonych lasów i kamienistych wzgórz, pod niebem lśniącem najcudniejszym bławatem, w powietrzu pachnącem pierwszą wiosną i przejętem świergotami ptaków ten hufiec, ledwie się znaczący barwami, kładł się zuchwałe w poprzek burzy nieprzemożonym progiem.
Naczelnik czuł to całą istnością i rozumiejąc, jako zbliża się chwila, od której rozpoczną się nowe dnie polskiego żywota, popędził przed szeregami. Spromieniona twarz grała mu najgłębszemi poruszeniami duszy, oczy ciskały błyskawice, postać brała kształt wymierzonego ciosu; leciał, jak wicher palący, i w jakiemś miejscu osadził konia, uniósł się w strzemionach i wyrwawszy szablę, podobien orłu chwały i zwycięstwa, wołał ogromnym głosem:
— Żołnierze! Za wolność i niepodległość! Zwycięstwo albo śmierć!
— Zwycięstwo albo śmierć! — niebosiężny krzyk wybuchnął mocą świętej przysięgi.
Jakby w odpowiedzi zagrały moskiewskie armaty.
Pustowałow rzucił swoje piechoty do ataku.
Zajączek przywitał je ciągnionym, nieustającym ogniem, a półbaterya Kaczanowskiego, ukryta w lesie i dobrze celowana, orała mu szeregi, czyniąc w nich głębokie szczerby. Ani drgnęli, maszerując niepowstrzymanie po pochyłości, jak staczająca się lawina. I pod przykryciem flankowego ognia armat i dymów naraz pierwsze linie, podniósłszy nieludzki wrzask, biegiem uderzyły na bagnety.
Zajączek wytrzymawszy to pierwsze, straszne uderzenie, cofnął się gwałtownie o kilkanaście kroków, zasypał batalionowemi salwami, a odpowiadając zuchwałym kontratakiem, wziął ich na bagnety. Zachwiali się, jak kiedy rozjuszone bydlę w największym pędzie wytnie niespodzianie o mur. Wtedy Manget z jazdą, zajechał im z prawego boku i zanim się zastawili frontem, skłuł lancami pierwsze szeregi, poszarpał następne i już dobierał się na tyły. Drugie linie stały bezradne, nie mogąc strzelać, aby nie razić swoich w plecy; dopiero kozacy z wyciem zastąpili mu drogę. Szwadrony w mgnieniu oka, niby na paradzie, odmieniły szyk i pomimo ciężkiego terenu rzuciły się na nich z niepohamowanym impetem. Nie wytrzymali ani Zdrowaś Marya. Manget ogarnął ich z obu skrzydeł i wsiadłszy na karki, pognał przed sobą, jak stado wylękłych baranów. Chciał ich rzucić na szeregi drugiej linii, ale ogień flankowych kartaczów przymusił go do odwrotu. Tymczasem piechota, odepchnięta przez Zajączka i mocno przerzedzona, cofała się w porządku na dawne stanowisko. Pustowałow już nie następował tak natarczywie, ale baterye nie przestawały bić, nieustannie groziły jazdy, a piechoty, otworzywszy gęsty ogień, co pewien czas robiły poruszenia jakby do generalnego atakowania. Były to fałszywe manewra celem uwięzienia sił i uwagi, bowiem równocześnie druga potężna kolumna moskiewska zaczęła awansować na środek i skrzydło Madalińskiego. Pokazała się na wzgórkach, porośniętych krzakami, i uderzyła mocno, zapamiętale napierając.
Słońce się przyćmiło od dymów i zadygotała ziemia, jakby się zwalił huragan.
Kolumna atakowała zaciekle raz po raz to środek, to prawe skrzydło, usiłując za każdą cenę skruszyć i przełamać ten żywy, niezwalczony wał. Bronili się, jak lwy, odpierając atak za atakiem. Ogień węgłowych bateryi wyrywał głębokie szczerby, celne salwy strzelców prażyły niemiłosiernie; Lukke z jazdą bił niby taranem, że w atakujących szeregach trup gęsto padał i powstawało zamieszanie. Pomimo takich wstrętów kolumna, spowita dymami, zionąca ognistemi puszczami dział, miotała się po polach z dzikim rykiem, niby potworny gad, bijący na oślep łbem, zjeżonym tysiącami bagnetów. I chociaż wielokrotnie odrzucana niezłomnem męstwem, dziesiątkowana i miażdżona, powracała uporczywie i wzmożona posiłkami, następowała z taką siłą, że w końcu zdobyła górzyste stanowisko Madalińskiego. Całą jazdę rzucił jej od lewego flanku. Niby o skałę, odbiła się o potężne zastępy jegrów. Wtedy przywiedziony do ostateczności, poprowadził cały swój korpus do kontrataku. Nie odzyskał jednak wzgórza i musiał się cofać za wąwóz pod straszliwą ulewą żelaza. Popłoch wkradł się w szeregi. Moskale darli się za nim szturmowym krokiem, z flanku baterye rozwijały ogień natężając go co chwila. Bronił się, jak osaczony dzik, cofając się krok za krokiem, spychany coraz bardziej na środek ogólnych pozycyi. Na domiar złego szwadron kawaleryi narodowej Biernackiego, mając wszystko za stracone i ogarnięty paniką, haniebnie pierzchnął z pola, przyczyniając się do chwilowego zamętu.
Położenie stawało się groźnem; na szczęście nadbiegły w samą porę posiłkowe piechoty i po zażartej walce na bagnety, powstrzymały wroga, osadzając go w miejscu.
Naczelnik nakazywał bronić pozycyi nad wąwozem do ostatniego tchu.
Tuż coraz ciężej przychodziło stawiać czoło wrogowi, przeważającemu liczbą i artyleryą.
Bowiem świeża, jeszcze potężniejsza kolumna moskiewska pokazała się na lewem skrzydle i wraz z wojskami Pustowałowa zaczęła następować z całą forsą.
Bitwa rozgorzała na całym froncie.
Dwie armie jakby chwyciły się wpół i mocując się, szamocąc, gnąc w skręty, biły się, ogarnięte szaleństwem, pijane krwią i mordem.
Szczupłe polskie zastępy walczyły z zawziętą, zimną furyą straceńców. Nie ustępowały już ani piędzi ziemi. Co chwila zatapiały je tumany kurzawy, dymów i ognia, że jeno krwawe płachty chorągwi, targanych zawieruchą, rozwiane proporce i płoty lanc wskazywały ich pozycye. Zdały się być nikłą wysepką, przeciwiącą się nieustraszenie rozszalałym potęgom żywiołów. Biły w nich całe orkany piorunów. Wyżerały mózgi ogniste rozwieje błyskawic i dręczyły niemilknące kanonady. A co pewien czas głębokie szeregi jegrów niezliczonemi falami spadały na nich z dzikiem skowytem nienawiści — i rozpryskiwały się, jak fale, podarte o bohaterskie piersi obrońców.
I tak przechodziły długie godziny śmiertelnych za pasów, i zmagań. Bitwa huczała, jak burza, przetaczając się z miejsca na miejsce i bijąc nieustannie grzmotami armat, gradem kul i dziką, obłąkańczą wrzawą.
Zaś niekiedy nastawały nagłe nieoczekiwane przerwy. Bitwa jakby zamierała, obie armie jednako znużone krwawym trudem, nabierały tchu. Wrzała tylko gorączkowa praca poza frontami, w ambulansach, gdzie opatrywano ranionych.
Opadały dymy i pod promiennem słońcem i niebem błękitnem śpiewały skowronki.
Ale w tej dziwnej, chwilowej ciszy tem okropniej podnosiły się jęki rannych i konających; wołania o ratunek i jakieś rozdzierające szlochy. Pokazywało się pobojowisko, zasłane trupami koni i ludzi, stosami połamanej broni, strzępami krwawych szmat. Całe pole zdawało się drgać, krzyczeć i płakać. Człowieczy ból wył strasznemi ranami. Czołgali się na czworakach umierający. Słaniały się jakieś postacie, podobne maszkarom zlepionym z krwi, błota i ran, a wrzeszczące nieludzkimi głosami. Okropnie charczały zdychające konie. Ze wszystkich stron rozbrzmiewał łkający jęk, podobien klangorom żórawi, odlatujących za dalekie, dalekie morza.
I ledwie zadyszane piersi wytchnęły, ledwie przewiązano rany i obtarto czoła, uznojone krwią i potem, ledwie pijane okropnościami oczy spojrzały w słońce, w błękity nieba i we świat wiosną dyszący — już znowu zabiły bębny, grały trąbki, grzmiały działa.
Bitwa rozpoczynała się na nowo. Na polach, nie przyjacielskie szeregi, podobne do płotów najeżonych bagnetami, poruszały się w różne strony, sypały ogniem, zwierały się i odmykały, maszerowały z miejsca na miejsce, sprawiając się w szyki gotowe do natarcia. Nad bateryami wykwitały kłęby czarnych dymów. Z flanków zaczęły się wysuwać oddzielne komendy jazdy. Wkrótce mógł rozpoznać nawet gołem okiem czerwonych kozaków Denisowa, dragonów Rachmanowa i huzarów Muromcewa, jak z wyciem, świstem, śpiewaniem, przy wtórze mosiężnych blach i trąb pędzili na skrzydła.
Naprzeciw podnosiły się szwadrony Madalińskiego, Mangeta i Zbrowskiego, ochoczo występujące na harce. Ruszyli wskok, aż ziemia zadzwoniła pod kopytami, a koniom zagrały śledziony. Nieśli się rozwiniętym szykiem, równo, jak pod miarę, głowa w głowę, z pochylonemi lancami w pierwszych liniach, uderzali z prawiecznym okrzykiem: »Jezus Marya!« i z takim niepohamowanym impetem, że zwykle nieprzyjaciel, nie wytrzymawszy ciosu, szedł w rozsypkę. Brali na szable pierzchające hordy i gonili tak daleko, dokąd się tylko dało, nieraz w zapale aż pod same paszcze armat. Ale i piechoty do ostatniego gemejna potykały się z niezrównanem męstwem, stałością i wzniosłą wzgardą niebezpieczeństwa. Żołnierz, pijany czadem krwie, prochów i walki, zapamiętywał się w zawziętości. Za nic już sobie ważył rany, za nic śmierć, za nic wielką przewagę nieprzyjaciela. Prześcigali się w bojowych azardach. Niejeden, jak orzeł, uderzał na całe stada. Bili się za wolność, za ojczyznę i za Naczelnika w jednej osobie, który wciąż był na wszystkich oczach i zawsze tam, gdzie mogło grozić niebezpieczeństwo. Żołnierz czuł się pod jego okiem bezpieczny. On zaś jednako w gęstym ogniu, jak i w bagnetowych rzeziach, spokojny i zamknięty w sobie, czuwał niezmordowanie nad parowaniem ciosów przeciwnika. Nie uszło przytem jego uwagi zachowanie się w boju żołnierzów i oficyerów. Każdemu natychmiast wymierzał sprawiedliwość, a szczodry był w łaskach i tak tkliwego serca, że nieraz sam podtrzymywał ranionych. Umierali też z jego imieniem na stygnących wargach. A gdzie się pokazał, tam rosły serca, wzmagały się mdlejące siły i utrwalała się niezachwiana wiara w zwycięztwo. Nierzadko widziano go na mogile z perspektywą przy oczach, śledzącego obroty nie przyjaciela. W jednym z takich momentów stanął przed nim chorąży Dębowski z raportem od Kaczanowskiego.
— Dwa regimenty, cztery ciężkie baterye, liczne jazdy — czytał półgłosem z karteluszka i podniósł raptem oczy na las, na dół schodzący, ale niepodobna było dojrzeć pól za nim położonych.
— Powiedz podpułkownikowi, że dobrze! — rzucił krótko.
Zjechał z mogiły i samoczwart, z nieodstępnym Fiszerem, Biegańskim i Zarębą, odprawiwszy na stronę chorągiew wolonterów, ruszył pomiędzy walczące wojska. Jechał stępa, nie zważając na świszczące dokoła strzały. Przyglądał się ze szczególną uwagą szeregom. Walczyli wciąż z niezachwianem męstwem. Oficyerowie dystyngowali się nad wszelkie pochwały. Baterye, celnie dyrygowane, ani jednego naboju nie miotały na próżno. Jazdy, niby stada sokołów, raz po raz biły na wroga. I wśród straszliwych odmętów bitwy, wśród dymów, kanonad, nieustających atakowań i coraz sroższego naporu wojska trzymały się z niewzruszoną stałością. Lecz jego zatroskane oczy łacno dojrzały, że żołnierz się już wyczerpywał, że nabrzmiałe ręce od ciągłego nabijania i strzałów, ledwie już utrzymywały rozpalone karabiny, że konie ledwie się już trzymały na nogach od ciągłych szarż i wycieczek, że fronty były coraz cieńsze, że ubytków nie było czem zastępować. Jedyne rezerwy, jeszcze nie wyczerpane, stanowiła chłopska ruchawka, uzbrojona w kosy, oraz kompanie Kaczanowskiego. Mimowoli obejrzał się na pola za frontem; stało tam kilkanaście namiotów, okolonych wałami rannych, między którymi bielały komże kapelanów i kręcili się chirurgowie. Odwrócił zasmucone oczy na walczące szeregi, ledwie widne w dymach i błyskach.
— Wytrwają jeszcze z godzinę, może ze dwie — konkludował, równając topniejące wojska z chmarami następujących Moskali. — A co potem? — wzdrygnął się; chłodem śmierci przeniknęła ta myśl — Tarmasow trzyma wielkie rezerwy na moment decydujący i może je pchnąć lada chwila na punkt upatrzony. — Rozważał, patrząc z niepokojem na środek swoich pozycyi i skrzydło Madalińskiego, wciąż osłabiane dla podtrzymywania Zajączka, na którego napierano z coraz większemi siłami. Na to właśnie skrzydło zwolna przetaczała się cała bitwa. Niebezpieczeństwo takiego obrotu pokazowało się oczywiste, ale sposobu zaradzenia skutecznego nie było. Nie miał czem należycie zasłonić wschodniego boku. Nie miał również ani jednej zbędnej kompanii do ubezpieczenia centrum. I targając się w bezsilności, jeszcze raz przejrzał doniesienie Kaczanowskiego i zażądał od Fiszera planty okolicy. Nie sposób było ją rozpatrywać na koniu; szarpał ją wiatr i uprzykrzenie świstały kule. W pobliżu, ale o dobre strzelenie, paliło się duże ognisko, siedziała przy niem kupa rannych i stały jakieś konie. Na widok wyższych szarży odstąpili na stronę. Fiszer przyniósł bęben, na którym Naczelnik jął rozpatrywać położenie gruntów i kierunek parowów i dróg.
Kaczanowski bowiem meldował o formowaniu się Moskali na polach za lasem.
Jasno wychodziło, że tylko z tamtej strony Tormasow mógł wymierzyć ostateczny cios.
Po dłuższych medytacyach Naczelnik podniósł głowę z nad karty, dziwnie przemieniony; twarz mu grała z radością i oczy strzelały błyskawicami. Napisał na bębnie jakieś dwa rozkazy i zwrócił się do Zaręby.
— Wskok do Kczewskiego! Ten drugi oddaj Kaczanowskiemu; znajdziesz ich w lesie nad parowem. Na wszelki przypadek weź sobie jakiego żołnierza. — Spojrzał po lżej rannych.
Wystąpił jakiś potężny wyrostek z twarzą obwiązaną, a zuchwałemi oczami.
— Melduję pokornie: Mój koń zdrowy, mnie tylko pysk przechlastali... jeśliby był rozkaz...
— Któżeś? — spytał Naczelnik; podobał sobie w rezolutach i junackich postawach.
— Pocztowy z pod porucznika Zbrowskiego. Urodzonym Dmowski z Dmoch, województwa podlaskiego — nie zaniedbał prezentacyi — na towarzysza nie pozwoliła ojcowska fortuna...
— Ruszajcież z Bogiem! Któryś z was musi dowieść rozkazy.
Zaręba zasalutował, przeżegnał się i zmacawszy w olstrach pistolety, konia spiął i popędził, a okrążywszy skrzydło Madalińskiego, wydobył się za parów i pod ogniem moskiewskich flankierów gnał polami, jak wicher.
Naczelnik spojrzał na zegarek; było już dobrze po szóstej. Wieczór się zbliżał. Słońce leciało na dół. Góry i lasy kładły długie cienie. Rosa pokrywała ziemię i pociągał chłód. Dymy, wiszące nad polami modrawe, poszarpane przędzą, kolebały się od grzmotów.
Ognie strzałów błyskały coraz wyraźniej i bitwa srożyła się z coraz większą gwałtownością. Nieustannie trzeszczące salwy karabinów ledwie się dały zauważyć przy huku dział. Ciężkie baterye ryczały głosami,od których wszystko dygotało, a drzewa przyginały się do ziemi. Co chwila jęk rozdzierał powietrze i buchał hukiem piorunu. Z przeszywającym wizgiem leciały granaty i pękając, dawały obraz garści rozżarzonych węgli, ciskanych na szeregi. W przedwieczornej cichości te dzikie wrzawy bitwy nabrzmiewały głosami huraganów. Niekiedy wydobywał się ponad wszystko świst, chichoty i nieludzkie wycia, jakby tysiąca oszalałych dyabłów: to kozacy rzucali się do boju. Zasię chwilami spływała ze wzgórz ku zorzom wieczornym bijąca pieśń szeroka, smutna, rozkołysana tęsknym poszumem borów, oddających rozełkanemi echami. To śpiewały moskiewskie piechoty, następujące ścieśnionemi kolumnami.
Bataliony Wodzickiego, pchnięte naprzeciw, odpowiadały siarczystemi przyśpiewkami, jakoby obertasowych hołubców trzaskaniem, przeplecionem żałosnem zawodzeniem lub osmęconą, rzewną nutą, i wraz do wtóru rypiącym gwałtownie tarabanom uderzały zapamiętale na bagnety. Rzucali się w pląsach, obrotach i podrygach, jakoby w taniec. Śpiewy gasły w potokach krwi. Rwali się do siebie z zajadłością wygłodniałych wilków. Buchały przeraźliwe krzyki, jęki, klątwy. Człowiek polował na człowieka. Pierś uderzała o pierś. Zgrzytały żelaza. Wolność potykała się z ciemięstwem, żołnierz świętej sprawy z niewolnikiem. Łamały się szeregi. Każdy uderzał na upatrzonego. Każdy, by nie być zabitym — zabijał. Tworzyły się okropne kłębowiska, w których jeno dojrzał okrwawione bagnety i szable, nieprzytomne twarze i oczy oszalałe. Powietrze wrzało rozjuszonym wrzaskiem. Bito się na wszystkie sposoby. Śmiertelnie splątane wiry przewalały się po pobojowisku. Krew bluzgała pod nogami. Ludzie padali ciężko, jak podcięte drzewa. Raz po raz ryki bólów tryskały, jakby fontannami krwi. Nierzadko zapaśnicy walili się na ziemię i tarzając się w zaciekłej walce i własnej krwi, marli, zatratowani przez swoich i wrogów. Gorącość bitwy nie pozwalała brać niewolnika. Mordowano się bez pardonu i miłosierdzia. W strasznych tumultach, gdzie już nie było miejsca na broń, chwytano się za gardła, za łby, za włosy i prano o ziemię, duszono, rwano pazurami. Walczono na bagnety, na szable, na kolby, na noże i na pięście, a w potrzebie i zęby umiały zadawać rany i śmiercie. Bito się do ostatniego tchu. Bataliony Wodzickiego walczyły z takiem męstwem i niepowstrzymaną furyą, że nieprzyjaciel, zdziesiątkowany i rozbity, szukał ratunku w bezładnem cofaniu się w tył. Wtedy bębny gwałtownie nakazały zwycięscom powrót i drugie linie zakrywając ich sobą, występowały na front szturmowym krokiem, z bronią do strzału.
— Plutonami ogień! Pierwszy pluton zaczynaj! Tuj, cel, pal! Nabijaj! — podnosiły się twarde, miarowe komendy i na zbroczone i stratowane pola, pełne trupów, konających, porzuconych rynsztunków, okrwawionych szmat i tlejących się pakuł od przybitek, występowały nowe szeregi. Rozpoczynała się bitwa ogniowa. Salwy trzeszczały za salwami, dymy znowu zasnuwały pobojowisko, huki armat wstrząsały ziemią, błyskawice strzałów ślepiły, a śmierć ciągnęła dalej swoją nieubłaganą kośbę. Napierały ze wszystkich stron piechoty, uderzały jazdy i grzmiały wszelkie kalibry dział. Moskale całą przewagą swojej liczby i artyleryi znowu próbowali przełamać i zgnieść polskie szeregi. Trzymały się jednak niepokonanie, niezachwianie, utrzymując szyk i porządek.
— Tuj, cel, pal! Nabijaj! Tuj, cel, pal! Nabijaj! — rozlegały się jednako czujne komendy.
Niekiedy, gdy wojska pod osłoną dymów z blizka na siebie nacierały i ogień stawał się rzęsistszy, a gęściej wywracali się żołnierze, te same głosy rozkazywały:
— Otwórz szeregi! Rannych i zabitych za front! Zamknij! Ścieśnij się! Tuj, cel, pal! Nabijaj!
I tak szło w kółko na całem polu walki, jakoby w straszliwym kieracie.
Na wielkiej bateryi sześciodziałowej, usypanej na węgle pomiędzy centrum a skrzydłem Zajączka, dobrze umocnionej szańczykami, panował taki sam spokój i porządek.
Kapitan Laskowski sam rychtował działa i znaczył stopień odległości, a po każdym wystrzale kazał naprowadzać armaty na miejsca, przez co baterya nie zmarnowała ani jednego pocisku, zadając ciężkie straty nieprzyjacielowi.
— Pierwsze działo od lewego pal! Nabijaj! Drugie działo pal! Nabijaj! — wołał przeciągle tubalnym głosem, sprawdzając co trochę wiatr i gdy zawiewał z prawej strony, armaty zaczynały grać z lewej półbateryi, żeby dym nie zasłaniał.
— Huncwoty, huczą i grzmią jak na odpuście. Myślą, że nas tem, jak Turków, wystraszą! — odezwał się wzgardliwie na straszliwy ryk moskiewskich bateryi. Naczelnik stał przy nim.
— Nasze szczęście, mają kiepskich kanonierów. Poniesła jakie straty baterya?
— Dwa konie zabite, trzech gemeinów rannych i wóz kowalski zdruzgotany. Można wytrzymać!
— Ale jak długo? — rzucił, nasłuchując wściekłych kanonad ciężkiej artyleryi.
— Mam jeszcze po pięćdziesiąt pełnych strzałów na działo, nie licząc kartaczów.
W tej chwili zjawił się konny z raportem od Kaczanowskiego.
Naczelnik przeczytawszy doniesienie, pchnął z rozkazami Fiszera do Zajączka, Biegańskiego do Madalińskiego i poszeptawszy coś Laskowskiemu, skinął na swoich wolonterów.
Popędzili galopem głęboką drogą ku Janowiczkom. Las schodzący na dół wnet ich osłonił od strzałów. Mroczno było w parowie, drzewa dygotały od grzmotów. Wązki pas nieba nad głowami znaczył kamienistą i błotną drogę. Naczelnik tak popędzał konia, że w kilkanaście minut pokazały się pola. Na brzegu lasu, dobrze jednak ukryte w gąszczach, już czekały wybrane kompanie kosynierów ze Ślaskim na czele. Przeszło trzystu chłopa, co najwyborniej egzercyrowanego w wojskowych obrotach, stało w cieniu drzew, podobnych do smukłych a potężnych pni. Obok uformował się oddział Kaczanowskiego.
Naczelnik, nakazawszy najgłębsze milczenie, posunął się na sam skraj lasu. Na obszernem polu, zbiegającem ku dworowi w Janowiczkach, widniały moskiewskie wojska, wyciągnięte w pochodową kolumnę. Szły jakby od Racławic i w najzupełniejszej cichości, bez zwykłych trąbień, bębnów i wrzawy. Na czele poruszało się kilka ciężkich bateryi, dobrze okrytych piechotą i chmarami jazdy. Łatwo można było odgadnąć, że bierą dyrekcyę ku wschodowi, właśnie na skrzydło Madalińskiego. Cios był obmyślany doskonale: zgnieść słaby flank i runąć przeważającemi siłami na tyły Zajączka! Taki plan obiecywał niechybny skutek: klęskę Polaków. Los jednak zdarzył inaczej.
Naczelnik przejrzawszy sytuacyę miejsca, rzekł do Kczewskiego prędko:
— Wszystko teraz zależy od niespodziewanego i mocnego uderzenia w bok tej kolumny.
Spokojnym się wydawał, ale przy wydawaniu rozkazów głos mu się łamał.
— Kaczanowski, awansuj Waszmość na środek, ja uderzę z chłopami od czoła. Tylko nie bawić się strzelaniną! Na polu biegiem i odrazu brać na kosy i bagnety! Pułkowniku — zwrócił się do Kczewskiego — ubezpiecz resztą kosynierów nasze tyły i dziemierzycki parów. Górski, zasłonisz z wolonterami prawy bok od jakowejś niespodzianki.
— Obywatelu-Generale! — wystąpił Zaręba — pozwól mi wziąć udział w tej akcyi, jako prostemu żołnierzowi. Pragnę pod twojem okiem walczyć, a choćby i zginąć.
— Rób, co uważasz. Mości panowie, pamiętajcie: wroga trzeba bić, jeszcze raz bić i pobić!
Spojrzał po szeregach i wydobywszy szablę, zawołał donośnie:
— Naprzód w imię Boga! Podwójny krok! Marsz! — Nacisnął konia i pojechał przed frontem.
Chłopi ruszyli z miejsca jak jeden, przesuwając się między drzewami jakimś przyczajonym, wilczym krokiem. Ślaski prowadził czołową kompanię, mając pod ręką Bartosza. Zaręba stanął przy nim z wydobytą szablą. Przy drugiej szedł Bujak. Trzecią wiódł porucznik Munkiewicz. Maszerowali w uroczystem skupieniu, w mrokach dziwnie świeciły im oczy, z warg płynęły gorące, porwane szepty pacierzów; febra trzęsła niejednym.
Nagle las się urwał i jasny dzień uderzył w oczy. Zawahali się na mgnienie. O jakieś sto kilkadziesiąt kroków przed nimi wyrosła moskiewska kolumna, płynąca wielkiem półkolem ku Wrocimowicom, niby wezbrana groźnie rzeka.
— Kosy do ataku! Za wolność i ojczyznę! Naprzód, chłopy! — zagrzmiał głos Naczelnika.
Wraz załomotały wszystkie bębny i biły przyspieszonem tempem do ataku.
Porwali się, jak burza, z okropną wrzawą i krzykiem.
Gwałt powstał w kolumnie. Zagrały spiesznie trąby i bębny. Gorączkowo odprzodkowywano armaty. W zamieszaniu rozpoczęli bezładną strzelaninę.
— Biegiem! Biegiem! Biegiem! — krzyczeli coraz szybciej oficyerowie.
Nagły huk wstrząsnął powietrzem, kartacze chlusnęły warem ognia i żelaza.
— Jezu! — ktoś jęknął, ktoś się zwalił, a reszta pędziła, groźna, rozjuszona, niepowstrzymana.
Jeszcze nie dobiegli, gdy kartacze znowu rzygnęły im prawie w same twarze.
— Bij w nich! Jezusie, Maryjo! Bij, kto w Boga wierzy! Za mną! — ryknął Bartosz, rzucając się z kosą na asekuracyę dział i tnąc straszliwie. Chłopy spięły się za nim, jakby tabun dzikich koni, kosy wzniesły się wstęgą błyskawic i spadły piorunami. Runęli, jak orkan, druzgocąc wszystkie przeszkody. Zawyła dzika zawierucha! Prali jakoby cepami, jeno nie ziarno tryskało z pod tej młocki, ale krew z ran okropnych, odwalone łby, obcięte ręce, krwawe strzępy ciał. Bartosz prowadził, niby zjurzony odyniec, a za nim, jako potężne warchlaki, szły rozsrożone kumy, tnąc straszliwymi kłami na śmierć.
Bartosz pierwszy rzucił się na armaty, kanonierów pogromił, roztlały już zapał przydusił czapą i wyrwał, jak żądło, a skoczywszy okrakiem na zdobyczne działo, zakrzyczał:
— Moja harmata! Moja, psiakrew! — I kto się zbliżył, marł pod ciosami jego kosy.
Kum Świstacki zdobył drugą. Bujak wziął trzecią, lecz pozostał na niej przewieszony i podarty, jak szmaty, bagnetami. Ale wtedy, jak przez wyłom w pękniętej tamie, chlusnęła spiętrzona fala chłopów na połamane szeregi Moskalów. Rozpoczęła się rzeź, urągająca wszelkim wyobrażeniom. Nieludzki ryk wydzierał się raz po raz. Siekli, jakby gęsty i zwarty łan, do czysta. Siekli bez miłosierdzia. Co chwila zrywała się chmura migotów i co chwila okropny krzyk bił w niebo. Kto żebrał pardonu — marł, nie wymówiwszy jeszcze tego słowa. Kto się próbował bronić — padał, jak zrąbane drzewo. Jakaś rota, przywiedziona do rozpaczy, próbowała ich powstrzymać bagnetami. Hej, nie przeszło i Zdrowaś, a już leżała pokotem, poćwiertowana, jak woły. Kozacy próbowali stawić czoło. Luty wicher tak nie rwie, nie łamie drzew, nie roznosi liści, jak prędko rozsypali się krwawą sieczką pociętych ciał. Walili zwartą ławą, zmiatając kosami, co się tylko dało.
Kaczanowski ze swojemi kompaniami, dokazywał nie mniejszych przewag, wgryzając się w nieprzyjacielskie boki, jakoby żelaznymi kłami. Porwany bojową furyą, walczył, nie szczędząc własnych sił, zaś jego chorąży, Krzysztof Dębowski, zuchwały młodzik o niepohamowanej waleczności, prawie sam jeden zdobył bateryę dział ze wszystkiemi zaprzęgami i amunicyą. Dokonał tego na oczach Naczelnika i upojony zwycięstwem, szalał, bijąc w nieprzyjaciół, niby grom, roznoszący śmierć i przerażenie.
Kolumna pod takimi ciosami jęła się gwałtownie miotać, niby przydeptana żmija, nadarmo usiłując się sprężyć i rozwinąć. Sytuacya miejsca już nie pozwalała na odzyskanie przewagi, nie dopuszczała nawet zebrania myśli. Naczelnik bowiem czuwał nieubłaganie, prowadząc atak za atakiem.
— Za wolność! Za całość! Za niepodległość! Naprzód! — grzmiał, nie pozwalając im na oprzytomnienie. Moskale, ogarniani potężnie od czoła, szarpani coraz zajadlej z całego boku, spychani na kupę, splątani, gęsto znacząc pole trupami i rannymi, zaczynali się już na wszystkie strony wyginać, chwiać i kolebać.
Naraz, Zaręba dojrzał, że ostatnia baterya, jaka im jeszcze pozostała, i to najcięższego kalibru dział, próbuje się wydobyć z ciżby, że już zaprzęgi, prane batam i, ruszają z miejsca. Jeszcze chwila, wydostanie się na wolniejszy plac, otworzy ogień i wszystko stracone! Włosy mu powstały na głowie i błyskawicowo zmierzył całą przepaść niebezpieczeństwa.
— Za mną, chłopy! Kosy do ataku! Biegiem! Biegiem! — zakrzyczał, rzucając się naprzód.
Zagrodził mu nagle drogę płot bagnetów, kozackich spis, wycierów, a nawet i drągów.
Sto ciosów zagroziło śmiałkom! Skoczył pierwszy, chłopi runęli za nim niepowstrzymaną nawałnicą. Zarębie w pierwszem starciu rozleciała się szabla, wyrwał któremuś kosę i cisnął się wściekłym rzutem na całą kupę. W mgnieniu oka uformowała się zawierucha, opętańczo rycząca, pokryta kurzawą i tryskająca potokami krwi.
Ale chłopi przemogli, rozgromili, wycięli co do jednego i zdobywszy armaty, rwali się naprzód z niemałym wrzaskiem zwycięstwa. Zaręba prowadził, a groźny wojennem wyćwiczeniem, męstwem i zimnem objęciem sytuacyi, mnożył uderzenia, rozbijał kupę po kupie i tak szybko a uporczywie następował, że czoło kolumny rozprysło się pod uderzeniami chłopskich pięści, jakoby krucha szklana zastawa. Świst kos, straszliwa siła ciosów, od których rozłupywali się ludzie, jak szczapy, przejmowały Moskalów taką zgrozą i strachem, że widząc niechybną śmierć, uciekali, ciskając broń i co im przeszkadzało.
Naczelnik w jakiejś chwili przywołał Zarębę.
Stawił się cały w krwi, w podartej kurcie, ledwie dyszący, ale upojony niezmierną radością.
— Widziałem, coś dokonał. Ojczyzna ci tego nie zapomni — uściskał go czule.
— Moja powinność — ledwie wyszeptał z utrudzenia — zasługa to kosynierów, Obywatelu-Generale!
— Zasłużyli się ojczyźnie ponad spodziewanie. Ale to potem. Bierz konia i pędź z rozkazem do Zajączka! Powiedz, co się tu dzieje. Ma wszystkiemi siłami atakować, całą forsą.
Porzucił go, pędząc do walczących. A już zarówno żołnierze Kaczanowskiego, jak i kosynierzy, zdawali się być wściekli; pijani walką i własną mocą, oszaleli, często bez czap, a nawet i bez kurt i kapot, zjuszeni krwią własną i nieprzyjaciół, straszliwie się zwijali przy tem okropnem żniwie. Chłopi wyrąbywali ten człowieczy bór z nieopisaną furyą, a bór z jękiem żałosnym walił się pokotem, wył miłosierdzia i litości. Nie przepuszczali nikomu. I krzykając junacko, niekiedy z dzikim śmiechem rąbali, jakby na wyprzódki, któren prędzej, któren mocniej, któren więcej.
Kiedy Zaręba ruszał do Zajączka, kolumna była już przełamana, rozbita i uciekała na wszystkie strony świata w panicznym popłochu.
W dogasającym dniu, w modrawym zmierzchu i cichości, jaką świat ogarnia wraz z następującą nocą, tragicznie brzmiały krzyki rozpaczy, jęki rannych i konających. Docinano broniących się jeszcze tu i owdzie. Jakiś oddział jazdy, osłaniający sztabowe powozy, torował sobie drogę pałaszami, ogromna żółta chorągiew z czarnym orłem powiewała nad nimi. I już się wymykali, kiedy pod kaplicą, naprzeciw dworu w Janowiczkach, spadł im na karki Górski z wolenterami, rozbił w mgnieniu oka, powozy zagarnął, sztandar wydarł i wziąwszy na szable, pognał bez pamięci aż na błotne łąki Racławic. Co nie padło od miecza, potopiło się w bagniskach. I gdzie jeno się obrócił, mógł już dojrzeć sromotnie pierzchających. Wielu spróbowało schronienia w lesie na dół schodzącym; tych Kczewski przywitał kosami, a przyczajeni tyralierzy pożegnali celnym ogniem, że z krzykiem rozpaczy uciekali, gdzie ich oczy poniesły. Prędki zmierzch, a głównie rozkaz, wzbraniający pogoni, salwował resztki rozbitej kolumny.
Bitwa skończyła się równo ze dniem.
Jeszcze na lewem skrzydle Zajączek gromił, aż trzęsła się ziemia od huków, wrzasku i tententów, a już trąby uderzyły zwycięską fanfarą. Zagrały kapele. Tarabany jęły bić tryumfalnym marszem i ze wszystkich stron tryskały w niebo krzyki radości!
Owo po skończonej walce Zajączka, w której Pustowałow poległ, a jego korpusy w szybkiej rejteradzie szukały ocalenia, zwycięskie wojska zaczęły ściągać na punkt wyznaczony.
Naczelnik stał konno na wzniesieniu, cały w łunach pochodni i ognisk, jakoby w złocistych gloryach, z daleka widny wszystkim oczom. Pokazywał się tak rozjaśniony radością i strzelisty, niby pacierz dziękczynny za ten szczęśliwy dzień dla ojczyzny.
Wojska ściągały zwolna z szumem niemałym i gwarem; niektórzy ze śpiewem, podobnym do szczęku rąbiących mieczów; niektórzy z hulaszczą, pijaną piosneczką; niektórzy zaś z czapkami w rękach pobożnymi głosy czcili miłosierdzie Pańskie.
Wracały uznojone piechoty, całe w plejzerach, krwawych szmatach, poczerniałe od dymów, a świecące upojonemi oczami; powracały groźne jazdy w poszumie proporców; wracały baterye w bojowym porządku, z zapalonymi lontami. Wszystkie wojska, defilując przed Naczelnikiem, składały wraz trofea zdobyte na nieprzyjacielu. Spiętrzały się stosy broni i wszelakiego rynsztunku. Oddawano pozdzierane ordery. Zatykano w ziemię oznaki rot i batalionów. Prowadzono jeńców; niewielu ich było, ponieważ zaciekłość walki nie pozwalała brać niewolnika. Górski stawił się ze zdobytym sztandarem. Naczelnik zgromił go za to, że wbrew zakazowi, poważył się ścigać uciekających; na zakończenie dostał jednak pochwałę za męstwo. Defilada zajęła sporo czasu, gdyż Naczelnik oddawał sprawiedliwość każdej zasłudze. W obliczu wojsk ucałował czule Zajączka, Madalińskiego, Mangeta, Lukkę i Kaczanowskiego, nie pomijając nawet niższych szarż.
Na ostatku, z przyczyny dalszej drogi, nadciągnęli kosynierzy. Już z dala niesły się pogwary, śmiechy i pokrzyki jakby powracających z jarmarku. Wiedli ze sobą dwanaście zdobytych armat. Groźne, spiżowe paszcze, obficie zlane krwią, pokornie przyległy u stóp Wodza. Chłopska wiara stanęła półkolem, chorągiew z orłem i snopami dumnie powiewała.
Naczelnik, podjechawszy przed front, wzruszonym głosem zawołał:
— Chłopi! Swojem męstwem w znacznej mierze przyczyniliście się do zwycięstwa! Dziękuję wam imieniem Polski. Krwią za nią wylaną podpisaliście swoją wolność. Świadczę, jako wolni jesteście i równi każdemu. A czego dokonaliście, zachowa wdzięczna potomność! Zaś ciebie, Bartoszu, od dzisiaj Wojciechu Głowacki, placuję chorążym przyszłych grenadyerów krakowskich. Daj mi swoją kapotę, Mości Głowacki: będę ją nosił do końca wojny, jako znak poważania i miłości dla nowych obywatelów Rzeczpospolitej!
— Niech żyje Naczelnik! Wiwat naród! Wiwat wolność! — zerwały się huragany uniesień i wraz z wieścią o zwycięstwie leciały po wszystkiej Polsce echami wstającej wolności.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Nad ranem Biegański wraz z Zarębą ruszyli do Warszawy, lecz dla bezpieczeństwa każdy inną drogą.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.