Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gdzie już nie było miejsca na broń, chwytano się za gardła, za łby, za włosy i prano o ziemię, duszono, rwano pazurami. Walczono na bagnety, na szable, na kolby, na noże i na pięście, a w potrzebie i zęby umiały zadawać rany i śmiercie. Bito się do ostatniego tchu. Bataliony Wodzickiego walczyły z takiem męstwem i niepowstrzymaną furyą, że nieprzyjaciel, zdziesiątkowany i rozbity, szukał ratunku w bezładnem cofaniu się w tył. Wtedy bębny gwałtownie nakazały zwycięscom powrót i drugie linie zakrywając ich sobą, występowały na front szturmowym krokiem, z bronią do strzału.
— Plutonami ogień! Pierwszy pluton zaczynaj! Tuj, cel, pal! Nabijaj! — podnosiły się twarde, miarowe komendy i na zbroczone i stratowane pola, pełne trupów, konających, porzuconych rynsztunków, okrwawionych szmat i tlejących się pakuł od przybitek, występowały nowe szeregi. Rozpoczynała się bitwa ogniowa. Salwy trzeszczały za salwami, dymy znowu zasnuwały pobojowisko, huki armat wstrząsały ziemią, błyskawice strzałów ślepiły, a śmierć ciągnęła dalej swoją nieubłaganą kośbę. Napierały ze wszystkich stron piechoty, uderzały jazdy i grzmiały wszelkie kalibry dział. Moskale całą przewagą swojej liczby i artyleryi znowu próbowali przełamać i zgnieść polskie szeregi. Trzymały się jednak niepokonanie, niezachwianie, utrzymując szyk i porządek.
— Tuj, cel, pal! Nabijaj! Tuj, cel, pal! Nabijaj! — rozlegały się jednako czujne komendy.