Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


łożysku i tocząca się ciężarem masy i nabranego rozpędu.
Było już dobrze po północy, gdy armia się rozłożyła na jakiemś polu, osłoniętem lasem, zacisznem i na tyle widnem, że można było rozpoznać mrowiących się po niem ludzi. Żołnierz przysiadał, gdzie był stanął, i niewypuszczając broni, zabierał się skwapliwie do sucharów i manierek.
Pole było nieco spadziste i na samym dole, przy drodze szarzało jakieś domostwo, w którem rozkwaterowała się główna kwatera.
Zaręba, chociaż całą drogę przebył w orszaku Naczelnika i parę razy był przyzywany do jego boku, nie kwapił się wraz z drugimi do ciasnych izdebek, tak się bowiem czuł śmiertelnie przemęczony, że pozostał na dworze, koniowi popuścił popręgi, okręcił się burką i przycisnąwszy się do ściany, natychmiast zasnął. I nic go nie potrafiło rozbudzić, nawet Górski, próbujący się z nim koniecznie rozmówić. Koń, snać również znużony, położył się przy nim i tak spali obtuleni w noc i ciszę, jaka wnet ogarnęła wszystek świat. Obóz jakby zamarł. Nawet główna kwatera nie dawała znaku życia, przysłonięte okno broniło od ciekawych. I wiatr zwolna przestawał szumieć.
Czuwały jeno konne i piesze pikiety, gęsto porozstawiane.
Równo jednak z pierwszym świtem, kiedy niebo na wschodzie pobielało i wierzchoły gór wynurzały się z morzu ciemności, Naczelnik ukazał się przed kwaterą, skoczył na konia i tylko w asyście Zajączka i trę-