Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


strony świata, gdy na urwistej i krętej drodze z Koniuszy pokazał się oddział kawaleryi. Pędzili na dół, ginęli oczom na skrętach, znowu migotali na białej drodze, aż zjechawszy na podgórze, przepadli w nizinnych mgłach na długą chwilę. Pokazali się dopiero za obozem, na wzgórzu znacznie wyniesionem, przy gardzieli szerokiego wąwozu.
Naczelnik się pokazał ze swoim sztabem i asystą konnych wolonterów.
Obóz ścichnął, znieruchomiał i dech przytaił. Wszystkie oczy darły się do niego przez mgławe przesłony, niby przez ogromną, zapoconą szybę.
Owo w tym momencie słońce się pokazało, ogniste płomienie trysnęły na świat, mgły nagle skłębione zaczęły bić w górę pierzastymi słupami, niby dymy z niezliczonych kadzielnic.
Wielka chorągiew dźwignęła się przy Naczelniku i zagrała trąbka.
W odzewie wszystkie tarabany na raz zabiły, suchy grochot posypał się prędko, mocno, nakazująco i wraz zadudniła ziemia pod krokami tysięcy.
Armia ruszyła w pochód.
Wynurzali się z pod góry, z mgieł rzednących i leśnych mroków, jakoby z wnętrza samej Koniuszy, owi bajeczni rycerze, śpiący tam od prawieka, którzy gdy pora nadeszła i trąby zagrały, powstali na krwawe boje, na zbawienie ojczyzny.
Zagrzmiała ziemia pod kopytami, zalśniły lance i powiał szum proporców biało-zielonych. Ukazała się straż przednia, oddział wyborowej kawaleryi, uformo-