Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niom grały wątroby. Wojska cofnąwszy się nieco, rozwijały się na polach szerokim frontem przed Imbramowicami. Piechota wzięła stanowiska z obu stron drogi, armaty zatoczono w przerwy i na boki, kawalerya stanęła na flankach, rezerwy na wskazanych sobie miejscach, zaś kosynierzy sformowani w ściśniętą kolumnę, strzeżoną na skrzydłach przez kompanię Kaczanowskiego, pozostali na drodze, jakby wrośnięci w ziemię. Tyralierskie łańcuchy czołgały się z karabinami gotowymi do ataku. Kiedy armia ustawiła się do bitwy i jakby zakrzepła w miejscach, strzały rozległy się mocniej, gęściej i bliżej. We wsiach wybuchały straszne lamenty i krzyki. Czasami dochodziły tętenty koni, wrzaski jakieś nieludzkie i głuche szczęki broni. Wrzask podniósł się niebosiężny, gdy jakaś chałupa w Gruszowie stanęła w ogniu i wystrzeliły fontanny czarnych dymów. Wojska jednak stały nieporuszone, twarze były skupione w zasłuchaniu, oczy błyszczały żywiej, serca się tłukły, niby spętane ptaki, a garście silniej ściskały kosy, lance czy karabiny.
Naczelnik raz po raz ukazował się przed frontem z trębaczem, otrębującym rozkazy.
Jakieś szwadrony, odłamujące się z flanków, wymykały się gdzieś na strony.
— Już ich docinają, ani jedna kozacka noga ujść nie powinna — powiedział Fiszer, osadzając konia przy Zarębie.
— Chwała Bogu, doda to wojskom ducha.
— Ba, nie wiadomo, czy za tym podjazdem nie następują główne siły. Na razie nic jeszcze pewnego.