Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Widziałem, coś dokonał. Ojczyzna ci tego nie zapomni — uściskał go czule.
— Moja powinność — ledwie wyszeptał z utrudzenia — zasługa to kosynierów, Obywatelu-Generale!
— Zasłużyli się ojczyźnie ponad spodziewanie. Ale to potem. Bierz konia i pędź z rozkazem do Zajączka! Powiedz, co się tu dzieje. Ma wszystkiemi siłami atakować, całą forsą.
Porzucił go, pędząc do walczących. A już zarówno żołnierze Kaczanowskiego, jak i kosynierzy, zdawali się być wściekli; pijani walką i własną mocą, oszaleli, często bez czap, a nawet i bez kurt i kapot, zjuszeni krwią własną i nieprzyjaciół, straszliwie się zwijali przy tem okropnem żniwie. Chłopi wyrąbywali ten człowieczy bór z nieopisaną furyą, a bór z jękiem żałosnym walił się pokotem, wył miłosierdzia i litości. Nie przepuszczali nikomu. I krzykając junacko, niekiedy z dzikim śmiechem rąbali, jakby na wyprzódki, któren prędzej, któren mocniej, któren więcej.
Kiedy Zaręba ruszał do Zajączka, kolumna była już przełamana, rozbita i uciekała na wszystkie strony świata w panicznym popłochu.
W dogasającym dniu, w modrawym zmierzchu i cichości, jaką świat ogarnia wraz z następującą nocą, tragicznie brzmiały krzyki rozpaczy, jęki rannych i konających. Docinano broniących się jeszcze tu i owdzie. Jakiś oddział jazdy, osłaniający sztabowe powozy, torował sobie drogę pałaszami, ogromna żółta chorągiew z czarnym orłem powiewała nad nimi. I już się wymykali, kiedy pod kaplicą, naprzeciw dworu w Jano-