Insurekcya/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Insurekcya
Pochodzenie Rok 1794
Data wydania 1925
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ V.

Teatr wrzał ukropem braw, długo niemilknących i tak gwałtownie potęgowanych tupaniem i krzykami, że trzęsły się ściany i gasły światła. Aktorowie stali w owej ulewie rzęsistych aplauzów, jakby nieco skonsternowani, wylękło zezując ku marszałkowskiej loży. Skoro jednak przycichło, Bardos znowu zaśpiewał:

»Gdzie się w niewoli żyje,
Niemasz tam wzajemności;
Pies na powrozie wyje,
Każdy pragnie wolności«.

Publicum podchwyciło melodyę i wraz wszyscy zaśpiewali jednym, ogromnym głosem. Szczególniej śpiewał parter, zapchany młodzieżą wojskową i cywilną. Nawet z wielu lóż wtórowały głosy zapału i uniesień. Strojne damy, do pół wychylone z lóż, twarze w gorączce, oczy w błyskawicach, ręce złożone do braw, ciche łzy entuzyazmu i ta zwrotka, w powszechnem rozanimowaniu bijąca zgodnym rytmem czucia wolności, bo był obraz Narodowego Teatru na reprezentacyi »Krakowiaków i Górali« w dniu 8 kwietnia.

»Patrzcie, Polacy, patrzcie,
Jak mało wam potrzeba
Do niewoli, którą macie:
Kajdan, wody i chleba«.

Tysiące pięści podniosło się groźnie i ryk wstrząsnął teatrem.
— Precz z tyranami! Precz z niewolą! Precz z aliantami!

»Niemądry, kto wśród drogi
Z przestrachu traci męstwo;
Im sroższe ciernie, głogi,
Tem milsze jest zwycięstwo«.

Teatr już słuchał z tchem zapartym, w milczeniu, jeno mimowolne okrzyki, westchnienia i niekiedy jakiś przejmujący szloch dawały miarę powszechnego poruszenia, że kiedy spadły zasłony, nie łacno się otrząśnięto z tych patryotycznych ekscytacyi. Spoglądano na siebie przełzawionemi oczami uniesień i zarazem zdumienia.
Właśnie wtedy był wszedł Zaręba i poszeptawszy na stronie ze spiskowcami, przypadkowo napotykanymi, przecisnął się na przód parteru i wsparty o baryerę grodzącą miejsca, muzykantom wyznaczone, najspokojniej rozglądał się dokoła. Był, jak zwyczajnie, po wojskowemu, niezwyczajnie tylko wymizerowany i blady, lecz dorodnością oblicza i foremnej postaci ściągający uwagę dam. Stał pod migotem lornetek, niby pod krzyżowym ogniem, nieulękle parując zaczepne spojrzenia i uśmiechy, tak, zdawało się tem, jedynie zajęty, że ani kto zauważył, jako raz po raz ktoś brał od niego jakieś sekretne słówka i roznosił je w ciżbach. Bowiem teatr natłoczony był od stropu do pawimentów. Aż ćmiło się w oczach od strojów i piękności. Parter był nabity i jakby wybrukowany głowami mężczyzn, zaś cztery piętra lóż, wystawiały się być amfiteatralnie spiętrzonym żardynem, gdzie pod blask rzęsistych świateł grały najcudniejsze kwiaty wdzięków. A wszędzie połyski dyamentów, pióra, obnażone ramiona, łabędzie szyje, fryzury kunsztowne, promienne oczy, wargi nabrane purpurą, suknie utkane jakby z pajęczyn i motylich skrzydeł, migotania wachlarzów i strzeliste spojrzenia, wszędzie bogactwo, uroda i wyszukana dworność manier. Wizytowano się wedle zwyczaju po lożach. Słychać było brzęki szabel i skrzypienia drzwi. Niekiedy z loży do loży leciały słowa powitań. Spojrzenia krążyły w nieujętych lotach. Gwar się podniósł. Modne franty w pasiatych frakach, z włosami misternie wzburzonymi, okręceni w chusty po brodę, z gałkami lasek pod wargą, wykrygowani, opięci, brzękający łańcuszkami, pieczątkami, kręcili się nieustannie po lożach i parterze. Nieustannie też rozlegały się po różnych piętrach przenikliwe wołania teatralnej liberyi:
— Afisz reprezentacyi! Libreto Krakowiaków i Górali! Afisz!
— Cóż to za socyeta? Prawie nikogo nie znam! — pytał Zaręba jakiegoś towarzysza.
— Patryotyczni łyczkowie ze swojemi magnifikami i progeniturą! — posłyszał szydliwie. Nie pytał więcej, bowiem rozdarły się zasłony i rozpoczął się nowy akt spektaklu. Skończył się również rzęsistemi brawami, długo nie milknącemi, on zaś tem ciekawiej lustrował owe publikum, rzadko spotykane w takiej proporcyi na reprezentacyach. Odszukał pomiędzy niemi p. Barsową z córkami i p. Radzymińską. Konopka siedział przy nich. Dopiero w lożach dolnych, nad parterem, o ile rozsunięte złocone kraty pozwalały, zobaczył więcej znajomych twarzy. Obok królewskiej, na wprost sceny, ciemnej i zasłoniętej, brała miejsce p. generałowa Mokronowska ze swoim ślicznym fraucymerem. Tuż za nią siedziała piękna Jula Potocka ze synaczkami, zaszeptana z Gardinerem, angielskim rezydentem. Nieco dalej, p. Grabowska, w asyście jakichś fircyków; w białej peruce, wyblechowana, upstrzona muszkami, wyczupirzona i nadęta, dawała podobieństwo sowy, drzemiącej wśród gawronów. Była i p. hetmanowa Ożarowska z kompanią rosyjskich dam i oficyerów. Dziwiła niemało obecność starej księżny wojewodziny Jabłonowskiej, otoczonej dworem przyjaciół, ludzi znanych z obywatelskiego ducha. Księżna cieszyła się u powszechności taką estymą, że wszyscy uchylali przed nią czoło, jako przed doskonałym wzorem cnót i patryotyzmu. Generalne jednak zdziwienie wywoływała słynna Lhullier, nigdy nie spotykana na polskim teatrze. Wystawiała się na przodzie loży piękna, strojna, połyskująca rosą dyamentów, zimna i do modnej kukły podobna. Siedziała, obojętnie przyjmując ciekawe, natarczywe spojrzenia i złośliwe uwagi parteru. Woyna rozpierał się przy niej z cynicznie drwiącym uśmieszkiem i częstem, niedbale maskowanem poziewaniem.
Naraz uwaga powszechna zwróciła się w inną zgoła stronę. Padła wieść o Racławicach i szerzyła się, jak pożar. Szeptano ją sobie na ucho, pod sekretem: podawano z ust do ust, z piętra na piętro; wszędzie znaczyła swój ślad wybuchami radości, ledwie stłumionymi okrzykami, osłupieniem niespodzianych zdumień, gdzie nawet łzami cichego szczęścia. Zwłaszcza parter wzburzył się i zaszumiał, jak morze. Nie było końca gorączkowym dyskursom. Twarze stawały w łunach i błyskawicach uniesień. Ściskano sobie dłonie i padano w ramiona. Piersi zaledwie zdołały objąć czucia wzmożone. »Racławice! Naczelnik! Zwycięstwo!« Te słowa huczały w teatrze, niby wiosenne, upajające gromy. Powietrze stawało się upalne. Zagrała krew. Sprężały się chęci natychmiastowego zmierzenia się z wrogiem. Imaginacye snuły obrazy zwycięstw. Trzaskano w szable. Znikały niepodobieństwa. Dusze płonęły ekstazą poświęceń i miłości. Już głośno dawano wyraz swoim opiniom i nadziejom. Nawet marzenia przyoblekały się w słowa płomienne, nasycone krwią. Naraz wszyscy zagadali zgoła inaczej, bo wyniośle i zuchwale. Nie zważano na szpiegunów, ni oficyerów rosyjskich, siedzących z p. Ożarowską i w marszałkowskiej loży. Wysykano jakiegoś oficyera Polaka w moskiewskim mundurze. Natomiast Zakrzewskiego, prezydenta Warszawy czasu Wielkiego Seymu i jednego z twórców konstytucyi 3-go Maja, który się był pokazał w loży p. Mokronowskiej, przywitano burzliwymi okrzykami radości. Parter manifestował swoje patryotyczne czucia przy każdej zdarzonej okazyi.
Ale byli i niewierni Tomasze, pytający z niepokojem każdego ze znajomych:
— Zali to prawda, co mówią? Zali to nie kabała Igelströma czy Buchholtza?
Odsyłano ich do naocznego świadka, do Zaręby, stojącego na dawnem miejscu. Ścisk się już był czynił przy nim. Wszystkie spojrzenia leciały do niego; spojrzenia uwielbień, zachwytów i nieledwie modlitw. Śledzono każde jego poruszenie, a każde słowo brano w serca, jakoby komunię. Stał się naraz dla wszystkich drogim i kochanym. Cały teatr mówił jedynie o nim. Już szeptano nie tylko jego imię, ale i o jego wojennych przewagach powstawały fantastyczne opowieści. Już fama wieńczyła go nimbem nadzwyczajnych zasług. Już damy, że był urodziwym, widziały w nim prawdziwego bohatyra i zbawcę ojczyzny. Niejeden kwiat, przywiędły od gorących całunków, leciał mu do nóg. Brał to jedynie za jakiś przypadek. Rozumiał bowiem, że przyczyną powszechnego poruszenia i szeptów była wiadomość o zwycięstwie, ale ani mógł imaginować takie generalne zajmowanie się swoją osobą. Z tych względów niektórym spiskowcom, winszującym mu sukcesów, odpowiedział porywczo:
— Że raport Naczelnika przywiozłem? Konie, na których jechałem, mają większą zasługę.
Rozpoczął się nowy akt spektaklu. Mało jednak zważano na perypetye sztuki, a skoro się pojawił na scenie Bardos, parter natarczywie zażądał powtórzenia piosenek. Śpiewano je znowu przy takich samych aplauzach, krzykach i entuzyaźmie.
Po skończeniu piosenek ktoś z publiki podał jakiś karteluszek Bardosowi. Bogusławski, grający tę rolę, przeczytał spiesznie i prosząc o ciszę, wystąpił naprzód sceny. Zapadło takie milczenie, że słyszeć się dawały łomotania serc, gorączkowe oddechy i skrzypienia podłóg. Oczekiwano w najgłębszem napięciu i niecierpliwości.
Bogusławski zaśpiewał głosem grzmiącym, jak wojenna pobudka:

»Na polach Racławic krwawo,
Z nich okrzyk w niebo bije: Zwycięstwo!
O miejże powstania męstwo,
Warszawo! Naczelnik woła: Warszawo!«

Wszyscy porwali się z miejsc i wraz wybuchnął nieopisany orkan krzyków.
Zarębę ktoś wyprowadził z parteru i zawiódł do loży p. Mokronowskiej, gdzie rad nierad musiał złożyć obszerniejszą relacyę o Racławicach. I pomimo śpiewów, rzęsistych braw i tupotów, od których teatr trząsł się i dygotał, niby we febrze, Zakrzewski próbował go jeszcze indagować w różnych materyach; na szczęście zjawił się Woyna i pod jakimś bardzo ważnym pretekstem, wprowadził na korytarz.
— Że ci to przyszła ta jenialna myśl ratowania mnie z prawdziwej opresyi!
— Margrabianka rozkazała mi cię ocalić choćby za cenę własnego życia — śmiał się Woyna.
— Margrabianka? Nie znam. Ach, to ta królewska gamratka — szepnął lekceważąco.
— Mam cię do niej zaprowadzić żywym czy umarłym. Przysiągłem i spełnię.
— Oszalałeś, widzę. Mam iść do niej z wizytacyą? Jutro ogłoszą mnie za jej amanta — dziękuję!
— Tak sobie ważysz opinię cnotliwego, racławicki herosie! Nie obawiaj się. Prosi cię...
— Byłem jej prezentowany w Grodnie; ale wątpię, aby mnie zapamiętała.
— Pamięta i prosi cię na chwilę rozmowy. Jeśliś niepewny siebie, to przy świadku...
— Coś w tem się kryje! I radzisz, abym poszedł? — pytał zgoła przyjacielskim tonem.
— Proszę cię o to. Nikt cię nie zobaczy! Nawet te bogdanki, które ci rzucały kwiaty...
— Dlaczego nazwałeś mnie racławickim herosem? — zapytał nagle z niepokojem.
— Wiem od margrabianki, żeś przyjechał prosto z obozu Naczelnika.
— Ona wie! Zaczekajże! Ona ci to powiedziała? Niepodobne do wiary.
— Parol kawalerski. Dziwiła się nawet, że po takiej drodze jesteś jeszcze w teatrze.
— Znaczy, iż jeszcze ktoś trzeci przyjechał z relacyami, i to do króla!
— Albo do Igelströma, co zresztą na jedno wychodzi.
— Trudno mi się z tem pogodzić! Prawda, Tormasow mógł powiadomić ambasadora o swojej klęsce pod Racławicami. Czego ona może chcieć odemnie?
— Wyglądasz, jak lew, któryby po walce chętnie pożarł co smacznego...
— Właśnie mi teraz w głowie amory! — wzruszył wzgardliwie ramionami.
— A propos amorów! Nie pęknij ze śmiechu: zakochałem się po uszy.
— Po staremu, trzymają ci się krotochwile. Może potrzebujesz drużby? Służę ci...
— Myśl przednia. Pomówimy o tem. Chodźmy, damy nie powinny na nas czekać.
Zapukał umówionym sposobem do jakichś drzwi, otworzył je liberyjny. Mały przedpokój oddzielony był od loży ciężką, wiśniowej barwy, zasłoną. Margrabianka siedziała przy zaciągniętej kracie, pilnie lustrując scenę i publiczność. W loży, urządzonej z przepychem, szumiało wzburzone morze głosów niby w muszli, że aby się zrozumieć, rozmawiano szeptem. Podała Zarębie rękę, obciągniętą w białą rękawiczkę, pokrytą misternemi malowidłami. Patrzyła przytem z taką zimną przenikliwością, że jakby lód poczuł w sercu i poruszył się niespokojnie. Z blizka wydawała mu się nawet piękniejszą i jeszcze bardziej przypominającą maskę. Rysy miała jakby rznięte w słoniowej kości, zastygłe, twarz bladą, wielkie oczy, nos orli na podobieństwo dzioba i pełne, czerwone usta, niby otwarta, krwawa rana; ciągnęły jak gorejące otchłanie. Mówiła głosem nizkim o pieściwych brzmieniach. Postaci była foremnej, smukła i gibka o ruchach niespodzianych, gnąca się wężowymi skręty lub w nagłości tygrysich sprężeń rozdygotana. Jej czarne oczy połyskiwały zdradną tonią, zaś chwilami zapalały się w nich zielone skry. Rozmawiała dwornie, ale jakby z rozmysłem wtrącając gminne i dosadne wyrażenia.
— Pan może nie wie, że jestem wróżbiarką? — zwróciła się do Zaręby, przeskakując nagle z innej materyi — bardzo pragnę zobaczyć pańską rękę.
— Nie znajdzie pani w niej nic godnego ciekawości — szepnął skonsternowany.
— Bardzo interesująca! Bardzo! Tutaj za ciemno. Jean, zasłona! — rozkazała.
Liberyjny spuścił grube firanki na kraty, uczyniło się znacznie ciszej.
Przeszli w głąb loży, do stolika, na którym służący postawił świecznik z płonącemi świecami. Wzięła znowu jego rękę i długo rozpatrywała zagmatwane linie dłoni.
— Niezwykłe losy! Bujne życie! Niesłychane szanse! — szeptała z patosem jarmarcznych wróżbitek, motając go przytem spojrzeniami, jakby siecią niewidzialną.
Słuchał z dwornym uśmiechem, zdziwiony raczej, niźli przejęty.
— Wielkie ukochania i wielkie cierpienia! — ciągnęła palcem po jego dłoni.
— Kto wierzy, będzie zbawiony! Zbawiajcie się! — zadrwił Woyna, sięgając po kapelusz.
Taka burza znowu zahuczała w teatrze, że margrabianka zasłoniła spiesznie uszy.
— Nie podobna już wytrzymać — jęknęła, opadając w złocony fotelik — przyjdź pan do mnie po spektaklu, Woyna zna drogę. Powiem, co wyczytałam w dłoni; tutaj nie mogę zebrać myśli. Proszę mi dać słowo, że nie będę czekała na próżno. Mam ważną sprawę, może nawet związaną z tem, co pan dzisiaj przywiózł od Naczelnika.
Zadrżał, topiąc w niej zaniepokojone oczy. Jej krwawe usta uśmiechnęły się zagadkowo.
— Przyjdę z pewnością! — powiedział z taką prawdą, że już więcej nie nalegała.
Wyszedł zaraz, ale w korytarzu zatoczył się na ścianę; ledwie go Woyna podtrzymał.
— Teraz dopiero poczułem forsowną jazdę, nogi mi zesztywniały... w głowie się kręci...
— Zabieram cię do siebie, musisz nieco wypocząć. A może cię urzekła ta Sybilla?
— Kości mi się rozłażą i ledwie już patrzę na oczy. Chodźmy na powietrze.
— Śmiechu warte, lecz znam osoby, którym odkryła najtajniejsze ewenty życia. Podobno król nic nie poczyna bez jej wróżb. Tem go przy sobie trzyma.
— Nie na wiele mu się to przydaje. Nie jej wróżby mnie zdumiały... Ciekawa persona...
— I pono biegła w swojej sztuce miłośnica.
— Kto drugi parsknąłby śmiechem na twoje »pono«, ale ja ci wierzę. Powszechność sądzi.
— Powszechność sądzi mnie kochankiem każdej, która się ze mną pokaże na ulicach. Może kiedyś powiem, co ja mniemam o powszechności, kiedyś, bo aktualnie nudzi mnie ta materya. Wyjdźmy drzwiami od sal redutowych, tam pusto.
— To lepiej, wyjdę niepostrzeżenie. Niepotrzebnie pokazywałem się w teatrze.
— Ta brawada dawała pozór jakbyś się krokiem nie ruszał z Warszawy.
— I to miałem na celu, a wyszło przeciwnie. Słyszysz, co się tam wyrabia?
Byli już w dziedzińcu Krasińskich, a jeszcze goniły za nimi huragany braw, krzyków i śpiewań. Teatr, rzęsiście oświetlony, przybierał w ciemnej nocy podobieństwo korabia, burzliwie żeglującego. Przed głównem wyjściem, tłoczyło się mnóstwo pojazdów, służby, pachołków z latarniami do odprowadzenia pieszych, konnych laufrów z pochodniami i marszałkowskich dragonów, trzymających w ryzie kupy swywolnego ultajstwa.
— Znam Warszawę, ale nie imaginowałem jej tak zapalną — oświadczył Woyna.
— Boś znał tylko górną socyetę, popioły dawno zetlałe; ale dopiero pod nimi, na spodzie, tają się wielkie żary, wielkie czucia i wielkie dusze.
— Nie neguję, a jeśli z taką samą furyą powstaną do boju, biada wrogom!
— I biada zdrajcom! Stratują ich żelazne stopy gniewu. Gdzie Biegański?
— Śpi w arsenale u Dobrskiego. Próbowali go zbudzić: klnie, kopie i pistoletami grozi.
— Wyprzedził mnie o sześć godzin — szepnął markotnie — razem ruszyliśmy z pod Racławic!
— Jakże tam było? Rozumiesz moją ciekawość?
— Opowiem ci w domu. To jeno wiedz: Zwycięstwo; Naczelnik — wódz; chłopy — bohatyry!
Przy bramie z dziedzińca Krasińskich na Długą stał mocny oddział piechoty z kozakami i jedną armatą. Palili ogień, jakby na biwaku gdzieś w polach.
— Mają się na baczności — mruknął Zaręba, penetrując jegrów.
— W całem mieście straże zwiększone w czwórnasób.
Weszli na Miodową, prawie ciemną i pustą z racyi rozkazu marszałka, by wszystkie sklepy zamykano równo ze zmierzchem. Wcześnie było, zaledwie po ósmej. Siał drobny deszczyk, jakby przez sito. Błoto chlupało pod nogami. Rzadkie latarnie dawały skąpe światło. Pod gdańskim domem, gdzie kwaterował Zubow, trzymała straż półkompania grenadyerów kijowskich w bojowej gotowości.
— Snać się lęka wykradzenia przez wielbicielki — zauważył drwiąco Woyna.
— Co wiesz o tej rzekomej margrabiance?
Woyna opowiadał, nie oszczędzając jej pod żadnym względem, lecz pomimo ironicznego tonu i drwin, zdradzał zupełną wiarę w jej wróżbiarstwo. Pokazywał się przytem zabobonnym, jak prawdziwy ateista. Zaręba słuchał, deliberując równocześnie nad niepokojącem go pytaniem: Od kogo wie, co przywiózł od Naczelnika? Ale przechodząc obok pałacu Borcha, mimowoli przystanął. W apartamentach Izy błyszczały światła.
— Wstąpię na chwilę do kasztelanowej — nagle zdeterminował, sam nie wiedząc dlaczego — jutro nie będę miał czasu. Daruj mi, za godzinę stawię się u ciebie z pewnością.
— Mówi się: kasztelanowa, a myśli się: piękna Iza! — zaśmiał się ironicznie. — Potrzebuje pociechy, ciężkie bowiem terminy na nią przychodzą!
— Nie wiem o niczem. Cóż jej zagraża? — pytał żywo, żywiej nawet, niźli chciał.
— Z pod Racławic wracasz, bohatyrze; zaraz to znać, skoro nie wiesz, jaki tutaj panuje płacz i zgrzytanie zębów i jaki ordynaryjny strach trzęsie najpiękniejszymi łydkami wielkiego świata Warszawy! I to od dnia, w którym przyszła wiadomość o krakowskiej insurekcyi. Słodkie dnie polsko-moskiewskiego aranjuezu, minęły, jak sen. Skonały nagłą śmiercią wspólną przyjacielskie promenady, baliki champétre, wizytacye, teatry amatorskie i miłosne intrygi. Wszyscy gotują się do ucieczki. Już p. Załuską wysłał Igelström do Królewca. Już wyżsi oficyerowie również odsyłają swoje żony w bezpieczniejsze miejsca. Cała nasza górna socyeta wzdycha tęskliwie do Petersburga! Ucieka tam, kto jeno może! Najgorętsi adherenci Moskwy nie poznają na ulicach swoich wczorajszych socyuszów! Patrzę się i boki mi pękają ze śmiechu. Myślę, że Zubow nie pozostawi szambelanowej na zmienne azardy wojennej fortuny.
— Śmiałe przypuszczenia! — przerwał mu dość raptownie — za godzinę będę u ciebie.
— Pamiętaj: kamienica Roeslera, drugie piętro i wejście od Senatorskiej. Ja wracam na chwilę do teatru, muszę się porozumieć z Konopką.
— Mówi się: Konopka, a myśli się: piękna Barsowa! — oddał mu wet za wet.
— Spudłowałeś. Myśli się: piękna panna Radzymińska! Oto prawda i wyznanie zarazem.
— Radzymińska, siostra rotmistrza! Czy ja się nie przesłyszałem?
— Nie. Ale czemu przypisać to zdumienie! Czyżbyś miał na nią jakie widoki?
— Mam przecież narzeczoną. Zdziwiłem się, jak gap. Śliczna panna — pilnie się wykręcał.
— A ponieważ chciałeś drużbować, trzymam cię za słowo. Nie spóźniaj się!
I poleciał. Zaręba wchodząc w dziedziniec pałacowy, obejrzał się za nim i pomyślał:
— Skoro się dowie o historyi z Zubowem, gotowa trajedya. Biedny chłopak.
I pełen troski o przyjaciela, wszedł do pałacowej sieni.
— Już od godziny oczekują p. porucznika — oznajmił poufale stary, znajomy służący.
— Czekają na mnie! Cóż to znowu za facecye? Wstąpiłem zupełnie przypadkowo.
— Wszyscy zebrani są w bawialni p. szambelanowej. Jest i p. Terenia!
Przeleciał schody i jak wicher wpadł do zacisznego pokoju.
— No i macie go we własnej osobie — mówiła tryumfująco kasztelanowa, całując go czule na przywitanie — i przynosisz nowiny od Stasia!
— Mam nawet list od niego. Kto p. kasztelanową uprzedził o tem?
— Moi przyjaciele, wczoraj wieczorem — szepnęła z jakimś zaświatowym uśmiechem.
— Więc nie p. Lhullier? — pytał, owładnięty jakby ciemną trwogą.
— Nie znam tej osoby nawet z widzenia! — wyrzekła z nieskrywaną awersyą.
Obejrzał się tonącemi oczami. Był w bawialni, siedzieli przy okrągłym stole, w blaskach świec, płonących w białych, farfurowych kandelabrach; patrzyli na niego przyjaźnie. Przemógł to jakieś mgnieniowe przyćmienie umysłu, być może, powstałe z przemęczenia, i przywitawszy się ze wszystkiemi, zasiadł przy nich. Okazywali się dla niego uprzedzająco dobrzy i czuli. Marcin Zakrzewski, z rozłożonemi rękami, przemieniony na motowidło, z którego Terenia zwijała jakieś barwne nici, ucałował go serdecznie. Iza patrzyła w niego oczami uwielbień. W bawialni było ciepło i widno; ogień wesoło trzaskał na kominku. Rozmawiano półgłosem. Służba przesuwała się bez szelestu. Więc po tygodniach, spędzonych na koniu, po biwakach, pochodach i bitewnych przygodach, po chłodzie i głodzie, poczuł się naraz w lubej atmosferze rodzinnego domu. Szambelan zadysponował obfity posiłek i sam nakładał mu z półmisków. Iza czuwała, by mu niczego nie brakowało. Przybrana w skromny dezabil złotawej barwy, z włosami gładko przyczesanemi nad czołem, a spiętemi na karku w grecki węzeł, była piękna tą pięknością pierwszych lat dziewczęctwa. Nie mógł się jej napatrzyć. Uderzała mu do głowy, jak wino. Nawet kasztelanowa mimo posępnej czerni i twarzy widmowej jaśniała dzisiaj szczególniejszą pogodą.
— Staś pisze, że Naczelnik zganił go i zarazem wyróżnił. Jak to rozumieć?
Opowiedział, jak było, nie szczędząc mu przytem pochwał i szczerego uznania.
— Więc stawał tak mężnie i z takim azardem? — Słodka duma przepełniła jej serce.
— Bohatyrsko! Mam o tem szczegółowe relacye — zaznaczył z naciskiem.
Spojrzenia skrzyżowały się nad jego głową w niemem porozumieniu.
— To porucznik nie wraca z pod Kościuszki? — wyrwała się po swojemu Terenia.
— Niestety, wracam tylko z Grabowa! — odparł spokojnie z pozorami najszczerszej prawdy. I korzystając skwapliwie ze zboczenia rozmowy w tę stronę, narzekał na kłopoty, jakie na niego spadły wraz ze śmiercią ojca. Czy wzbudził wiarę, nie mógł wymiarkować; lecz tyle zyskał, że rozmowa potoczyła się w bieżących materyach. Szambelan, nie bez złośliwej intencyi dokuczenia Izie, wydrwiwał popłoch, jaki się szerzył pomiędzy towarzystwem polsko-rosyjskiem, a w końcu powiedział:
— Przyjaciele obligują, byśmy na te straszne czasy, wyjechali do Petersburga. Mogą się tutaj powtórzyć paryskie historye. O siebie się nie obawiam!
— A ja zapowiadam, że z Warszawy się nie ruszę — powiedziała ze stanowczością Iza.
— Nie odpowiadam za następstwa! Przestrzegam, to moja powinność.
— I ja nie wyjadę, chociaż kasztelan codziennie nalega — oznajmiła kasztelanowa.
— Ja się tam niczego nie boję i nigdzie nie uciekam — zadeklarowała Terenia.
— Pod komendą Marcina nic nie grozi — rozśmiał się Zaręba.
— Mam jeszcze Königowskich ułanów — dodała dumnie — tysiąc wiernych szabel i tatusia.
— Zostajesz aktualnie w Warszawie i na dłużej? — zwróciła się Iza do Zaręby.
— O ile rachuby nie zawiodą, pozostanę. I myślę, iż dla wszystkich będzie w Warszawie pozostać najbezpieczniej. Chyba, że ktoś ma ciężkie obrachunki z narodem...
— A jak te straszne Jakobiny pomordują nas wszystkich? — wystrzeliła Terenia.
— Może i niektórych pomordują, nie wszystkich jednak — odpowiedział żartobliwie.
— Bo wiem, jako spiskują na samego króla! Ale niech się ważą! Nasi ułani już są w Warszawie, dzisiaj przysięgali na wierność królowi; dadzą oni bobu spiskowcom!
— I panna Terenia będzie broniła króla!
— Do ostatniego tchu! I Marcin będzie bronił z gwardyą! — zapewniała gorąco.
— Marcin, a jeśli do tego czasu znowu dostanie abszyt od p. Tereni?...
Żachnęła się obrażona i uciekła. Marcin pogonił za nią amfiladą pokojów.
Szambelan się podniósł; jego nieodstępny Kubuś, przypomniał porę lekarstwa.
Pozostali we troje, ale kasztelanowa zapadła w jakieś odrętwiałe milczenie, nie odpowiadając nikomu, może nawet nie słysząc ich głosów.
Wybiła właśnie dziewiąta i Zaręba podniósł się do wyjścia.
— Uciekasz? Tak ci pilno, czy tak ci ze mną nudno? — spytała bez ogródek.
— Pilno, czekają na mnie o wyznaczonej porze. Uwierzysz, że wolałbym pozostać z tobą.
— A tak mnie unikałeś! — powiedziała ze szczerością wielce kłopotliwą dla niego.
— Od chwili, w której mnie ostrzegłaś, musiałem się kryć, a potem wyjechałem. Boże, toż jeszcze ci nie podziękowałem za ocalenie moje i towarzyszów! I nie wiem, jak to wyrazić!
Stali przy sobie blizko, prawie się dotykając piersiami. Zagrała w nim pijana, szalona żądza pochwycenia jej w ramiona i całowania nabranych, purpurowych ust. Patrzyła bowiem tak wyzywająco, była tak kusząco piękna, tak zdała się być gotową na wszystko, że w głowie mu się zakręciło. Powstrzymał się jednak i tylko ucałował jej ręce; były chłodne i nie oddawały uściśnień. W oczach jej zabłysła jakby mgła łez.
— Dziękuję ci całą duszą w imieniu ocalonych. Postąpiłaś wzniosie.
— Ciebie pragnęłam widzieć wolnym, tylko ciebie... — posłyszał namiętny szept.
— Dług mojej wdzięczności nigdy nie będzie spłaconym — sięgnął po jej rękę; cofnęła prędko.
— Igelström wie o wszystkiem i ma spiskowych w obserwacyi — szepnęła — wiem, że układają nowy regestr tych, którzy lada dzień mają być pochwyceni przez Baura. Czy jesteś na nim wymieniony, nie wiem. To ci jeszcze chciałam powiedzieć. Odpłacisz mi, jeśli będę wiedziała o dniu wybuchu.
— Jeszcze nie zdeterminowany, ale będziesz wiedziała — zapewniał gorąco.
— I niech się wszystek świat zawali! — wyrzekła z niewysłowioną boleścią.
Zadrżał na ten jęk rozpaczliwy, zbudziła się w niem jakby dawna miłość, pełna jeno współczucia i litości. Straszliwy żal zaszarpał mu sercem. Stała przed nim taka bezbronna i żałosna, taka dziwnie inna, blizka i jak siostra, droga. Nic z tego nie wyraził, nie śmiał, obawiając się nieprzewidzianego obrotu.
Już przy drzwiach posłyszał za sobą jej kroki, odwrócił się wyczekująco.
— Czy to prawda, że się żenisz? Nie wierzyłam pogłoskom — spytała otwarcie.
— Mam narzeczoną — odpowiedział nieco wykrętnie, sam nie wiedząc, dlaczego. Ale to pytanie, uderzające jakby kamieniem, przywróciło mu równowagę, chwilowo straconą. Poczuł się opancerzonym na wszelkie ciosy.
— Życzę ci szczęścia! — powiedziała cicho i odeszła jakoś chwiejnie i bardzo powoli.
Widział, jak siadła na dawnem miejscu, wsparła się łokciami o stół i łzy popłynęły z jej oczów ciężkimi sznurami pereł. Dawała im spływać, jakby krwi z rany śmiertelnej. Płakała spokojnie, bez jęków i szlochań, beznadziejnie.
Cóż miał począć? Uciekł poruszony do trzewiów, zacinając zęby, aby nie zakrzyczeć z jakiegoś szarpiącego bólu. Wciąż miał przed sobą jej twarz zakrzepłą na kamień i radloną strugami łez. Te jej łzy zalewały mu serce zgryzotą i wszystkiemi furyami nagle zbudzonych żalów. Kochała go! Miał teraz oczywisty dowód. Ale nie chciał temu zawierzyć. Krwawił serce wspominaniem jej zdrad i życia, wydzierał z pamięci, zohydzał przed samym sobą i pomimo tego płakała mu dusza nad grobem umarłej miłości. Płakała nad nią i zarazem nad sobą.
Woyna czekał zniecierpliwiony i natychmiast wyszli z kwatery. W drodze — margrabianka mieszkała niedaleko, na Krakowskiem, obok kamienicy Wasilewskiego — Woyna jął się spowiadać ze swojej miłości. Mówił innym, niźli zazwyczaj, językiem i sposobem. Ani by kto rozpoznał z jego słów płomiennych i tkliwych dawnego cynika, kpiarza i hulakę. Nawet głos mu brzmiał, jakby flotrowers w noc majową, rozśpiewaną słowików trelami, a zapachami kwiatów dyszącą. Nie wyszydzał żadnej z takim żarem, z jakim teraz wystawiał tę jedyną. Był jej wyznawcą i czcicielem.
Zauważył to Zaręba pomimo swoich udręczeń i spytał z nieukrywaną irytacyą:
— Jesteś już po deklaracyi?
— Czekam sposobnej okoliczności. Jeszcze się obawiam rekuzy. No i jestem przymuszony przyprowadzić swoje interesa majątkowe do jakiego takiego ładu. Na szczęście stryjaszek zapisał mi znaczne dobra w sandomirskiem województwie.
— Właśnie wybrałeś porę na miłosne gruchania!
— Na miłość zawsze jest pora. Z małżeństwem tylko bywa inaczej. Nie myślę ja o Hymenie teraz, pod grzmoty dział, chociaż zwłoka mi nie na rękę i nie do smaku.
— Można konkludować, jako pewny jesteś wzajemności. Może to jakiś dawny sentyment?
— Poznałem ją przed miesiącem u p. Mokronowskiej i z miejsca utonąłem. Pewności nie mam, ale imaginuję sobie, że mi sprzyja. Bywa, iż kobieta sam a nie wie o swojem uczuciu aż do chwili wyznania amanta.
— Musisz znać i jej brata rotmistrza?
— Znam i przyznaję, że ten pan brat nudzi mnie setnie swoją traiczną twarzą i opiniami parafialnego pedanta. Wydaje mi się być tępszym od swojego konia.
— Sąd z gruntu mylny; to człowiek oświecony, jeno srodze doświadczony przez złe losy i przeto posępny i zgryźliwy. I panna też nie pierwsza lepsza z brzegu...
— Wiem i to mnie aż przeraża. Patrzę na nią prawie codziennie i wciąż znajduję inną, niepodobną do wczorajszej. Humory ma tak zmienne, że ciężko mi się połapać w sytuacyi, bo raz mnie unika, odstręcza, słówkiem nie zachęci, to znowu szuka mnie i godziny całe przesiadujemy w najczulszej zgodzie. Mieszka obecnie u Barsowej; wiem od Konopki, jako często rozmawia z nim o mnie...
— Miała pono inklinacyę do klasztora, jakiś czas była w nowicyacie Wizytek
— Wspominała, brałem to za panieńskie fantazye; co to dzisiaj chce klasztora, jutro pragnie umierać, po jutrze wyjść za królewica, zaś kończy się nową robą od Łazarewiczowej i tańcami przez trzy dni z rzędu. Znam ja te panieńskie faramuszki. Jeśli jednak zajdzie okoliczność, stoczę o nią walkę choćby z panem Bogiem i nie oddam.
— Słuchając cię, myślę: To mówi ktoś drugi, nie Woyna. I zdumiewam się przemianie.
— Mniemasz, jakom doszczętnie zbaraniał? Chwalę sobie ten stan głupawej szczęśliwości. Czy wiesz, że p. Zofia strzela z pistoletu, jak mało kto? I ćwiczy się w tem niestrudzenie.
— Z taką nie zadzierać, bo w łeb palnie z lada przyczyny. Krzywdy nie daruje — szepnął Zaręba.
Stanęli pod nizkim, zaledwie piętrowym domkiem, wciśniętym pomiędzy wysokie kamienice. Na odgłos kołatki otworzył im służący z koślawą łojówką w ręku.
— Tutaj kończy się moja misya. Niech ci dalej sprzyja fortuna — oznajmił żywo Woyna.
— Nie idziesz ze mną? Byłem pewny twojej asysty.
— Powiedziano: Woyna zna drogę. Woyna też spełnił powinność i teraz rusza w swoją stronę — zaśmiał się z jego zakłopotania, popchnął nieco do sieni i zatrzasnął za nim drzwi.
Służący poprowadził go na piętro i oddał olbrzymiemu pajukowi, przybranemu z węgierska, ten zaś otworzył przed nim wyzłocone podwoje białego salonu, rzęsiście oświetlonego. Zaręba wszedł posuwiście i zatrzymał się na środku, wodząc zdumionemi oczami do koła — nie było nikogo. Salon był urządzony ze smakiem i nielada przepychem. Lśnił cały od białości, zwierciadeł i złota. Pawimenty, wykładane drzewem różanem, dawały podobieństwo kobierca bogatego barwami. Drzwi były zamaskowane zwierciadłami. Na suficie amorki, splecione wieńcami róż, pląsały radośnie na łące pełnej motyli. Upajający zapach hijacyntów białych rozchodził się z przecudnej żardiniery, drążonej w marmurze złotawym. Meble o wyszukanych kształtach, złocone, były obciągnięte blado liliowym bławatem, dzierganym w kwiatuszki. Cztery kandelabry z farfuru, stojące w rogach na postumentach, obficie siały światłem. Jedna ze ścian dźwigała naturalnej wielkości portret Stanisława Augusta z jego lat dawniejszych. Przedstawiał pięknego młodzieńca w stroju francuskim, rozpartego w złocistym karle, przy stoliku, na którym leżały rękawiczki, laska i kapelusz. Żaboty, koronkowe manszety, dyamenty, biała peruka w misternych puklach, błękitny frak w złoty rzucik, słodkawy uśmiech, wypieszczone ręce, białe kuloty z pękiem wstążek przy kolanach i niedbała, wzgardliwie leniwa poza dawały obraz jakiegoś wymuskanego paniątka. Jeno że mądre, wyraziste oczy kłóciły się z tym strojem wykwintnego modnisia. Patrzał król, ujawniony w postaci prawego muscadin’a, ulubieńca dam i bohatyra buduarów. Patrzał majestat z pośród jedwabnych łachów i świecideł. Ta dziwna dwoistość nadawała portretowi szczególny urok.
Dojrzał to Zaręba, nie mogąc się napatrzeć do syta. Odchodził i znowu powracał. Te królewskie, przenikliwe oczy przykuwały go do miejsca.
Dopiero odgłos jakichś kroków zbudził go z medytacyi. Jakaś murzynka, czarna jak noc, w czerwono-żółtych szatach, skłoniła się przed nim, zapraszając wymownym gestem do pójścia za sobą. I powiodła go amfiladą małych, ciemnych pokojów. Na jego pytania odpowiadała francusczyzną, z której nie pojął ani jednego słowa. Szedł wielce podekscytowany niezwykłością sytuacyi i tajemniczością. Przechodził jakieś korytarze, jakieś schodki, wybite w murach i prowadzące na dół, to w górę, że po paru minutach zupełnie już nie rozeznawał, gdzie się znajduje. Wreszcie otworzyła drzwi do nizkiej, sklepionej izby. Znalazł się w mrokach, przesianych czerwonawym brzaskiem. W ogromnym kominie narożnym, pod nizko zwisłym okapem, żarzyła się kupa węgli, owiana błękitnawym płomieniem. W tych blaskach rozpoznał margrabiankę, siedzącą przy samym trzonie, z kartami w rękach. Wskazała mu miejsce naprzeciw siebie. Czarna wiedźma przyniosła stolik i postawiła go między niemi. Margrabianka, stasowawszy karty, rozkazała mu je zebrać lewą ręką i trzy razy. Uczynił posłusznie. Rozkładała je w głębokiem skupieniu. Dwa śnieżnej białości koty z czerwonemi oczami skoczyły jej na kolana i zwinąwszy się w puszysty kłębek, mruczały monotonnie.
— Przeszłość! — wyrzekła tak obcym zgoła głosem, że zadrżał, oglądając się mimowoli.
Zaczęła czytać z kart, jakoby z księgi, dzieje jego przeszłości. Nic się nie ukrywało przed jej strasznem widzeniem. Niekiedy badała linię jego dłoni. Chwilami czuł w sobie lodowate groty jej spojrzeń przeszywających. Opowiadała, nie pomijając niczego. Wzbudziła w nim pamięć całego życia. Przesuwał się widmowy korowód, lat przeszłych, pomarłych zdarzeń, miłości, uniesień, zgiełkliwy tłum tego, co było, zapomniane majaki.
— Co to jest? Skąd ona wie? Zali takim byłem? Zali to moje dzieje? — zdumiewał się, coraz głębiej udręczony. Przeglądał się, jakby w czarodziejskiem zwierciadle, nieubłaganie odbijającem zarówno zło, jak i dobro. Nie oszczędzała jego dumy ni próżności, zdzierając wszelkie osłony pozorów. Jej zimny głos miał świst batoga i ranił boleśnie.
Jeszcze nie zebrał rozpierzchłych myśli, gdy stasowawszy nowe karty, oznajmiła sucho:
— Teraźniejszość! — Karty opadały z szelestem, jak obumarłe liście jesieni.
Stał na wiotkiej krawędzi pomiędzy otchłaniami »wczoraj« a przepaściami »jutro«. Jeszcze wszystko miał żywe w sercu i pamięci. Sprawdzał z bijącem sercem historyę prawie każdego dnia. Pokazywała je w przemijającej prawdzie. Odkrywała udział w spisku, wyprawę do Paryża, stosunki z Izą. Nie zapomniała o Krakowie, ni Racławicach.
Słuchał, zdrętwiały i przerażony tym jakimś okropnym rabunkiem, jaki się spełniał nad jego duszą. Poczuł się obnażonym do najtajniejszej nagości. Palił go jakiś niewytłumaczony wstyd. Nie śmiał spojrzeć na nią. Cierpiał, jak muszą cierpieć wystawieni pod pręgierzem. Czuł się obdartym i niezmiernie pokrzywdzonym. Nie miał już nic swojego i tylko dla siebie. A przytem, groza zjeżała mu włosy na głowie i strach dziki, obłędny, chwytał za gardło żelaznymi pazurami.
— Przyszłość! — Zabrzmiał daleki, jakby z przestrzeni płynący głos.
Ostatnim wysiłkiem chwycił ją za rękę i wyszeptał błagalnie:
— Nie mogę! Boję się! — Zęby mu szczękały i śmiertelny chłód przejmował serce.
Zdała się niesłyszeć i klasnęła w dłonie. Czarna wiedźma postawiła na stole wielką kryształową kulę, napełnioną bezbarwnym płynem, i okrywszy wróżkę ciemnym płaszczem, zahaltowanym w srebrne znaki Zodyaku, jęła sypać na węgle jakieś suche zioła. Buchnęły gęstymi dymami, rozszedł się odurzający, gorzkawy zapach i zielonawa mgła wypełniła izbę, pokrywając wszystko rozdrganym, połyskliwym tumanem.
Margrabianka wyciągnęła ręce nad kulą i szepcąc jakieś niezrozumiałe słowa, patrzyła w kryształ długą chwilę, aż ów płyn zaczął mętnieć, burzyć się i pryskać.
— Jeśli masz mężne serce, spojrzyj: zobaczysz, co ci zapisało przeznaczenie.
Umilkła, oczy się jej zawarły, zesztywniała w tej pozie, nawet krwawe usta pobielały na płótno. Wzburzone włosy, poprzeplatane perłami, przybrały podobieństwo wężów.
Kula zagrała barwami tęczy i świeciła, jakby utajone w niej słońce rozbłysło.
Spojrzał i już nie potrafił się oderwać.
Widział w głębi kryształu jakiegoś człowieka okutanego w płaszcz, z kapeluszem nasuniętym na oczy i w czarnej masce na twarzy, a siebie stojącego naprzeciw. Krzyknął z podziwu! Przyglądał się samemu sobie! Nieznajomy coś mówił. Kto to może być? Znał skądściś ten głos. Obraz zniknął, nim potrafił skupić uwagę. Ujrzał się w arsenale w pośród spiskowych. Noc, prowadzi Izę jakiemiś zaułkami, przelatują kozacy. Świt na niebie, dzwony biją, dalekie strzelania, krzyki, bitwy, ulice, pożary, trupy i krew. Woyna z okrwawioną Radymińską na rękach! Jakieś tłumy na ulicach! Jakieś sceny niezrozumiałe, jakieś zdarzenia, w których widzi siebie, a zgoła nie pojmuje związku ze sobą. Obrazy lecą, jakby na skrzydłach błyskawic; nie potrafi nawet zapamiętać, już patrzy na siebie, jak na obcego i obojętnego. Ale majaki ludzi, spraw, miejsc i zdarzeń przepływały wciąż rwiącym potokiem, coraz jeno bledsze, dalsze i bardziej mu niepojęte. Czuł się już śmiertelnie wyczerpanym, ledwie się trzymał na nogach i wsparłszy się o stolik, jakby zamierającemi oczami patrzył na dziwną scenę: jakaś bitwa wrzała dokoła, otoczyła go czerń kozacka, broni się szablą; pękła, chwyta więc z ziemi karabin, grzmoci kolbą, odpiera ciosy; nacierają ze wszystkich stron i naraz dostał piką w twarz, ktoś go pałaszem rąbie przez głowę, ktoś piersi przebija bagnetem. Wypuścił broń i pada na kupę trupów! Już nic więcej nie widzi, w oczach robi mu się ciemno, brakuje tchu, nogi się uginają, odbiega przytomność i padł ciężko na ziemię, jak kłoda.
Kiedy otworzył oczy, margrabianka siedziała przy nim z rzeźwiącemi solami. Porwał się na nogi, srodze zawstydzony, i gorąco się sumitował. Położyła palec na ustach.
— Ktoś pragnie pomówić z panem, ale musisz dać parol na sekret.
— Na niewidzianego! W jakiejże materyi ma być rozmowa i z kimże?
— Możesz mu waszmość zaufać. A jeśliby to był ten, któregoś widział przed chwilą?
Pamięć niedawnych widzeń buchnęła mu do mózgu panicznym strachem, zerwał się gwałtownie do ucieczki; ale nie zdążył, bo właśnie stanął przed nim ów nieznajomy, obtulony w płaszcz, z kapeluszem nasuniętym na oczy i w czarnej masce. Zaręba cofnął się przerażony, przetarł oczy i obejrzał się dokoła. Nieznajomy siedział naprzeciw niego.
— Siadaj, poruczniku, chwiejesz się na nogach — ozwał się uprzejmie.
Boże, ten sam głos znany mu skądścić! Te same ruchy i postawa!
— W trzy dni zrobiłeś drogę z pod Krakowa, kawalerzysta z ciebie nielada.
— Byle pachołek tego samego dokona! — odmruknął, burząc się nagle.
— Czy raport Kościuszki o bitwie racławickiej będzie opublikowany powszechności?
— Waszmość bierze mnie na spytki? — żachnął się, zgniewany już nie na żarty.
— Obliguję gorąco tylko o respons.
— Nie rozpowiadam sekretów pierwszemu lepszemu — wybuchnął opryskliwie, bowiem sceną wróżeń i przemęczeniem doprowadzony do denerwacyi, nie panował już nad sobą — zachodzi jakaś omyłka. Waszmość bierzesz mnie za kogoś drugiego. Ja nic nie wiem o jakimś raporcie Kościuszki, o bitwie racławickiej pierwszy raz słyszę i znikąd nie przyjeżdżam. A zresztą nie myślę się suplikować.
— Estymuję taką oględność; nie wykręcisz mi się jednak, wiem o tobie wszystko...
— Udław się tem Waćpan, a mnie poniechaj. Dosyć mi tej krotochwili. Widzę naplątaną kabałę, jakby na reducie: tajemnicze podziemia, mistyczne przepowiednie, czarodziejskie sztuki, jegomość w masce i dziwne indagacye. Nie wiem, jaki jest cel tego wszystkiego i dochodził nie będę, ale bądź Waćpan zdrów i do tej zabawy poszukaj sobie innego. Ja nie twojej maści — ruszył spiesznie do drzwi.
— Nie wyjdziesz bez mojej woli — zagrzmiał za nim władczy, rozkazujący głos.
Odwrócił się groźnie, jak żbik napastowany, i stanął naraz, niby wrośnięty w ziemię.
Król we własnej osobie siedział przy kominie, bez maski już i kapelusza. Poznał go z pierwszego rzutu oka i wielce skonsternowany niespodzianką, sprężył się w powinnej postawie i z nachmurzoną twarzą zaszeptał:
— Najjaśniejszy Panie, anim imaginował o takim honorze! Pokornie suplikuję o przebaczenie.
— Ognisty z ciebie kawaler i kąśliwy, jak osa. Siadaj przy mnie, bez ceregieli. Fatigatus, widzę, jesteś, nogi ci drżą, pobladłeś. Siadaj!
— Czynię to jeno na wyraźny rozkaz — opadł na wysunięty trzon komina, bokiem do ognia.
— Zachodzą takie okoliczności, że potrzebuję pewnych wiadomości... ty je wiesz...
— Bylem je znał i mógł powiedzieć, pytaj Najjaśniejszy Panie! — szepnął lodowato.
— Daję ci moje słowo, jako wszystko, co mi powiesz, będzie pogrzebane między nami.
Zaręba struchlał, rzęsisty pot wystąpił mu na czoło i trwogą załomotało serce. Chwila stawała się osobliwa i szczególniej ciężka. Jak ma sobie postąpić? Wszak pyta go król i w materyach, które chował w skrytości, pod pieczęciami przysięgi. Musi odmówić posłuszeństwa. Nikt nie jest mocen zwolnić go z raz danego słowa. Wprawdzie król obiecuje parol na sekret. Ale od zachowania tajemnicy zależy powodzenie insurekcyi, podnoszonej przeciwko jego socyuszom i jemu. A może zawierzyć królewskiemu słowu? A jeśli wyda Igelströmowi, żeby ocalić siebie i zarobić na względy Imperatorowej! Nigdy! Nigdy! Wirowały w nim myśli podobne gwałtownym, oślepiającym błyskawicom, aż nagle zdeterminował i opanowawszy wewnętrzny dygot, odpowiedział z wielką godnością i przejęciem:
— Najjaśniejszy Panie, powinienem ci posłuszeństwo, ale jeszcze więcej powinienem ojczyźnie. Odpowiem na to, na co mi pozwoli przysięga, dobro sprawy i mój honor.
— Takiś to! — szepnął, niemile dotknięty, król i zrzuciwszy z ramion płaszcz, jął niecierpliwie przemierzać izbę. Tarł czoło, znać w nim było jakieś wachanie; kilka razy przystawał przed nim i odchodził, nie mogąc się na coś zdeklarować. Trwało to niedługo, lecz Zarębie wydawało się nieskończonością. Stał sprężony, goniąc za nim oczami. Burza znowu srożyła mu się pod czaszką. Wszystko, co był kiedyś o nim wiedział, słyszał i myślał, powstało teraz w pamięci, wzmożone jeszcze. Stawiał go przed trybunałem swojego sumienia i niemiłosiernie osądzał. Zdał się być jego sędzią i za razem katem.
— Chce mnie pociągnąć za język i wydać aliantom — myślał nienawistnie. — Nie doczekanie twoje, królu! — szydził, zacinając się w sobie na kamień — nie przemienisz mnie na swojego konfidenta, królu! — srożył się coraz zacieklej — nie stanę się ja Judaszem! — wołał wyniosłą wzgardą, uważał go bowiem za generalną przyczynę wszystkich klęsk Rzeczpospolitej, za najgorszego z parycydów. I byłby z przyrodzonej porywczości skoczył mu z tem do oczów i wypowiedział bez ogródek, gdyby nie ten jakiś majestat, bijący od niego, i poszanowanie, zaszczepione w duszy od dzieciństwa dla pomazańca. A przytem, kiedy znowu zasiadł przed kominem w brzaskach ognia, znalazł go dziwnie zmienionym, budzącym raczej współczucie, niźli nienawiść. Widział przed sobą starego człowieka, pochylonego pod brzemieniem lat i zawodów, o twarzy obrzękłej, zrytej troskami i wargach spalonych gorączką. Mądre, wyraziste oczy, zamglone smutkiem, wbił w ogień i coś medytował.
Przybrany był skromnie w kadecki granatowy mundur z czerwonymi obszlegami, przy prostej szpadzie. Zaręba widywał go na posiedzeniach sejmowych, na paradach różnych, na kadeckich uroczystościach, na promenadach i zawsze jako króla, otoczonego przepychem, pompą, pokorną ciżbą dworaków i pełnego majestatu i wyniesionego ponad powszechność! Zasię teraz pierwszy raz w życiu patrzał na niego, jak na człowieka, tylko szczególniejszym losem wyniesionego na tron, i czucia jego przybierały obrót życzliwszy.
Naraz król wyprostował się i uczyniwszy znak masoński mistrza, rzekł hasło: Szabaleth!
Zaręba, jakby poderwany nadludzką siłą, rzucił się ku niemu i odpowiedziawszy znakiem wtajemniczenia, stopnia i hasłem, skłonił się przed nim trzy razy wedle ceremoniału i wyrzekł głuchym, schrypniętym ze wzruszenia głosem, patrząc mu pilnie w twarz:
— Posłuszeństwo aż do śmierci, mistrzu i bracie.
— Siadaj przy mnie, pomówimy otwarcie. Nie mogłeś odpowiedzieć królowi, to zawierzysz bratu. Wprawdzie to nie na kapitule, ale mam prawo żądać od ciebie na każdem miejscu.
— Posłuszeństwa aż do śmierci, mistrzu i bracie — powtórzył przyjętą formułą.
— Więc ci rzeknę: Zapomnij o królu, zapomnij nawet o mistrzu, a mów do mnie, jak do brata, jakbyś mówił ze swoją duszą i sumieniem, jakbyś się wyznawał na spowiedzi. Chcę usłyszeć prawdę, szczery sąd, opinię nie zmąconą żadnymi względami, człowieczy głos!...
Co się działo w Zarębie, niepodobna tego oddać w mowie. Słyszał, widział, czuł, rozumiał, a razem wydawało mu się to niepokojącym snem i jakimś dyabelskim omanem, jakby dalszym ciągiem widzeń w kryształowej kuli. Myślał, iż to, co się stało przed chwilą, na żaden ludzki sposób nie jest podobne prawdzie. A jednak była to rzeczywistość, bardziej wstrząsająca jego trzeźwym umysłem, niźli czarodziejstwa margrabianki. Król pokazujący się mistrzem loży masońskiej! Król szukający tajnej rozmowy z prostym porucznikiem! I do tego w takich okolicznościach! Miało to pozór fantastycznej bajędy! Ale nie pragnąc już tego zgłębiać, ni brać na rozwagę, stał się powolny rozkazom mistrza. Czuł się przymuszonym do posłuszeństwa. Zwarł się jeno w czujności, jak czasu bitwy, na ciosy, mogące uderzać z nieprzewidzianej strony. Wzrosła też w nim podejrzliwość i zatargał głuchy niepokój przed niewiadomem.
— Mam relacyę o tobie i twoich peregrynacyach po świecie — zaczął król przeglądając w świetle komina jakiś regestrzyk. — Azardowałeś się — podniósł oczy na niego.
— W dobrej sprawie, Najjaśniejszy Panie! — mruknął, niemile dotknięty jego wyznaniem.
— Nic ci też nie wypominam! Pokazują tu ciebie, jako mojego jawnego wroga, lecz i zarazem jako człowieka, w sprawach publicznych nie szukającego fortuny ni własnego wyniesienia. I wiem, jakim hołdujesz maksymom. Nie eksplikuj się, każdemu chętnie pozostawiam jego opinię. Jesteś synem miecznika Zaręby?
Ledwie odpowiedział, tak nim poruszyło to niespodziane pytanie.
— Szczególne! — zasępił twarz, patrząc w jakąś dawno odeszłą przeszłość — dziwnie się plecie. Znałem kiedyś twego ojca — dodał król żywo — wyniosły to był szlachcic i zmiennych humorów; zali żyje jeszcze?
— Niedawno zamknął oczy! Całe podlaskie województwo opłakuje go szczeremi łzami żalów! — powiedział, podrażniony królewską wzmianką i jej tonem.
— Pomińmy przykre materye. Wezwałem cię na rozmowę, bo przekładam otwartego nieprzyjaciela nad podchlebców. Wzbudziłeś we mnie wiarę. I powtarzam, mów ze mną, jakbyś rozmawiał ze sobą, bądź echem powszechnych mniemań. Wiele spraw nie dochodzi do mnie, a powinienem wiedzieć o wszystkiem. Czasy są brzemienne w nieobliczalne następstwa. Świat się trzęsie w posadach. Padają trony i ludzkość pragnie nowym bóstwom wznosić nowe ołtarze. Nie rozstrzygam, zali się ziszczą marzenia filozofów. Może to jeno wieczny sen o szczęśliwości ludzkiej. Więc znajduję naturalnem, że i my płacimy ciężki haracz powszechnemu zamętowi. Polska znalazła się na traicznem pograniczu czasów, jakoby na krawędzi dnia i nocy, a że skłócona do głębi, słaba i rozdarta, łacno stać się może łupem mocniejszych. I już niewiadomo, skąd wyglądać ratunku! — załamał bezradnie ręce.
— Musimy go naleźć w sobie! — rzucił porywczo, nie bacząc na etykietę.
Król, jakby tego nie słysząc, ciągnął dalej z bolesnym naciskiem.
— A na domiar złego, generał Kościuszko podnosi żagiew wojny domowej, której następstwem być musi ostateczny upadek i podział kraju.
— Wojny domowej? — przerwał mu Zaręba — insurekcya nie jest wymierzona przeciwko tobie, Najjaśniejszy Panie, ani przeciwko panującym stanom, boć jej świętem hasłem: wolność, całość i niepodległość! — wstrzymał się raptem, zbyt wiele było do powiedzenia.
— A cóż Kościuszko zamierza uczynić ze mną? — podchwycił prędko król.
— Nie wiem — odparł szczerze — nie wyznawał się w tym względzie w mojej obecności. I w głównej kwaterze nic w tej materyi determinowanego nie słyszałem. Wiem tylko, że Naczelnik poza sprawami aktualnemi chętnie i często dyskuruje o Polsce, na wzór amerykańskiej republiki ukształtowanej! Jego to ulubiona myśl!
— Więc nie gotuje mi doli Ludwika XVI? — wracał uparcie do tego przedmiotu.
— Znalazłem go dalekim od terrorystycznych opinii. Człowiek to wzniosłego ducha! Żyje myślą podźwignięcia Polski i uszczęśliwienia ludzkości. Prawdziwy filantrop.
— Być może. Kołłątaj jednak z klubem »Obrońców Wolności« spiskują przeciwko mnie.
— Za generalny cel uważają walkę z tyranami. Pragną przekształcenia Polski sposobami, jakimi zwycięża francuska rewolucya. Walczą o prawa człowieka i obywatela. Umowę społeczną J. J. Rousseau’a, przyjęli za ewangelię. Progresyę i szczęście ludzkości mają za najwyższe prawo. Chcą panowania cnoty i rozumu. Za hasło wzięli: wolność i równość! — objaśniał żywo, lecz bez widocznego zapału.
— Wszystko, co wiedzie do zniwelowania, wiedzie do sytego barbarzyństwa — szepnął dość cierpko król — powiedz, którzy tak skwapliwie wyciągają ręce po królewskie głowy?
Padło kilkanaście nazwisk, a w pierwszym rzędzie: Kołłątaj, ks. Dmochowski, ks. Meier, d’Aloe, Maruszewski, Konopka, Pawlikowski i mniej znani. Z wojskowych nie wymienił ani jednego; nie chciały mu przejść przez gardło, dusił się niemi.
— Nie obcy mi ten katalog, spodziewałem się tylko uzupełnienia.
— Wielu nie pamiętam — submitował się pokornie — wielu nie znam, a wielu pokazuje się na zebraniach pod maską.
— Wiem i o damach, jakie uczestniczą w tych krwawych sabbatach.
— Widywałem je zawsze zamaskowanemi. Wyróżniają się zapalczywością, z jaką domagają się egzekucyi wszystkich pomawianych o zdradę. Pozwól mi dodać, Najjaśniejszy Panie, że na wielu punktach rozchodzę się z klubistami — dodał szczerze.
— Znam pomiędzy nimi takich, którzy jedną rękę wyciągają do mnie po łaski, a w drugiej chowają puginał na okoliczność odmowy. Żebrzą i grożą. Tacy przybierają potem postacie Koryolanów i swoje cnoty i miłość ojczyzny szumnie obnoszą wśród powszechności. Znam i te pisma burzące przeciwko mnie. Nazywają mnie nieprzyjacielem ludzkości, tyranem, żądają mojej głowy, bo nie chciałem opłacić ich milczenia. Nikczemna kuźnica, pryskająca jadem obmowy i fałszów!
Zaręba słuchał ze ściśniętem sercem i z nachmurzoną twarzą.
— Znam co do jednego całą tę zgraję paszkwilistów i nie mogę przeszkodzić ich plugawym fałszom i haniebnym oskarżeniom. W Polsce po staremu wszyscy mają prawo strofowania króla, jeno król jest poza prawem nawet własnej obrony i nie może, jak tylko kupić dla siebie sprawiedliwość! Chcą w nim widzieć jedynie szafarza faworów i łask. Chcą go mieć kukłą, by snadniej się nim posługiwać dla swojej wygody i partykularnych profitów. Z tronu słyszy się tylko jeden głos: »Dawaj«! i widać jeno drapieżnie wyciągnięte ręce. A potem krzyczą tem głośniej: Rozdaje Rzeczpospolitą, trwoni dobro powszechne. Snać po to, aby się stało, jak gdzieś powiedziano: Za podany chleb weźmiesz kamieniem. I niedaleko mi szukać przykładów. Egzemplum prawie cały kor artyleryi, aktualnie konsystującej w Warszawie.
Zaręba poruszył się gwałtownie, zaczepiał jego przyjaciół i socyuszów.
— Szczególniej srożą się przeciwko mnie właśnie ci, których z nikczemnego stanu podniosłem do prerogatyw, należących się tylko urodzonym. Nie żałowałem dla nich ofiar własnej szkatuły, ni zabiegów przed stanami, by ich fortragować na wyższe szarże. I pozyskałem najzaciętszych nieprzyjaciół.
— Najjaśniejszy Panie, fałszywie ci przedstawiono — zaczął gorąco Zaręba.
— Zali niewdzięczność jest jedyną cnotą Polaków? — ciągnął król, nie zważając na jego słowa — nie obronisz! Zresztą nie żalę się, stwierdzam jeno jeden z tysiącznych dowodów niewdzięczności. Życie strawiłem na zabiegach koło dobra Rzeczpospolitej, a niedoczekałem się innej nadgrody, jak nieufność, oskarżenia i niezrozumienie. Jakaś głęboka przepaść mnie dzieli od powszechności. Za wszystko złe mnie winują! Dlaczego? Za co? Pytam, odpowiedz szczerze!
— Rozkazujesz, Najjaśniejszy Panie i winienem ci posłuszeństwo, ale...
— Odłóżmy etykietę na stronę, nie pora na nią — ostrzegał zniecierpliwiony.
— Przedewszystkiem, nie mogą darować zdobycia tronu protekcyą Imperatorowej.
— A kiedyż to w Polsce osiągano koronę bez pomocy ościennych potencyi? A kiedyż to wola narodu wynosiła na tron, a nie opłacone głosy elektorów! Mów dalej! Mów!
Zaręba jął z żołnierską otwartością i cale niedobieranemi słowy opowiadać grzechy, o jakie powszechność oskarżała króla. Były pomiędzy nimi ciężkie, wciąż żywe w pamięci, a przy lada okolicznościach wypominane na sejmach i sejmikach. Były i przewiny, o których dziwne powieści rozchodziły się po dworach, siejąc wzburzenia i gniewem zapalając cnotliwe serca. Ale były i takie zgoła niepodobne do prawdy, a rozsiewane na ucho, pod pieczęcią tajemnicy. Zaręba, wychowany w domu nieprzyjaznym królowi, gdzie skwapliwie zbierano wszystkie bajędy, formując z nich coraz cięższe oskarżenia, był istotnie doskonałem echem malkontentów. A że i sam przyuczył się widzieć w królu sprawcę wszelkich klęsk Rzeczpospolitej, więc jego relacya miała gorzki posmak bezwzględnej szczerości. Wypowiadał wszystko bez osłon. Zrazu nawet satysfakcyonowała go ta rozkosz smagania samego Majestatu. Pastwił się, rozumiejąc, jako dokonywa znacznego czynu. A litania owych wypominków ciągnęła się od pierwszego rozbioru aż do dni ostatnich. Kładł mu na głowę koronę, uwitą z cierni nieszczęśliwego panowania, i okrywał purpurą, na której wypisywały się dzieje niezatartemi głoskami: Pierwszy rozbiór! Rządy Repnina! Wywiezienie senatorów! Sprawa Ugromowej! Powolność na każde skinienie carowej! Zgniecenie przy jej pomocy konfederacyi Barskiej! Marnotrawstwa dóbr koronnych. Faworyci! Haniebne rządy Ponińskiego! Konszachty z sąsiedniemi potencyami! Zamachy na wolność! Wojna 1792! Akces do Targowicy! Seym grodzieński! Ratyfikacya traktatów rozbiorczych!
Wyliczał bez zająknięcia, lecz w jakiejś chwili, dojrzawszy królewską bladość, urwał.
— Proszę cię, nie każołuj mnie, mów! — posłyszał dobrotliwą zachętę.
Król słuchał na pozór spokojnie, usiłując nie pokazywać po sobie tej męki biczowania, jaka nim targała. Nawet uśmiech przywołał na zbielałe wargi, przesmutny uśmiech upokorzeń, a oczy grały mu coraz boleśniejszemi poruszeniami duszy. Chwilami zwierał się w sobie i przytajał, jakby przed razami; napróżno jednak, bowiem niebaczne i zuchwałe słowa Zaręby smagały nielitościwie, dosięgając najtajniejszych zakamarków. Sądy i oskarżenia, jakie był słyszał, wdeptywały go po prostu w błoto, niby nikczemny łachman, tak splugawiony zbrodniami, że godzien jedynie wzgardy. Nie łacno przyszło mu uwierzyć, jako to o nim samym mowa, jako to jego własny konterfekt w tak hydliwej malowany postaci! Ale uwierzyć był przymuszony.
Król w nim cierpiał, cierpiała duma, lecz najsrożej cierpiał sponiewierany człowiek.
Zaręba ciągnął dalej, ale już wiele pomijał, wybierał łagodniejsze słowa i zaczynał go oszczędzać. Jakaś niepojęta litość zbudziła się w jego sercu. Już żałował swojej powolności jego rozkazom. Poczuł jakiś przykry niesmak. Często marły mu słowa na ustach. Zachwiały się w nim nagle dawne wiary, jakie miał w tym względzie. Stało się bowiem, że wypominając królewskie winy przeciw narodowi, w tym zarysie, zawierającym dzieje haniebnych lat kilkudziesięciu, spostrzegał coraz wyraźniej obraz drugi, nierównie ogromniejszy i bardziej wstrząsający — obraz całej polskiej społeczności. Czemże był król w tym rozległym stafażu? Jednym z milionów ludzkiego mrowia czy też jedynym sprawcą powszechnej doli? Któż potrafi dać respons? Nowa udręka ścisnęła mu serce i odebrała głos, że siedział milczący, szarpany jeno wątpliwościami własnego sumienia.
— Królowi w Polsce nie wolno niczego, a odpowiada za wszystko! — posłyszał naraz głos, przejęty niechęcią i nieskrywanym żalem.
— Potwierdzasz, com już był rzekł: Niewdzięczność, to jedyna cnota Polaków — dorzucił jeszcze.
Ta gorzka konkluzya nie dopuszczała zdawkowego responsu. Przykre milczenie zapanowało pomiędzy nimi. Zaręba postanawiał już nic nie mówić, siedział osowiały i wielce ze siebie nieukontentowany, zaś król zaczął się promenować po izbie. Ginął w panujących mrokach i co pewien czas wynurzał się w brzaskach dogasającego ognia bladym zarysem widma; gruby kobierzec nie dawał słyszeć jego kroków. Dopiero po długiej chwili zaklaskał w dłonie i komuś w ciemnościach rozkazał:
— Dorzuć do ognia: zimno!
Czarna wiedźma wypełzła skądściś i po chwili buchnęły żywe, radosne płomienie, jawiąc przed oczy całe wnętrze izby, wybitej chińskiemi, żółtemi makatami w błękitne smoki, że wydawała się być kopulastym namiotem. W głębi, naprzeciw komina i na nizkim ołtarzu z farfuru niebieskiego, siedział złocisty Budda, ogromnej postaci, z rękami splecionemi na obwisłym brzuchu. Wiedźma, zapaliwszy przed nim kadzielnice, zniknęła bez szelestu. Wykwitły strugi dymów, roznosząc przejmujące zapachy piżma.
— Są prawdy, które pojmą dopiero przyszłe po kolenia — zaczął znowu król, siadając na dawnem miejscu — i winy, mogące być poczytywane za zasługi...
Zegar nad kominem wybijał jakąś późną godzinę, huczał, niby uderzenie gonga.
— Prawda niema ojczyzny, przeto bywa traktowana, jak uprzykrzony włóczęga! Zabobony i ciemnota, oto jedyni tyranowie ludzkości — mówił patrząc w ogień i grzejąc ręce; potem zaś zwolna i namysłem począł objaśniać te grzechy przeciwko ojczyźnie, o jakie pomawiała go powszechność. Była to obrona, jakby przed trybunałem własnego sumienia zanoszona. Zwracał się do Zaręby, ale odpowiadał raczej sobie i swojej zaniepokojonej duszy. Bronił się, oskarżając zarazem powszechność. Jego słowa, dyszące szczerością, przebłyskiwały ostrzami jadowitej wzgardy i wyniosłości. Nawet w eksplikacyach taiła się, być może, słuszna duma niezrozumianego człowieka. Chwilami zabierał głos poniżony Majestat. Mówił, jak do równego sobie umysłem i objęciem materyi in statu. A misterna dyalektyka, górne maksymy i piękność wysłowienia nadawały jego dowodzeniom kształt niewzruszonej prawdy. Rozmowa migotała, niby pas, tkany w przecudowne farby. Z wyznań przechodził do konfidencyonalnej pogawędki, ze spraw minionych do projektowań, ze spraw Rzeczpospolitej do aktualnych, salonowych debat, nie zaniedbując przytem indagowania względem przygotowań insurekcyjnych, pewnych ludzi i dnia wybuchu. Czynił to jakby mimochodem, bez szczególniejszego nacisku. Zaręba, nie przygotowany na to, co go spotykało, czuł się niezmiernie onieśmielony. Nie mógł się zgoła połapać ni z tem, co był słyszał, ni z dyspozycyami własnego serca. Przecież ani imaginował, aby miasto znienawidzonego nalazł króla męczennika swoich powinności, jenialnego reformatora, króla, poświęcającego każdą chwilę swego żywota pracy nad oświeceniem i podźwignięciem kraju. Bał się zawierzyć własnym uszom, a zawierzyć musiał. Któż się to bowiem przed nim użala? Któż tkliwiej czuje niedolę powszechną? Któż głębiej pragnie odmiany? Któż lepiej rozumie niebezpieczeństwo? Zaiste, tylko on, król, wielkiego serca obywatel i mąż na miarę największych, jacy byli w narodzie! Rozmyślał, nie podejrzewając, że może król próbuje go skaptować i urobić na instrumentum sobie oddane. Dopiero później przyszło mu to na myśl, a tymczasem słuchał oczarowany i przywiedziony do kapitulacyi wobec swoich dawnych mniemań i opinii. Ustępował, ale nie bez zastrzeżeń i rezerwy.
Rozmowa przeciągnęła się długo w noc.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.