Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/208

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Trudno mi się z tem pogodzić! Prawda, Tormasow mógł powiadomić ambasadora o swojej klęsce pod Racławicami. Czego ona może chcieć odemnie?
— Wyglądasz, jak lew, któryby po walce chętnie pożarł co smacznego...
— Właśnie mi teraz w głowie amory! — wzruszył wzgardliwie ramionami.
— A propos amorów! Nie pęknij ze śmiechu: zakochałem się po uszy.
— Po staremu, trzymają ci się krotochwile. Może potrzebujesz drużby? Służę ci...
— Myśl przednia. Pomówimy o tem. Chodźmy, damy nie powinny na nas czekać.
Zapukał umówionym sposobem do jakichś drzwi, otworzył je liberyjny. Mały przedpokój oddzielony był od loży ciężką, wiśniowej barwy, zasłoną. Margrabianka siedziała przy zaciągniętej kracie, pilnie lustrując scenę i publiczność. W loży, urządzonej z przepychem, szumiało wzburzone morze głosów niby w muszli, że aby się zrozumieć, rozmawiano szeptem. Podała Zarębie rękę, obciągniętą w białą rękawiczkę, pokrytą misternemi malowidłami. Patrzyła przytem z taką zimną przenikliwością, że jakby lód poczuł w sercu i poruszył się niespokojnie. Z blizka wydawała mu się nawet piękniejszą i jeszcze bardziej przypominającą maskę. Rysy miała jakby rznięte w słoniowej kości, zastygłe, twarz bladą, wielkie oczy, nos orli na podobieństwo dzioba i pełne, czerwone usta, niby otwarta, krwawa rana; ciągnęły jak gorejące otchłanie. Mówiła głosem nizkim o pieściwych brzmieniach. Postaci była foremnej, smukła i gibka