Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


o ruchach niespodzianych, gnąca się wężowymi skręty lub w nagłości tygrysich sprężeń rozdygotana. Jej czarne oczy połyskiwały zdradną tonią, zaś chwilami zapalały się w nich zielone skry. Rozmawiała dwornie, ale jakby z rozmysłem wtrącając gminne i dosadne wyrażenia.
— Pan może nie wie, że jestem wróżbiarką? — zwróciła się do Zaręby, przeskakując nagle z innej materyi — bardzo pragnę zobaczyć pańską rękę.
— Nie znajdzie pani w niej nic godnego ciekawości — szepnął skonsternowany.
— Bardzo interesująca! Bardzo! Tutaj za ciemno. Jean, zasłona! — rozkazała.
Liberyjny spuścił grube firanki na kraty, uczyniło się znacznie ciszej.
Przeszli w głąb loży, do stolika, na którym służący postawił świecznik z płonącemi świecami. Wzięła znowu jego rękę i długo rozpatrywała zagmatwane linie dłoni.
— Niezwykłe losy! Bujne życie! Niesłychane szanse! — szeptała z patosem jarmarcznych wróżbitek, motając go przytem spojrzeniami, jakby siecią niewidzialną.
Słuchał z dwornym uśmiechem, zdziwiony raczej, niźli przejęty.
— Wielkie ukochania i wielkie cierpienia! — ciągnęła palcem po jego dłoni.
— Kto wierzy, będzie zbawiony! Zbawiajcie się! — zadrwił Woyna, sięgając po kapelusz.
Taka burza znowu zahuczała w teatrze, że margrabianka zasłoniła spiesznie uszy.