Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie podobna już wytrzymać — jęknęła, opadając w złocony fotelik — przyjdź pan do mnie po spektaklu, Woyna zna drogę. Powiem, co wyczytałam w dłoni; tutaj nie mogę zebrać myśli. Proszę mi dać słowo, że nie będę czekała na próżno. Mam ważną sprawę, może nawet związaną z tem, co pan dzisiaj przywiózł od Naczelnika.
Zadrżał, topiąc w niej zaniepokojone oczy. Jej krwawe usta uśmiechnęły się zagadkowo.
— Przyjdę z pewnością! — powiedział z taką prawdą, że już więcej nie nalegała.
Wyszedł zaraz, ale w korytarzu zatoczył się na ścianę; ledwie go Woyna podtrzymał.
— Teraz dopiero poczułem forsowną jazdę, nogi mi zesztywniały... w głowie się kręci...
— Zabieram cię do siebie, musisz nieco wypocząć. A może cię urzekła ta Sybilla?
— Kości mi się rozłażą i ledwie już patrzę na oczy Chodźmy na powietrze.
— Śmiechu warte, lecz znam osoby, którym odkryła najtajniejsze ewenty życia. Podobno król nic nie poczyna bez jej wróżb. Tem go przy sobie trzyma.
— Nie na wiele mu się to przydaje. Nie jej wróżby mnie zdumiały... Ciekawa persona...
— I pono biegła w swojej sztuce miłośnica.
— Kto drugi parsknąłby śmiechem na twoje »pono«, ale ja ci wierzę. Powszechność sądzi.
— Powszechność sądzi mnie kochankiem każdej, która się ze mną pokaże na ulicach. Może kiedyś powiem, co ja mniemam o powszechności, kiedyś, bo