Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/222

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


połapać w sytuacyi, bo raz mnie unika, odstręcza, słówkiem nie zachęci, to znowu szuka mnie i godziny całe przesiadujemy w najczulszej zgodzie. Mieszka obecnie u Barsowej; wiem od Konopki, jako często rozmawia z nim o mnie...
— Miała pono inklinacyę do klasztora, jakiś czas była w nowicyacie Wizytek
— Wspominała, brałem to za panieńskie fantazye; co to dzisiaj chce klasztora, jutro pragnie umierać, po jutrze wyjść za królewica, zaś kończy się nową robą od Łazarewiczowej i tańcami przez trzy dni z rzędu. Znam ja te panieńskie faramuszki. Jeśli jednak zajdzie okoliczność, stoczę o nią walkę choćby z panem Bogiem i nie oddam.
— Słuchając cię, myślę: To mówi ktoś drugi, nie Woyna. I zdumiewam się przemianie.
— Mniemasz, jakom doszczętnie zbaraniał? Chwalę sobie ten stan głupawej szczęśliwości. Czy wiesz, że p. Zofia strzela z pistoletu, jak mało kto? I ćwiczy się w tem niestrudzenie.
— Z taką nie zadzierać, bo w łeb palnie z lada przyczyny. Krzywdy nie daruje — szepnął Zaręba.
Stanęli pod nizkim, zaledwie piętrowym domkiem, wciśniętym pomiędzy wysokie kamienice. Na odgłos kołatki otworzył im służący z koślawą łojówką w ręku.
— Tutaj kończy się moja misya. Niech ci dalej sprzyja fortuna — oznajmił żywo Woyna.
— Nie idziesz ze mną? Byłem pewny twojej asysty.