Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/213

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


będę miał czasu. Daruj mi, za godzinę stawię się u ciebie z pewnością.
— Mówi się: kasztelanowa, a myśli się: piękna Iza! — zaśmiał się ironicznie. — Potrzebuje pociechy, ciężkie bowiem terminy na nią przychodzą!
— Nie wiem o niczem. Cóż jej zagraża? — pytał żywo, żywiej nawet, niźli chciał.
— Z pod Racławic wracasz, bohatyrze; zaraz to znać, skoro nie wiesz, jaki tutaj panuje płacz i zgrzytanie zębów i jaki ordynaryjny strach trzęsie najpiękniejszymi łydkami wielkiego świata Warszawy! I to od dnia, w którym przyszła wiadomość o krakowskiej insurekcyi. Słodkie dnie polsko-moskiewskiego aranjuezu, minęły, jak sen. Skonały nagłą śmiercią wspólną przyjacielskie promenady, baliki champétre, wizytacye, teatry amatorskie i miłosne intrygi. Wszyscy gotują się do ucieczki. Już p. Załuską wysłał Igelström do Królewca. Już wyżsi oficyerowie również odsyłają swoje żony w bezpieczniejsze miejsca. Cała nasza górna socyeta wzdycha tęskliwie do Petersburga! Ucieka tam, kto jeno może! Najgorętsi adherenci Moskwy nie poznają na ulicach swoich wczorajszych socyuszów! Patrzę się i boki mi pękają ze śmiechu. Myślę, że Zubow nie pozostawi szambelanowej na zmienne azardy wojennej fortuny.
— Śmiałe przypuszczenia! — przerwał mu dość raptownie — za godzinę będę u ciebie.
— Pamiętaj: kamienica Roeslera, drugie piętro i wejście od Senatorskiej. Ja wracam na chwilę do teatru, muszę się porozumieć z Konopką.