Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Opowiem ci w domu. To jeno wiedz: Zwycięstwo; Naczelnik — wódz; chłopy — bohatyry!
Przy bramie z dziedzińca Krasińskich na Długą stał mocny oddział piechoty z kozakami i jedną armatą. Palili ogień, jakby na biwaku gdzieś w polach.
— Mają się na baczności — mruknął Zaręba, penetrując jegrów.
— W całem mieście straże zwiększone w czwórnasób.
Weszli na Miodową, prawie ciemną i pustą z racyi rozkazu marszałka, by wszystkie sklepy zamykano równo ze zmierzchem. Wcześnie było, zaledwie po ósmej. Siał drobny deszczyk, jakby przez sito. Błoto chlupało pod nogami. Rzadkie latarnie dawały skąpe światło. Pod gdańskim domem, gdzie kwaterował Zubow, trzymała straż półkompania grenadyerów kijowskich w bojowej gotowości.
— Snać się lęka wykradzenia przez wielbicielki — zauważył drwiąco Woyna.
— Co wiesz o tej rzekomej margrabiance?
Woyna opowiadał, nie oszczędzając jej pod żadnym względem, lecz pomimo ironicznego tonu i drwin, zdradzał zupełną wiarę w jej wróżbiarstwo. Pokazywał się przytem zabobonnym, jak prawdziwy ateista. Zaręba słuchał, deliberując równocześnie nad niepokojącem go pytaniem: Od kogo wie, co przywiózł od Naczelnika? Ale przechodząc obok pałacu Borcha, mimowoli przystanął. W apartamentach Izy błyszczały światła.
— Wstąpię na chwilę do kasztelanowej — nagle zdeterminował, sam nie wiedząc dlaczego — jutro nie