Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


aktualnie nudzi mnie ta materya. Wyjdźmy drzwiami od sal redutowych, tam pusto.
— To lepiej, wyjdę niepostrzeżenie. Niepotrzebnie pokazywałem się w teatrze.
— Ta brawada dawała pozór jakbyś się krokiem nie ruszał z Warszawy.
— I to miałem na celu, a wyszło przeciwnie. Słyszysz, co się tam wyrabia?
Byli już w dziedzińcu Krasińskich, a jeszcze goniły za nimi huragany braw, krzyków i śpiewań. Teatr, rzęsiście oświetlony, przybierał w ciemnej nocy podobieństwo korabia, burzliwie żeglującego. Przed głównem wyjściem, tłoczyło się mnóstwo pojazdów, służby, pachołków z latarniami do odprowadzenia pieszych, konnych laufrów z pochodniami i marszałkowskich dragonów, trzymających w ryzie kupy swywolnego ultajstwa.
— Znam Warszawę, ale nie imaginowałem jej tak zapalną — oświadczył Woyna.
— Boś znał tylko górną socyetę, popioły dawno zetlałe; ale dopiero pod nimi, na spodzie, tają się wielkie żary, wielkie czucia i wielkie dusze.
— Nie neguję, a jeśli z taką samą furyą powstaną do boju, biada wrogom!
— I biada zdrajcom! Stratują ich żelazne stopy gniewu. Gdzie Biegański?
— Śpi w arsenale u Dobrskiego. Próbowali go zbudzić: klnie, kopie i pistoletami grozi.
— Wyprzedził mnie o sześć godzin — szepnął markotnie — razem ruszyliśmy z pod Racławic!
— Jakże tam było? Rozumiesz moją ciekawość?