Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Mówi się: Konopka, a myśli się: piękna Barsowa! — oddał mu wet za wet.
— Spudłowałeś. Myśli się: piękna panna Radzymińska! Oto prawda i wyznanie zarazem.
— Radzymińska, siostra rotmistrza! Czy ja się nie przesłyszałem?
— Nie. Ale czemu przypisać to zdumienie! Czyżbyś miał na nią jakie widoki?
— Mam przecież narzeczoną. Zdziwiłem się, jak gap. Śliczna panna — pilnie się wykręcał.
— A ponieważ chciałeś drużbować, trzymam cię za słowo. Nie spóźniaj się!
I poleciał. Zaręba wchodząc w dziedziniec pałacowy, obejrzał się za nim i pomyślał:
— Skoro się dowie o historyi z Zubowem, gotowa trajedya. Biedny chłopak.
I pełen troski o przyjaciela, wszedł do pałacowej sieni.
— Już od godziny oczekują p. porucznika — oznajmił poufale stary, znajomy służący.
— Czekają na mnie! Cóż to znowu za facecye? Wstąpiłem zupełnie przypadkowo.
— Wszyscy zebrani są w bawialni p. szambelanowej. Jest i p. Terenia!
Przeleciał schody i jak wicher wpadł do zacisznego pokoju.
— No i macie go we własnej osobie — mówiła tryumfująco kasztelanowa, całując go czule na przywitanie — i przynosisz nowiny od Stasia!