Przejdź do zawartości

Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

czasów, jakoby na krawędzi dnia i nocy, a że skłócona do głębi, słaba i rozdarta, łacno stać się może łupem mocniejszych. I już niewiadomo, skąd wyglądać ratunku! — załamał bezradnie ręce.
 — Musimy go naleźć w sobie! — rzucił porywczo, nie bacząc na etykietę.
 Król, jakby tego nie słysząc, ciągnął dalej z bolesnym naciskiem.
 — A na domiar złego, generał Kościuszko podnosi żagiew wojny domowej, której następstwem być musi ostateczny upadek i podział kraju.
 — Wojny domowej? — przerwał mu Zaręba — insurekcya nie jest wymierzona przeciwko tobie, Najjaśniejszy Panie, ani przeciwko panującym stanom, boć jej świętem hasłem: wolność, całość i niepodległość! — wstrzymał się raptem, zbyt wiele było do powiedzenia.
 — A cóż Kościuszko zamierza uczynić ze mną? — podchwycił prędko król.
 — Nie wiem — odparł szczerze — nie wyznawał się w tym względzie w mojej obecności. I w głównej kwaterze nic w tej materyi determinowanego nie słyszałem. Wiem tylko, że Naczelnik poza sprawami aktualnemi chętnie i często dyskuruje o Polsce, na wzór amerykańskiej republiki ukształtowanej! Jego to ulubiona myśl!
 — Więc nie gotuje mi doli Ludwika XVI? — wracał uparcie do tego przedmiotu.

 — Znalazłem go dalekim od terrorystycznych opinii. Człowiek to wzniosłego ducha! Żyje myślą podźwi-