Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Mam nawet list od niego. Kto p. kasztelanową uprzedził o tem?
— Moi przyjaciele, wczoraj wieczorem — szepnęła z jakimś zaświatowym uśmiechem.
— Więc nie p. Lhullier? — pytał, owładnięty jakby ciemną trwogą.
— Nie znam tej osoby nawet z widzenia! — wyrzekła z nieskrywaną awersyą.
Obejrzał się tonącemi oczami. Był w bawialni, siedzieli przy okrągłym stole, w blaskach świec, płonących w białych, farfurowych kandelabrach; patrzyli na niego przyjaźnie. Przemógł to jakieś mgnieniowe przyćmienie umysłu, być może, powstałe z przemęczenia, i przywitawszy się ze wszystkiemi, zasiadł przy nich. Okazywali się dla niego uprzedzająco dobrzy i czuli. Marcin Zakrzewski, z rozłożonemi rękami, przemieniony na motowidło, z którego Terenia zwijała jakieś barwne nici, ucałował go serdecznie. Iza patrzyła w niego oczami uwielbień. W bawialni było ciepło i widno; ogień wesoło trzaskał na kominku. Rozmawiano półgłosem. Służba przesuwała się bez szelestu. Więc po tygodniach, spędzonych na koniu, po biwakach, pochodach i bitewnych przygodach, po chłodzie i głodzie, poczuł się naraz w lubej atmosferze rodzinnego domu. Szambelan zadysponował obfity posiłek i sam nakładał mu z półmisków. Iza czuwała, by mu niczego nie brakowało. Przybrana w skromny dezabil złotawej barwy, z włosami gładko przyczesanemi nad czołem, a spiętemi na karku w grecki węzeł, była piękna tą pięknością pierwszych lat dziewczęctwa. Nie mógł się jej napatrzyć. Ude-