Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/216

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rzała mu do głowy, jak wino. Nawet kasztelanowa mimo posępnej czerni i twarzy widmowej jaśniała dzisiaj szczególniejszą pogodą.
— Staś pisze, że Naczelnik zganił go i zarazem wyróżnił. Jak to rozumieć?
Opowiedział, jak było, nie szczędząc mu przytem pochwał i szczerego uznania.
— Więc stawał tak mężnie i z takim azardem? — Słodka duma przepełniła jej serce.
— Bohatyrsko! Mam o tem szczegółowe relacye — zaznaczył z naciskiem.
Spojrzenia skrzyżowały się nad jego głową w niemem porozumieniu.
— To porucznik nie wraca z pod Kościuszki? — wyrwała się po swojemu Terenia.
— Niestety, wracam tylko z Grabowa! — odparł spokojnie z pozorami najszczerszej prawdy. I korzystając skwapliwie ze zboczenia rozmowy w tę stronę, narzekał na kłopoty, jakie na niego spadły wraz ze śmiercią ojca. Czy wzbudził wiarę, nie mógł wymiarkować; lecz tyle zyskał, że rozmowa potoczyła się w bieżących materyach. Szambelan, nie bez złośliwej intencyi dokuczenia Izie, wydrwiwał popłoch, jaki się szerzył pomiędzy towarzystwem polsko-rosyjskiem, a w końcu powiedział:
— Przyjaciele obligują, byśmy na te straszne czasy, wyjechali do Petersburga. Mogą się tutaj powtórzyć paryskie historye. O siebie się nie obawiam!
— A ja zapowiadam, że z Warszawy się nie ruszę — powiedziała ze stanowczością Iza.