Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie odpowiadam za następstwa! Przestrzegam, to moja powinność.
— I ja nie wyjadę, chociaż kasztelan codziennie nalega — oznajmiła kasztelanowa.
— Ja się tam niczego nie boję i nigdzie nie uciekam — zadeklarowała Terenia.
— Pod komendą Marcina nic nie grozi — rozśmiał się Zaręba.
— Mam jeszcze Königowskich ułanów — dodała dumnie — tysiąc wiernych szabel i tatusia.
— Zostajesz aktualnie w Warszawie i na dłużej? — zwróciła się Iza do Zaręby.
— O ile rachuby nie zawiodą, pozostanę. I myślę, iż dla wszystkich będzie w Warszawie pozostać najbezpieczniej. Chyba, że ktoś ma ciężkie obrachunki z narodem...
— A jak te straszne Jakobiny pomordują nas wszystkich? — wystrzeliła Terenia.
— Może i niektórych pomordują, nie wszystkich jednak — odpowiedział żartobliwie.
— Bo wiem, jako spiskują na samego króla! Ale niech się ważą! Nasi ułani już są w Warszawie, dzisiaj przysięgali na wierność królowi; dadzą oni bobu spiskowcom!
— I panna Terenia będzie broniła króla!
— Do ostatniego tchu! I Marcin będzie bronił z gwardyą! — zapewniała gorąco.
— Marcin, a jeśli do tego czasu znowu dostanie abszyt od p. Tereni?...