Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— W dobrej sprawie, Najjaśniejszy Panie! — mruknął, niemile dotknięty jego wyznaniem.
— Nic ci też nie wypominam! Pokazują tu ciebie, jako mojego jawnego wroga, lecz i zarazem jako człowieka, w sprawach publicznych nie szukającego fortuny ni własnego wyniesienia. I wiem, jakim hołdujesz maksymom. Nie eksplikuj się, każdemu chętnie pozostawiam jego opinię. Jesteś synem miecznika Zaręby?
Ledwie odpowiedział, tak nim poruszyło to niespodziane pytanie.
— Szczególne! — zasępił twarz, patrząc w jakąś dawno odeszłą przeszłość — dziwnie się plecie. Znałem kiedyś twego ojca — dodał król żywo — wyniosły to był szlachcic i zmiennych humorów; zali żyje jeszcze?
— Niedawno zamknął oczy! Całe podlaskie województwo opłakuje go szczeremi łzami żalów! — powiedział, podrażniony królewską wzmianką i jej tonem.
— Pomińmy przykre materye. Wezwałem cię na rozmowę, bo przekładam otwartego nieprzyjaciela nad podchlebców. Wzbudziłeś we mnie wiarę. I powtarzam, mów ze mną, jakbyś rozmawiał ze sobą, bądź echem powszechnych mniemań. Wiele spraw nie dochodzi do mnie, a powinienem wiedzieć o wszystkiem. Czasy są brzemienne w nieobliczalne następstwa. Świat się trzęsie w posadach. Padają trony i ludzkość pragnie nowym bóstwom wznosić nowe ołtarze. Nie rozstrzygam, zali się ziszczą marzenia filozofów. Może to jeno wieczny sen o szczęśliwości ludzkiej. Więc znajduję naturalnem, że i my płacimy ciężki haracz powszechnemu zamętowi. Polska znalazła się na traicznem pograniczu