Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kucyi wszystkich pomawianych o zdradę. Pozwól mi dodać, Najjaśniejszy Panie, że na wielu punktach rozchodzę się z klubistami — dodał szczerze.
— Znam pomiędzy nimi takich, którzy jedną rękę wyciągają do mnie po łaski, a w drugiej chowają puginał na okoliczność odmowy. Żebrzą i grożą. Tacy przybierają potem postacie Koryolanów i swoje cnoty i miłość ojczyzny szumnie obnoszą wśród powszechności. Znam i te pisma burzące przeciwko mnie. Nazywają mnie nieprzyjacielem ludzkości, tyranem, żądają mojej głowy, bo nie chciałem opłacić ich milczenia. Nikczemna kuźnica, pryskająca jadem obmowy i fałszów!
Zaręba słuchał ze ściśniętem sercem i z nachmurzoną twarzą.
— Znam co do jednego całą tę zgraję paszkwilistów i nie mogę przeszkodzić ich plugawym fałszom i haniebnym oskarżeniom. W Polsce po staremu wszyscy mają prawo strofowania króla, jeno król jest poza prawem nawet własnej obrony i nie może, jak tylko kupić dla siebie sprawiedliwość! Chcą w nim widzieć jedynie szafarza faworów i łask. Chcą go mieć kukłą, by snadniej się nim posługiwać dla swojej wygody i partykularnych profitów. Z tronu słyszy się tylko jeden głos: »Dawaj«! i widać jeno drapieżnie wyciągnięte ręce. A potem krzyczą tem głośniej: Rozdaje Rzeczpospolitą, trwoni dobro powszechne. Snać po to, aby się stało, jak gdzieś powiedziano: Za podany chleb weźmiesz kamieniem. I niedaleko mi szukać przykładów. Egzemplum prawie cały kor artyleryi, aktualnie konsystującej w Warszawie.