Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/238

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zaręba poruszył się gwałtownie, zaczepiał jego przyjaciół i socyuszów.
— Szczególniej srożą się przeciwko mnie właśnie ci, których z nikczemnego stanu podniosłem do prerogatyw, należących się tylko urodzonym. Nie żałowałem dla nich ofiar własnej szkatuły, ni zabiegów przed stanami, by ich fortragować na wyższe szarże. I pozyskałem najzaciętszych nieprzyjaciół.
— Najjaśniejszy Panie, fałszywie ci przedstawiono — zaczął gorąco Zaręba.
— Zali niewdzięczność jest jedyną cnotą Polaków? — ciągnął król, nie zważając na jego słowa — nie obronisz! Zresztą nie żalę się, stwierdzam jeno jeden z tysiącznych dowodów niewdzięczności. Życie strawiłem na zabiegach koło dobra Rzeczpospolitej, a niedoczekałem się innej nadgrody, jak nieufność, oskarżenia i niezrozumienie. Jakaś głęboka przepaść mnie dzieli od powszechności. Za wszystko złe mnie winują! Dlaczego? Za co? Pytam, odpowiedz szczerze!
— Rozkazujesz, Najjaśniejszy Panie i winienem ci posłuszeństwo, ale...
— Odłóżmy etykietę na stronę, nie pora na nią — ostrzegał zniecierpliwiony.
— Przedewszystkiem, nie mogą darować zdobycia tronu protekcyą Imperatorowej.
— A kiedyż to w Polsce osiągano koronę bez pomocy ościennych potencyi? A kiedyż to wola narodu wynosiła na tron, a nie opłacone głosy elektorów! Mów dalej! Mów!