Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/221

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zauważył to Zaręba pomimo swoich udręczeń i spytał z nieukrywaną irytacyą:
— Jesteś już po deklaracyi?
— Czekam sposobnej okoliczności. Jeszcze się obawiam rekuzy. No i jestem przymuszony przyprowadzić swoje interesa majątkowe do jakiego takiego ładu. Na szczęście stryjaszek zapisał mi znaczne dobra w sandomirskiem województwie.
— Właśnie wybrałeś porę na miłosne gruchania!
— Na miłość zawsze jest pora. Z małżeństwem tylko bywa inaczej. Nie myślę ja o Hymenie teraz, pod grzmoty dział, chociaż zwłoka mi nie na rękę i nie do smaku.
— Można konkludować, jako pewny jesteś wzajemności. Może to jakiś dawny sentyment?
— Poznałem ją przed miesiącem u p. Mokronowskiej i z miejsca utonąłem. Pewności nie mam, ale imaginuję sobie, że mi sprzyja. Bywa, iż kobieta sam a nie wie o swojem uczuciu aż do chwili wyznania amanta.
— Musisz znać i jej brata rotmistrza?
— Znam i przyznaję, że ten pan brat nudzi mnie setnie swoją traiczną twarzą i opiniami parafialnego pedanta. Wydaje mi się być tępszym od swojego konia.
— Sąd z gruntu mylny; to człowiek oświecony, jeno srodze doświadczony przez złe losy i przeto posępny i zgryźliwy. I panna też nie pierwsza lepsza z brzegu...
— Wiem i to mnie aż przeraża. Patrzę na nią prawie codziennie i wciąż znajduję inną, niepodobną do wczorajszej. Humory ma tak zmienne, że ciężko mi się