Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/205

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


witano burzliwymi okrzykami radości. Parter manifestował swoje patryotyczne czucia przy każdej zdarzonej okazyi.
Ale byli i niewierni Tomasze, pytający z niepokojem każdego ze znajomych:
— Zali to prawda, co mówią? Zali to nie kabała Igelströma czy Buchholtza?
Odsyłano ich do naocznego świadka, do Zaręby, stojącego na dawnem miejscu. Ścisk się już był czynił przy nim. Wszystkie spojrzenia leciały do niego; spojrzenia uwielbień, zachwytów i nieledwie modlitw. Śledzono każde jego poruszenie, a każde słowo brano w serca, jakoby komunię. Stał się naraz dla wszystkich drogim i kochanym. Cały teatr mówił jedynie o nim. Już szeptano nie tylko jego imię, ale i o jego wojennych przewagach powstawały fantastyczne opowieści. Już fama wieńczyła go nimbem nadzwyczajnych zasług. Już damy, że był urodziwym, widziały w nim prawdziwego bohatyra i zbawcę ojczyzny. Niejeden kwiat, przywiędły od gorących całunków, leciał mu do nóg. Brał to jedynie za jakiś przypadek. Rozumiał bowiem, że przyczyną powszechnego poruszenia i szeptów była wiadomość o zwycięstwie, ale ani mógł imaginować takie generalne zajmowanie się swoją osobą. Z tych względów niektórym spiskowcom, winszującym mu sukcesów, odpowiedział porywczo:
— Że raport Naczelnika przywiozłem? Konie, na których jechałem, mają większą zasługę.
Rozpoczął się nowy akt spektaklu. Mało jednak zważano na perypetye sztuki, a skoro się pojawił na