Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ciebie pragnęłam widzieć wolnym, tylko ciebie... — posłyszał namiętny szept.
— Dług mojej wdzięczności nigdy nie będzie spłaconym — sięgnął po jej rękę; cofnęła prędko.
— Igelström wie o wszystkiem i ma spiskowych w obserwacyi — szepnęła — wiem, że układają nowy regestr tych, którzy lada dzień mają być pochwyceni przez Baura. Czy jesteś na nim wymieniony, nie wiem. To ci jeszcze chciałam powiedzieć. Odpłacisz mi, jeśli będę wiedziała o dniu wybuchu.
— Jeszcze nie zdeterminowany, ale będziesz wiedziała — zapewniał gorąco.
— I niech się wszystek świat zawali! — wyrzekła z niewysłowioną boleścią.
Zadrżał na ten jęk rozpaczliwy, zbudziła się w niem jakby dawna miłość, pełna jeno współczucia i litości. Straszliwy żal zaszarpał mu sercem. Stała przed nim taka bezbronna i żałosna, taka dziwnie inna, blizka i jak siostra, droga. Nic z tego nie wyraził, nie śmiał, obawiając się nieprzewidzianego obrotu.
Już przy drzwiach posłyszał za sobą jej kroki, odwrócił się wyczekująco.
— Czy to prawda, że się żenisz? Nie wierzyłam pogłoskom — spytała otwarcie.
— Mam narzeczoną — odpowiedział nieco wykrętnie, sam nie wiedząc, dlaczego. Ale to pytanie, uderzające jakby kamieniem, przywróciło mu równowagę, chwilowo straconą. Poczuł się opancerzonym na wszelkie ciosy.