Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/242

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chu. Wiedźma, zapaliwszy przed nim kadzielnice, zniknęła bez szelestu. Wykwitły strugi dymów, roznosząc przejmujące zapachy piżma.
— Są prawdy, które pojmą dopiero przyszłe po kolenia — zaczął znowu król, siadając na dawnem miejscu — i winy, mogące być poczytywane za zasługi...
Zegar nad kominem wybijał jakąś późną godzinę, huczał, niby uderzenie gonga.
— Prawda niema ojczyzny, przeto bywa traktowana, jak uprzykrzony włóczęga! Zabobony i ciemnota, oto jedyni tyranowie ludzkości — mówił patrząc w ogień i grzejąc ręce; potem zaś zwolna i namysłem począł objaśniać te grzechy przeciwko ojczyźnie, o jakie pomawiała go powszechność. Była to obrona, jakby przed trybunałem własnego sumienia zanoszona. Zwracał się do Zaręby, ale odpowiadał raczej sobie i swojej zaniepokojonej duszy. Bronił się, oskarżając zarazem powszechność. Jego słowa, dyszące szczerością, przebłyskiwały ostrzami jadowitej wzgardy i wyniosłości. Nawet w eksplikacyach taiła się, być może, słuszna duma niezrozumianego człowieka. Chwilami zabierał głos poniżony Majestat. Mówił, jak do równego sobie umysłem i objęciem materyi in statu. A misterna dyalektyka, górne maksymy i piękność wysłowienia nadawały jego dowodzeniom kształt niewzruszonej prawdy. Rozmowa migotała, niby pas, tkany w przecudowne farby. Z wyznań przechodził do konfidencyonalnej pogawędki, ze spraw minionych do projektowań, ze spraw Rzeczpospolitej do aktualnych, salonowych debat, nie zaniedbując przytem indagowania względem przygotowań in-