Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/232

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ciństwa dla pomazańca. A przytem, kiedy znowu zasiadł przed kominem w brzaskach ognia, znalazł go dziwnie zmienionym, budzącym raczej współczucie, niźli nienawiść. Widział przed sobą starego człowieka, pochylonego pod brzemieniem lat i zawodów, o twarzy obrzękłej, zrytej troskami i wargach spalonych gorączką. Mądre, wyraziste oczy, zamglone smutkiem, wbił w ogień i coś medytował.
Przybrany był skromnie w kadecki granatowy mundur z czerwonymi obszlegami, przy prostej szpadzie. Zaręba widywał go na posiedzeniach sejmowych, na paradach różnych, na kadeckich uroczystościach, na promenadach i zawsze jako króla, otoczonego przepychem, pompą, pokorną ciżbą dworaków i pełnego majestatu i wyniesionego ponad powszechność! Zasię teraz pierwszy raz w życiu patrzał na niego, jak na człowieka, tylko szczególniejszym losem wyniesionego na tron, i czucia jego przybierały obrót życzliwszy.
Naraz król wyprostował się i uczyniwszy znak masoński mistrza, rzekł hasło: Szabaleth!
Zaręba, jakby poderwany nadludzką siłą, rzucił się ku niemu i odpowiedziawszy znakiem wtajemniczenia, stopnia i hasłem, skłonił się przed nim trzy razy wedle ceremoniału i wyrzekł głuchym, schrypniętym ze wzruszenia głosem, patrząc mu pilnie w twarz:
— Posłuszeństwo aż do śmierci, mistrzu i bracie.
— Siadaj przy mnie, pomówimy otwarcie. Nie mogłeś odpowiedzieć królowi, to zawierzysz bratu. Wprawdzie to nie na kapitule, ale mam prawo żądać od ciebie na każdem miejscu.