Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wyliczał bez zająknięcia, lecz w jakiejś chwili, dojrzawszy królewską bladość, urwał.
— Proszę cię, nie każołuj mnie, mów! — posłyszał dobrotliwą zachętę.
Król słuchał na pozór spokojnie, usiłując nie pokazywać po sobie tej męki biczowania, jaka nim targała. Nawet uśmiech przywołał na zbielałe wargi, przesmutny uśmiech upokorzeń, a oczy grały mu coraz boleśniejszemi poruszeniami duszy. Chwilami zwierał się w sobie i przytajał, jakby przed razami; napróżno jednak, bowiem niebaczne i zuchwałe słowa Zaręby smagały nielitościwie, dosięgając najtajniejszych zakamarków. Sądy i oskarżenia, jakie był słyszał, wdeptywały go po prostu w błoto, niby nikczemny łachman, tak splugawiony zbrodniami, że godzien jedynie wzgardy. Nie łacno przyszło mu uwierzyć, jako to o nim samym mowa, jako to jego własny konterfekt w tak hydliwej malowany postaci! Ale uwierzyć był przymuszony.
Król w nim cierpiał, cierpiała duma, lecz najsrożej cierpiał sponiewierany człowiek.
Zaręba ciągnął dalej, ale już wiele pomijał, wybierał łagodniejsze słowa i zaczynał go oszczędzać. Jakaś niepojęta litość zbudziła się w jego sercu. Już żałował swojej powolności jego rozkazom. Poczuł jakiś przykry niesmak. Często marły mu słowa na ustach. Zachwiały się w nim nagle dawne wiary, jakie miał w tym względzie. Stało się bowiem, że wypominając królewskie winy przeciw narodowi, w tym zarysie, zawierającym dzieje haniebnych lat kilkudziesięciu, spostrzegał coraz wyraźniej obraz drugi, nierównie ogro-